Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 1 października 2023
w Esensji w Esensjopedii

Gry wideo jako dzieło sztuki: Gry artystyczne

Połączenie piękna wizualnego i przesłania – cztery przykłady gier artystycznych: „Ico”, „Primal”, „Beyond Good & Evil” i „Rez”.

Piotr ‘cct’ Bielatowicz

Gry wideo jako dzieło sztuki: Gry artystyczne

Połączenie piękna wizualnego i przesłania – cztery przykłady gier artystycznych: „Ico”, „Primal”, „Beyond Good & Evil” i „Rez”.
Ico
Ico
ICO
Jedna z najkrótszych gier, w jakie grałem – mimo że zaciąłem się w niej na godzinę, zajęła mi jedno popołudnie (dokładnie 5h). Jedna z najprostszych koncepcyjnie – musimy się wydostać z zamku, wyprowadzając po drodze napotkaną dziewczynę. Posiadająca jedno z najbardziej oczywistych przesłań, jakie da się przekazać – że przyjaźń i miłość są najważniejsze i warto poświęcić wszystko inne w ich obronie (w znaczeniu przenośnym, jak i dosłownie). Jedna z najmniej efektownych wizualnie – obniżona rozdzielczość, mało efektów, mało akcji (w zasadzie jedyną jest odpędzanie kijem cieni, identycznych przez całą grę). Jedna z najuboższych fabularnie – główny bohater w trakcie gry porozumieć się za pomocą słów potrafi tylko z jedną osobą, występującą raptem w dwóch-trzech krótkich scenach (tych ostatnich zaś jest jak na lekarstwo). Jedna z największych klap finansowych ostatnich lat – gra z początku sprzedała się kilkukrotnie poniżej progu opłacalności produkcji, dopiero po dwóch latach osiągnęła jakiekolwiek satysfakcjonujące wyniki.
A jednak to tylko powierzchowne sądy. Długość nie ma wpływu na poziom gry, jest, co najwyżej, odpowiedzią na kiepską sprzedaż, razem z małą efektownością na pierwszy rzut oka. Po bliższym przyjrzeniu okazuje się jednak, że grafika, z jej zatartymi konturami, pastelowymi kolorami i wrażeniem zatrzymanego w wieczności momentu oraz fenomenalną grą światła, reprezentuje najwyższej próby impresjonizm, zaś dopracowany w najmniejszym nawet szczególe, imponujący rozmiarami i zaprojektowany z ogromną wyobraźnią surrealistyczny zamek pełen jest niewychwytywalnych na pierwszy rzut oka smaczków i detali.
Ico
Ico
Koncepcja – niby prosta, ale przez to jakoś bardziej szczera, przekonująca. Gra nie szuka sztucznych motywacji, nie tworzy wydumanych problemów. Tytułowy chłopiec z rogami (swoją drogą typ zupełnie przeciwstawny do innej wspaniałej kreacji z owym przymiotem, tym razem w fenomenalnym filmie „Hellboy”) chce po prostu wydostać się, odzyskać wolność. Na dodatek fakt wyprowadzania i ochraniania bezbronnej dziewczyny (opiekę, nad którą podejmujemy z własnej inicjatywy, mimo że skomplikuje nam to ucieczkę) idealnie komponuje się z ową formułą gry i tworzy przesłanie może i proste, ale za to o wielkim znaczeniu. Ktoś pięknie powiedział, że w tej grze nie szukamy ukrytego gdzieś skarbu, tutaj to, co najcenniejsze, jest cały czas tuż obok nas i na nas spoczywa odpowiedzialność za Nią. Uboga w dialogi, za to bogata w emocje i wzruszająca rodzącą się bez słów przyjaźnią pomiędzy dwoma zagubionymi istotami, gdzie słaby musi znaleźć w sobie siłę, aby bronić jeszcze słabszą, fabuła nosi w sobie najsilniej przemawiający przekaz ostatnich lat – o sile i uniwersalności przyjaźni. I to tym intensywniejszy, że uwaga gracza nie skupia się na głównym bohaterze bezpośrednio, a na jego towarzyszce. Pomijając spadnięcie w otchłań, nie można w grze w ogóle zginąć – jedyną osobą mogącą ucierpieć jest eteryczna Yorda, która zostawiona na chwilkę sama staje się celem ataku pragnących ją porwać cieni (wypływa tutaj ładnie zarysowana w fabule ich symbolika, podobnie jak kontrastowo zestawionych kolorów ich oraz Yordy pomimo wspólnego rodowodu). Gra uczy więc odpowiedzialności, pozwala spojrzeć na pewne sprawy z właściwej perspektywy i dostrzec, co tak naprawdę się liczy w naszym życiu. Grabarz w recenzji Metal Gear Solid 2 użył kiedyś stwierdzenia, które już przeszło do mowy potocznej na naszej scenie, a które pasuje tutaj jak ulał: ta gra czyni ludzi lepszymi.
Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych gier, jakie kiedykolwiek stworzono.
Primal
Primal
Primal
Jedyny wybrany przeze mnie przedstawiciel gry artystycznej wydanej na konsole, który nie miał kłopotów z zarobieniem na siebie. Może to zresztą z powodu najmniej nowatorskiej formuły, która wraz z klimatem jest – co tu dużo mówić – „mocno inspirowana” sukcesem komercyjnym Soul Reavera (żartem można by rzec, że do oskarżenia o plagiat zabrakło tylko jeszcze przemieszczania się pomiędzy alternatywną wersją świata a zwykłą). Elementem, który wyróżnia ten tytuł spośród setek innych jest niesamowicie wykreowane uniwersum, oraz zapierająca dech dopracowaniem i stylistyką oprawa audiowizualna. Dopieszczone w drobniutkich szczegółach realia, wraz z elementami mitologii, języka czy zależności panujących na/w (ciężko dobrać odpowiednią formę wobec elementu nie do końca zgodnego z naszą strukturą Wszechświata) każdym z czterech światów Oblivionu, naprawdę robią wrażenie – przychodzą mi na myśl porównania z Diuną Herberta czy Śródziemiem Tolkiena
Primal
Primal
(chociaż oczywiście trzeba wziąć poprawkę na fakt, że łatwiej i szerzej, a przede wszystkim taniej, da się opisać cały świat słowami niż zwizualizować). Genialnie zaaranżowana muzyka w wykonaniu Filharmonii Praskiej także dorzuca swoje 3 grosze do wykreowanej przez czarodziejów z Sony Cambridge (twórcy utrzymanej w podobnej, Tim Burtonowskiej konwencji, serii Medievil) opowieści o lekko groteskowym zabarwieniu i specyficznym poczuciu humoru.
