Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CXCI

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Narodziny Snu

Esensja.pl
Esensja.pl
Czyli o początkach serii „Sandman”.

Błażej

Narodziny Snu

Czyli o początkach serii „Sandman”.
Czytając komiks tak długi, złożony i wielowarstwowy jak Sandman, trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy najdrobniejszy element pasuje w nim jak element puzzla. Czy tak imponująca całość może być w niemałej części dziełem przypadku, decyzji marketingowych oraz gier skojarzeń? Okazuje się, że jak najbardziej.
Sięgnijmy do korzeni serii o Śnie. Po wielu tytułach opublikowanych w Wielkiej Brytanii, w roku 1987 Neil Gaiman wraz z Davem McKeanem rozpoczął pracę nad Black Orchid (Czarna Orchidea), swoim pierwszym ważniejszym komiksem wydanym w Ameryce (przez DC Comics). Zostało postanowione, że będzie to wydanie albumowe (Prestige Format), znacznie różniące się od standardowych zeszycików komiksowych, drukowanych na tanim papierze o niskiej jakości. We wrześniu tego roku Karen Berger, redaktorka z DC zajmująca się tą miniserią, zapytała Gaimana, co chciałby napisać kiedy Czarna Orchidea będzie skończona. Twórca odparł: „Chciałbym napisać serię, która nie będzie miała ograniczeń. Może mógłbym zrobić coś z Sandmanem z lat siedemdziesiątych?”
Magiczne imię zostało wypowiedziane po raz pierwszy. Tylko po to, by ponownie zostać zapomniane.
Blisko miesiąc później Karen Berger zadzwoniła do Gaimana, by podzielić się z nim wątpliwościami dotyczącymi promowania Czarnej Orchidei. Otóż w DC obawiano się, że komiks stworzony przez nikomu nie znanych artystów, którego główną bohaterką jest kobieta, może nie sprzedawać się zbyt dobrze. Wydawnictwo zamierzało zaproponować obu twórcom rozpoczęcie prac nad komiksowymi miesięcznikami, by stali się bardziej popularni. Edycja Czarnej Orchidei byłaby zaś wstrzymana na jakiś czas. (Tym sposobem właśnie Dave McKean zaczął rysować historię o Batmanie, zatytułowaną Arkham Asylum. Na marginesie, Czarna Orchidea ostatecznie została wydana bez zwłoki i sprzedawała się bez kłopotów).
Kiedy Berger zapytała Gaimana, o jakim bohaterze chciałby pisać, najpierw odparł: „Phantom Stranger” (ponoć do dziś śmieje się na tę myśl). Berger wstępnie przyjęła tę propozycję, by dzień później zadzwonić ponownie i powiedzieć, że jednak nic z tego - Phantom Stranger jest zbyt pasywną, mało heroiczną postacią. Gaiman zasugerował Demona Etrigana, tym jednak zajmował się wówczas Matt Wagner. Po kilku innych propozycjach Berger przypomniała Gaimanowi jego pomysł sprzed miesiąca: Sandmana.
Magiczne imię powróciło. Tym razem na dobre.
Karen Berger powiedziała od razu, że nie można po prostu użyć Sandmana z lat siedemdziesiątych; tę postać wykorzystywał akurat Roy Thomas w Infinity, Inc. . „Stwórz nową postać o takim samym imieniu” - dodała, co miało ogromny wpływ na późniejszy kształt serii. Zwolniło jej twórcę z wierności oryginalnemu bohaterowi, wymyślonemu wiele lat wcześniej przez kogoś innego. Gaiman zgodził się.
Historia Sandmana rozpoczęła się.
Na samym początku Gaiman i McKean (autor wszystkich okładek z serii o Sandmanie) musieli stoczyć batalię z wydawnictwem. Zwyczaj kazał, by okładki komiksowych miesięczników przedstawiały bohatera, którego przygody są opisane wewnątrz. Wiele czasu zajęło twórcom przekonanie DC, że w przypadku ich nowego cyklu na okładce wystarczy słowo „Sandman”. Jak przyznaje Gaiman, było to bardzo istotne zwycięstwo (a był to pierwszy wyjątek od tej żelaznej reguły). Ustanawiało inny niż zwykle rodzaj związku między autorem a czytelnikiem, dając temu pierwszemu więcej dowolności w konstruowaniu świata przedstawionego i fabuły.
Pozostało zdefiniować, co owo magiczne imię tak naprawdę oznacza.
Tak naprawdę schody dopiero się zaczęły. Trzeba było szybko wymyślić scenariusz pierwszej części komiksu; w taki sposób zawiązać akcję, zaprezentować głównego bohatera oraz świat przedstawiony, by zainteresować czytelników, nie ograniczając zarazem przyszłego pola działania. Gaiman był pewien, że nie jest w stanie napisać dobrej historii o superbohaterze; świetnie radził sobie ze science-fiction, fantasy i horrorem. Postanowił więc trochę oszukać: stworzyć postacie, którzy przypominałyby superbohaterów, by przyciągnąć czytelników, ale wcale nimi nie byłyby. Przyszła mu do głowy powieść Rogera Zelaznego, Lord of Light (Pan światła), w której ludzie przejęli cechy hinduskich bogów, stając się de facto oddziałem niebiańskich super-herosów. Gaiman posunął się dalej i bohaterami uczynił samych bogów - pokrótce, istoty zasadniczo wszechmocne. Było to podejście nowatorskie: w owym czasie odebrano kilka mocy Supermanowi, twierdząc, że wokół bohatera zbyt potężnego nie da się stworzyć dobrej opowieści. Gaiman postanowił jednak spróbować.
Jedno magiczne imię to zbyt mało.
Początkowo na liście przyszłych bohaterów były tylko trzy pozycje: Dream (Sen), Death (Śmierć) i znak zapytania. Ten ostatni szybko przekształcił się w Destiny (Przeznaczenie). Początkowo Śmierć miał być bratem Snu, by w końcu zostać jego siostrą… Gaiman zauważył, że imiona bohaterów zaczynają się od litery D i postanowił tak dobrać pozostałych, by i ich imiona miały tę cechę. Wkrótce do listy dopisani zostali: Despair (Rozpacz), Delirium, Destruction (Zniszczenie) i Desire (Pożądanie). Siódemka owa stworzyła grupę, zwaną w komiksie Endless (Nieskończeni). Wszyscy oni, poza Przeznaczeniem, stworzonym wcześniej dla DC przez Marva Wolfmana, zostali wymyśleni przez Gaimana, mógł on więc nadać im dowolny „kształt”.
Wszystkie te siedem imion należało osadzić w jakimś świecie.
Tworząc opowieść dla stosunkowo zamkniętego światka DC Comics, Gaiman musiał uprzedzić takie pytania, jak: „Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o Sandmanie?”. Odpowiedź brzmiała: „Gdyż był uwięziony.” Wtedy w umyśle autora pojawił się po raz pierwszy obraz mężczyzny w szklanej celi. Gaiman przypomniał sobie też książkę Oliviera Sacksa Awakenings, opisującą tajemniczą „senną epidemię” (encephalitis lethargica), szalejącą po Europie w roku 1916. Pasowało to świetnie do postaci Sandmana i pozwalało umieścić jego uwięzienie właśnie w tym roku, zaś przypadki chorobowe wyjaśnić wynikającą z niewoli niemożnością wykonywania obowiązków. Gaiman postanowił „wyzwolić” bohatera w roku 1988, kiedy zaczęła wychodzić seria komiksowa. Stopniowo, wątek po wątku, fabuła zaczęła układać się w spójną całość.
Pozostała jeszcze kwestia wyglądu bohatera. Pomysł, by Sandman (i niektóre inne postacie, np. Śmierć) przypominał gwiazdę rocka, wziął się z następującego rozumowania: pod koniec lat osiemdziesiątych prawdziwi królowie i królowe ubierali się i zachowywali jak zwykli ludzie, zaś wiele wcześniejszych atrybutów „królewskości” przejęły „celebrities”, m.in. gwiazdy rocka. Jeśli chodzi zaś o osobowość Sandmana, nie było żadnego szczególnego planu - powstawała ona w miarę rozwoju scenariusza. Jego sposób mówienia, jak twierdzi Gaiman, jest podobny do Phantom Strangera: bardzo formalny i tajemniczy.
Zarys fabuły pierwszego zeszytu Sandmana został zaakceptowany już w październiku 1987. Ciekawostką jest, że istotne rolę w procesie tworzenia odegrała przerwa w dostawie prądu; nastąpiła po huraganie, jaki wówczas nawiedził Anglię. Kilkudniowe przechadzanie się po ciemnym domu, bez komputera, okazało się mieć świetny wpływ na wyobraźnię autora. Szczegółowy scenariusz rodził się znacznie dłużej - około pół roku.
Magiczne imię zyskało kształt. I w takim kształcie dotarło w końcu do Polski.
Jak wynika z powyższego, proces twórczy nie ma w sobie nic z porządku i spójności, zwykle cechujących ostateczne dzieło. Jest chaotyczny, a kluczowe decyzje podejmowane są często nieświadomie lub pod wpływem czynników pozornie nieistotnych. Odsłonięcie tych mechanizmów rzadko wnosi coś do zrozumienia samego dzieła, jednak sprawia, że czyta się je przyjemniej.
koniec
1 listopada 2002
źródło: Hy Bender, The Sandman Companion, Vertigo Books, New York 1999

