Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Keanu barada nikto, czyli Ziemia się nie zatrzymała

Esensja.pl
Esensja.pl
Nadszedł dzień, w którym rozpoczęła się inwazja filmowców na stare fabuły science fiction z lat 50. Już wkrótce czeka nas kilka kolejnych remake’ów klasyków fantastycznonaukowych. Tym czasem pierwszy z nich – „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” – stawia sensowność całego procederu pod ogromnym znakiem zapytania.

Scott Derrickson
‹Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDzień, w którym zatrzymała się Ziemia
Tytuł oryginalnyThe Day the Earth Stood Still
Dystrybutor CinePix
Data premiery16 stycznia 2009
ReżyseriaScott Derrickson
Scenariusz
ObsadaKeanu Reeves, Jennifer Connelly, Jaden Smith, John Cleese, Kathy Bates
MuzykaTyler Bates
Rok produkcji2008
Kraj produkcjiUSA
WWW
GatunekSF
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Po co właściwie kręci się remaki? Oczywiście – dla pieniędzy. Nie zadowolę się jednak takim wyjaśnieniem, ale zadam pytanie inaczej – kiedy w ogóle jest sens (nazwijmy to, artystyczny), by nakręcić remake? Zapewne wtedy, gdy nowa wersja filmu pozwoli przenieść fabułę w inne uwarunkowania kulturowe, historyczne czy geograficzne i dzięki temu uzyskać nową jakość (np. „Siedmiu wspaniałych”). Zapewne także wtedy, gdy widzimy, że dawna treść może być dziś odczytana w zupełnie inny sposób („Inwazja porywaczy ciał”). Także wówczas, gdy środki techniczne pozwalają na więcej niż niegdyś i można dziełu nadać wizualnie zupełnie nowy kształt („King Kong”). Czy któryś z tych przypadków uzasadnia powstanie nowego „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, przypomnijmy sobie, o czym był pierwowzór. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. Ten klasyczny film science fiction (obecnie zaliczany do żelaznego kanonu gatunku) z 1951 roku to wzorcowe dzieło tego okresu, zawierające wszystkie trzy najważniejsze motywy przewodnie ówczesnej fantastyki – latające talerze, zimnowojenny nastrój i poczucie zagrożenia bronią jądrową. W latającym spodku przylatuje na naszą planetę Klaatu, wysłannik obcej cywilizacji (możemy domyślić się, że pochodzi z Marsa lub Wenus), z towarzyszącym mu obowiązkowym robotem (imieniem Gort). Jego przesłanie dla naszej planety jest proste – przez swą agresję stanowimy potencjalne zagrożenie dla całego Wszechświata. Jeśli się nie zmienimy, trzeba będzie nas eksterminować dla dobra ogółu, zanim rozwój techniczny pozwoli nam rozprzestrzeniać się poza naszą planetę. Ponieważ przedstawiciele rządów krajów świata nie chcą spotkać się z Klaatu, ten organizuje pokaz siły – na pół godziny (z pomocą swego robota) unieruchamia wszystkie maszyny na Ziemi1), po czym odlatuje do domu, pozostawiając nas ze swym ultimatum.
Siłą klasycznego filmu było połączenie owego (może nieco z dzisiejszej perspektywy naiwnego) humanistycznego przesłania z elegancką realizacją. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” był jednym z nielicznych wówczas filmów SF, które nie zaliczały się do niskonakładowej masowej produkcji i były przygotowane profesjonalnie, z zadaniem dotarcia do bardziej ambitnego widza. Minęło pół wieku, ludzkość z pewnością nie stała się mniej agresywna, przesłanie starego filmu pozostało niezmienione. Czy więc był sens kręcić nowy film o tym samym?
Myślę, że gramy w dziele wyjątkowym i przełomowym...
Myślę, że gramy w dziele wyjątkowym i przełomowym...
Chyba jednak nie. Nowa wersja kopiuje w dużej mierze starą fabułę, niewiele wnosząc od siebie. Remake oczywiście usuwa i zmienia elementy, które z dzisiejszej perspektywy wyglądałyby zabawnie. Po pierwsze – przybysz z kosmosu nie przylatuje na Ziemię w latającym spodku – po kilku dekadach ufologicznych sensacji, licznych filmach i serialu „Z Archiwum X” to mogłoby wywołać tylko rozbawienie. Nowy Klaatu przylatuje w wielkiej świetlistej kuli, wcale nie przypominającej na pierwszy rzut oka statku kosmicznego. O ile w latach 50. owo lądowanie mogło być zaskoczeniem, tak dziś zbliżający się obiekt zostaje wcześniej dostrzeżony, a Ziemia przygotowuje się na uderzenie wielkiej asteroidy. Klaatu nie jest też kosmitą o wyglądzie człowieka – przygotowano (pseudo)naukowe wytłumaczenie, dlaczego przybysz z innej planety wygląda jak Keanu Reeves (nie od początku zresztą). O ile też działanie Gorta w poprzednim filmie było raczej natury magicznej (nie wiadomo właściwie ani w jaki sposób unieszkodliwia broń żołnierzy zgromadzonych wokół spodka, ani jak później unieruchamia machiny), to tym razem jego konstrukcję i zasadę działania obmyślono całkiem interesująco.