Ogólnie rzecz biorąc, jedna z najlepiej dopracowanych pod względem formy pozycji ostatnimi czasy, która załapała się tutaj głównie ze względów estetycznych. No i Yen ma najlepszy tyłeczek w historii gier… To jest dopiero sztuka!
Beyond Good & Evil
Beyond Good & Evil
Beyond Good & Evil
Jeśli jest jakaś babeczka w tej branży lepsza od Yen z Primala, to jest nią Jade. I jeśli jest jakaś kreatura towarzysząca głównemu bohaterowi bardziej charakterystyczna od maszkarona Scree z tego samego Primala, to musi to być… Daxter z J&D. No, lub towarzyszące Jade świnia w surducie – Pey’J. Jakkolwiek by zresztą nie było, BG&E niezaprzeczalnie ma naprawdę ładnie zarysowane postacie. Sama gra również jest ładnie zarysowana i to dosłownie – ogromna większość ujęć, które widzimy w grze, została wcześniej rozrysowana w ciągu 3 lat przez autora, legendarnego twórcę Raymana – Michaela Ancela, wraz z dwoma czołowymi rysownikami francuskich komiksów, następnie zaś niemal bez zmian przeniesiona do gry. Takie coś naprawdę robi wrażenie, a wygląda jeszcze lepiej. BG&E śmiało można nazwać zresztą najładniejszą baśnią, jaką do tej pory stworzono na konsole, gdyż przy całym swym estetycznym pięknie jest to jedna z niewielu pozycji, które kwalifikują się w stu procentach do tego nieco zapomnianego ostatnio gatunku.
I jak każda baśń, mimo naszkicowanej dość ogólnikowo fabuły, ukazuje czytelnie konkretny problem egzystencjalny, każe zmierzyć się z wyzwaniem, które tak naprawdę określi, kim jest główna bohaterka. Tytułowe dobro i zło zostanie potraktowane jako dylemat moralny – czy to nasze czyny czy urodzenie/przeznaczenie decydują o tym, czym jesteśmy? Nie znajdziemy jednak tutaj aż tak jednoznacznej odpowiedzi jak w innych utworach – autor sam zresztą przyznaje, że gra jest zaplanowana jako trylogia tworząca jedną całość. Dorzuca jednak, że wobec dość średnich początkowych wyników komercyjnych gry (znów mamy do czynienia z przykładem dość krótkiej, nieefektownej po wierzchu gry…), nie jest pewne, czy uda się w najbliższym czasie zrealizować kolejne części. Byłaby to wielka szkoda, gdyż pierwszy BG&E kończy się w momencie, gdy fabuła nabierała rozpędu, a otwarte i mocno niepokojące zakończenie (polecam przeczekanie do końca napisów po grze…), nie tyle zostawia furtkę do dalszych części, ale wręcz obliguje autorów do kontynuowania tego, co zaczęli. Nie tracę więc nadziei, nawet, jeśli przyjdzie nam czekać na kontynuacje kolejnych kilka lat…
Rez
Rez
Rez
Tę grę wybrałem z powodu developera, który ma słowo „artyści” w nazwie (United Game Artist), sam tytuł, bowiem to kiepska strzelanka z grafiką rodem z PSXa… ok, żartowałem.
Chociaż w gruncie rzeczy to naprawdę jest prosta strzelanka, a i grafika pod względem technicznym może się wydać bardzo prostą – w grze bowiem oglądamy nie tyle nieoteksturowane, proste bryły, co wręcz same ich siatki! Stylistyka jest więc mocno nietypowa, przywodząca na myśl stare demka scenowe (chociaż z tego, co mi znajomy podesłał, to te nowe jakoś szczególnie się od starych nie różnią, rzekłbym nawet, że koncepcyjnie stoją o klasą niżej niż dekadę temu…).
Rez
Rez
Gra nadrabia za to efektami i właśnie pomysłowością twórców, którzy każdy z czterech standardowych leveli oparli na innej kulturze oraz innym kolorze. I tak pierwszy epizod to kolor pomarańczowo-czerwony oraz starożytny Egipt, drugi utrzymany w kolorach niebiesko-purpurowych nawiązuje do Indii, zielony to Mezopotamia, zaś żółto-zielony czerpie ze sztuki starożytnych Chin. Oczywiście bossowie są zupełnie różni na każdym z poziomów, podobnie jak muzyka, w rytm której gramy, a która jest czynnikiem oprawy chyba nawet ważniejszym od grafiki. Chociaż w zasadzie raczej w wypadku tej gry ciężko rozpatrywać je osobno, zwłaszcza że autorzy zafundowali graczowi odczucie synestezji (łączenie odbierania wrażeń z jednego zmysłu z odczuciem innego) zespalając z muzyką kolejno: akcję na ekranie (wypuszczane pociski zespalają się brzmieniowo z muzyką), lekkie pulsowanie całego levelu w jej rytm oraz wibracje pada. W efekcie odczucia wszystkich zmysłów naraz mieszają się ze sobą, podporządkowane jednemu celowi, jakim jest wprawienie nas w trans i danie porwać się muzyce.
Rez
Rez
Na koniec zostawiłem sobie jeszcze miejsce na opisanie w osobnym akapicie piątego, dodatkowego epizodu. Jest on jednym z najlepszych etapów ze wszystkich gier, w jakie dane mi było zagrać i zdecydowanie najlepszy ze wszystkich strzelanek w historii. Przedstawia on w skrócie symbolicznie ewolucję życia na ziemi od momentu, gdy „wieki temu życie zrodziło się w prymitywnym morzu”, aż po wybiegający w przyszłość „początek nowej, wielkiej migracji, gdy opuścimy tę egzystencję w poszukiwaniu następnej”. Cały etap jest utrzymany w jasnej, białej kolorystyce, a kończy się długą sekwencją z wariacją wszystkich poprzednich bossów oraz pełnym niedomówień zakończeniem. Może brzmi to zwyczajnie, ale to wina faktu, iż ciężko opisać słowami coś, co zostało przygotowane do odbierania aż trzema zmysłami naraz – to jest jedna z tych gier, w które po prostu trzeba zagrać.
koniec
23 marca 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nie przegap: Wrzesień 2023
Esensja