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: I dziesięć tuzinów pompek!
Agnieszka ‘Achika’ Szady

5 XII 2019

Batman trenował mięśnie, Superman nie musiał, Geraltowi prawdopodobnie sprawę załatwiała mutacja. A co ma zrobić zupełnie zwyczajna dziewczyna, zarabiająca na życie zabijaniem? Trzymać formę! Inaczej się nie da.

więcej »

Nie przegap: Listopad 2019
Esensja

30 XI 2019

Jak co miesiąc przypominamy nasze recenzje.

więcej »

Prezenty świąteczne 2019: Komiksy
Esensja Komiks

27 XI 2019

Dobrze dobrany do odbiorcy komiks może być świetnym prezentem mikołajkowo-gwiazdkowym. Od kilku lat staramy się pomóc naszym czytelnikom wybrać te najciekawsze pozycje.

więcej »

Polecamy

Roślinny kryzys tożsamości

Niekoniecznie jasno pisane:

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Odkryj się sam
— Marcin Knyszyński

Protestujemy, ale co dalej?
— Marcin Knyszyński

Rozgrzewka do tańca rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Sen, brat Śmierci
— Tomasz Sidorkiewicz

Tegoż twórcy

Krótko o komiksach: Wrzesień 2004, cz. 2
— Sebastian Chosiński, Daniel Gizicki, Wojciech Gołąbowski

Z wielkiej chmury mały deszcz
— Sebastian Chosiński

Wstęp do armagedonu?
— Sebastian Chosiński

Piekło, Szaleniec i Śmierć
— Tomasz Sidorkiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.