A co z samym ultimatum? Nastąpiła pewna zmiana – nie ma mowy o agresji wobec siebie czy innych ras, jest mowa o agresji wobec własnej planety. Krótko mówiąc, przesłanie pacyfistyczne zostało zastąpione przez przesłanie ekologiczne. Taki już znak naszych czasów, w których żyjemy w ciągłym poczuciu zagrożenia efektem cieplarnianym. Można oczywiście mieć wątpliwości, czy ekologia to obecnie największy problem ludzkości, ale też – jeśli film ma być bardziej uprawdopodobniony w stosunku do pierwowzoru – łatwiej wyobrazić sobie Ziemian jako zagrożenie dla własnej planety niż dla bardziej rozwiniętych obcych cywilizacji.
Na razie piszę o w sumie pozytywnych elementach filmu, co więc poszło źle? Cóż, całościowe wykonanie. Film momentami jednak dość bezmyślnie kopiuje fabułę oryginału (przylatuje kosmita z robotem, zostaje postrzelony, trafia do szpitala, ucieka, zaprzyjaźnia się z samotną matką i jej synem, etc.), nie wnosząc do niej zbyt wiele poza wspomnianymi wcześniej zmianami. W ten sposób z jednej strony otrzymujemy dzieło przewidywalne dla każdego, kto zna głośny, bądź co bądź, oryginał, a z drugiej remake pozostaje filmem o niedzisiejszej strukturze, ale bez uroku starego kina. W efekcie obraz jest monotonny i momentami po prostu nudnawy.
Widzę, że nie podzielasz mego zdania...
Widzę, że nie podzielasz mego zdania...
Nowy film traci także siłę przesłania. Dzieło Roberta Wise’a z 1951 r. miało elementy rozrywkowe (choćby kultowy obecnie robot Gort), ale nikt nie miał wątpliwości, co jest głównym tematem filmu – zagrożenie, jakie sami dla siebie stanowimy. W nowym przypadku przesłanie jest przekazane mimochodem, wstydliwie, jakby miało usprawiedliwiać powstanie obrazu rozrywkowego z efektami specjalnymi, a nie dotrzeć jasno do odbiorcy. Założę się, że wielu widzów może w ogóle nie odnotować, dlaczego właściwie Klaatu ma wykonać swoją misje. Jedna króciutka rozmowa z naukowcem (całkiem fajnie prezentujący się John Cleese) wcale wiele nie klaruje. Do tego finalna wolta jest straszliwie naiwna i zupełnie nieprzekonująca.
Atutem remake’u miały być też efekty specjalne, jednak jak na dzisiejsze czasy wcale nie robią wielkiego wrażenia. Dwie kluczowe sceny to lądowanie kuli i początek niszczycielskiego działania Gorta. Żadna z nich nie wnosi nic nowego do zagadnienia efektów specjalnych, żadna nie wciska w fotel, żadna nie zapada na dłużej w pamięć. Pierwsza jest zbyt podobna do tego, co widzieliśmy już setki razy przy jakichś większych filmowych katastrofach, druga razi swą komputerową sztucznością.
W miarę bronią się odtwórcy głównych ról. O aktorstwie Keanu Reevesa od lat krążą dowcipy, ale przyznać należy, że z jego stałym wyrazem zadziwienia i zagubienia na twarzy idealnie nadaje się do roli kosmity w ludzkiej skórze. Smutna Jennifer Connelly jak zwykle doskonale odnajduje się w roli samotnej matki. Mała kreacja Johna Cleese’a to sympatyczna perełka. Po drugiej stronie należy jednak postawić dziecięcą rolę Jadena Smitha (który jest równie irytujący, jak w „W pogoni za szczęściem”) i zupełnie nieszczęśliwy pomysł na postać graną przez Kathy Bates, która miała uosabiać całą amerykańską administrację. Rezygnacja z pokazania politycznego tła (nieodzownego chyba w przypadku pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją) zapewne była uzasadniona ograniczeniem kosztów produkcji filmowej, ale z pewnością wpłynęła negatywnie na jej rozmach.
Rozmach, którego w opowieści o pierwszym kontakcie i zagrożeniu całej planety nie powinno zabraknąć. Tymczasem otrzymaliśmy w gruncie rzeczy dramat rozpisany na trzy osoby, ze śladowymi ilościami taniej filozofii i takimi sobie efektami wizualnymi. Remake, w którym nawet tytułowa scena wygląda na doklejoną kompletnie bez sensu i na siłę, byle tylko uzasadnić, że film może nosić miano „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. Chyba lepiej nie tracić czasu na seans i ponownie obejrzeć pierwowzór.
PS. Na szczęście nie zabrakło kultowych słów „Klaatu barada nikto”, którymi w pierwowzorze można było powstrzymać Gorta przed zniszczeniem Ziemi. Odkrycie, w którym momencie nowego filmu padają, to zabawa dla spostrzegawczych.
koniec
12 stycznia 2009
1) No, oprócz samolotów i urządzeń szpitalnych, aby nie było ofiar. Niemniej nic nie jest powiedziane o wentylatorach w kopalniach i tym podobnych użytecznych dla zdrowia przyrządach.
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensja ogląda: Styczeń 2018 (2)
Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Agnieszka ‘Achika’ Szady