30 IX 2023

Oto pierwsza porcja recenzji na tegoroczne jesienne wieczory.

więcej »

W krainie Wojennego Młota: Sierpień 2023
Miłosz Cybowski

6 IX 2023

Sierpień okazał się miesiącem posuchy: znaleźliśmy jedynie trzy tematy godne uwagi, w tym aż dwa dotyczące gier video ze świata Warhammera.

więcej »

Nie przegap: Sierpień 2023
Esensja

31 VIII 2023

Oto co zrecenzowaliśmy w drugiej połowie wakacji.

więcej »

Polecamy

Typowe miasto

W świecie pdf-ów:

Typowe miasto
— Miłosz Cybowski

Gnijący las
— Miłosz Cybowski

Roninowie pod zaćmionym słońcem
— Miłosz Cybowski

Księga wiedźmich czarów
— Miłosz Cybowski

Pancerni bez psa
— Miłosz Cybowski

Słudzy Pana Rozkładu
— Miłosz Cybowski

Mali, brzydcy i zieloni
— Miłosz Cybowski

Polityka wśród zielonoskórych
— Miłosz Cybowski

Tajemnicza wyspa
— Miłosz Cybowski

Nie trać głowy
— Miłosz Cybowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Pomysł Ostateczny
— Piotr Bielatowicz

Wstęp
— Piotr Bielatowicz

Tegoż autora

Ciemna Strona Mitu
— Piotr ‘cct’ Bielatowicz

Lipsk z muzyki słynący
— Piotr ‘cct’ Bielatowicz

W cieniu kolosów
— Piotr ‘cct’ Bielatowicz

Gdzie diabeł zapłakał na dobranoc…
— Piotr ‘cct’ Bielatowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.