23 I 2018

Dziś druga styczniowa edycja cyklu krótkich recenzji filmowych.

więcej »

East Side Story: Dwie – wcale nie zgryźliwe – tetryczki
Sebastian Chosiński

21 I 2018

Pojawiająca się w tytule najnowszego filmu Władimira Kotta ryba nie ma nic wspólnego z Wigilią ani świętami Bożego Narodzenia. Symbolizuje coś innego, choć związanego – luźno – z tradycją chrześcijańską. „Karp rozmrożony” to bardzo gorzka komedia o przemijaniu i miłości, której akcja rozgrywa się na głębokiej rosyjskiej prowincji.

więcej »

Ludzie na skraju załamania nerwowego
Konrad Wągrowski

19 I 2018

Czy mamy już polskie „Dzikie historie”? Pokazywany na festiwalu Forum Kina Europejskiego ORLEN Cinergia „Atak paniki” może nie jest jeszcze dziełem na miarę filmu Damiána Szifrona, ale naprawdę niewiele mu brakuje. Debiutancki film Pawła Maślony już zebrał wiele w pełni zasłużonych pochwał.

więcej »

Polecamy

Partia na party w czasach Brexitu

Dobry i Niebrzydki:

Partia na party w czasach Brexitu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jak smakują Porgi?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Sierpień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry

Magia i mózg
— Piotr Dobry

Esensja ogląda: Listopad 2016 (2)
— Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Grudzień 2012 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński, Daniel Markiewicz, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Z krwi i kości
— Grzegorz Fortuna

Tegoż autora

Blaski i cienie świata liliputów
— Konrad Wągrowski

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

„Love Story” w wykonaniu Patryka Vegi
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Paddington daje sobie radę
— Konrad Wągrowski

Sympatyczna telepatyczna błahostka
— Konrad Wągrowski

Sztuka narodowa musi dawać po pysku. Metakomiks narodowy
— Konrad Wągrowski

Bolesne tajemnice różańca
— Konrad Wągrowski

Czerwony kapturek je puszystego króliczka
— Konrad Wągrowski

Apokalipsa i gadające psy
— Konrad Wągrowski

Poczuć się jak dziesięciolatek
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.