Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Niekoniecznie jasno pisane: Nazywam się Yans!

Esensja.pl
Esensja.pl
W 1988 roku pojawił się w Polsce komiks, który dziś, dokładnie trzy dekady później, pozostaje jednym z najżywszych komiksowych wspomnień z „tamtych lat”. „Yans – przybysz z przyszłości” wydany w magazynie „Komiks – Fantastyka” nr 1/1988. Bohater z nieprzytomną kobietą (może ukochaną?) na rękach, uciekający przed bliżej niezidentyfikowanymi żołnierzami, a wszystko w ponurej postapokaliptycznej scenerii. Zajrzyjmy do „Yansa” po trzydziestu latach jeszcze raz.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Nazywam się Yans!

W 1988 roku pojawił się w Polsce komiks, który dziś, dokładnie trzy dekady później, pozostaje jednym z najżywszych komiksowych wspomnień z „tamtych lat”. „Yans – przybysz z przyszłości” wydany w magazynie „Komiks – Fantastyka” nr 1/1988. Bohater z nieprzytomną kobietą (może ukochaną?) na rękach, uciekający przed bliżej niezidentyfikowanymi żołnierzami, a wszystko w ponurej postapokaliptycznej scenerii. Zajrzyjmy do „Yansa” po trzydziestu latach jeszcze raz.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ JESZCZE DWANAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ. W 1976 roku Grzegorz Rosiński, trzydziestopięcioletni polski rysownik, poznaje na Frankfurckich Targach Książki niejakiego André Duchâteau, redaktora naczelnego belgijskiego magazynu komiksowego „Tintin”. Ten, zaintrygowany pracami Polaka, pomaga mu najpierw w sfinalizowaniu współpracy z Jeanem Van Hamme’em, dzięki czemu powstaje legendarny „Thorgal” oraz po pewnym czasie proponuje scenariusz własnego autorstwa. I tak, korespondencyjnie, kawałek po kawałku, powstawał komiks „Hans”, publikowany początkowo w odcinkach w magazynie „Tintin”. Ta listowna wymiana szkiców, rysunków i fragmentów scenariusza, chowanych w paczkach przebijających się przez żelazną kurtynę, nie była bez znaczenia – Duchâteau nie miał w ogóle wówczas całościowej wizji swojego świata (trzeba tu uczciwie przyznać, że nie miał jej do samego końca), a Rosiński bazując na niepełnej informacji, siłą rzeczy nie był biernym rysownikiem, lecz współkreatorem świata przedstawionego. Nie wychodziło to czasem na dobre projektowi – do najczęściej przywoływanej historii z okresu tworzenia pierwszego tomu „Hansa” należy ta, w której Rosiński dowiedział się z którejś z kolei transzy scenariusza, że na świecie panuje potworny mróz i nie da się chodzić po nim zbyt lekko ubranym. Tymczasem rysując pierwszy fragment komiksu, ubrał Hansa w cieniutką kurtkę a ten wcale nie narzekał. Zresztą, w kolejnych tomach scenarzysta znowu zapomniał, że w jego świecie jest bardzo zimno – ale do tego wrócimy.
W czerwcu 1983 pierwszy „Hans” ukazuje się w końcu w jednym tomie, zatytułowanym „Ostatnia wyspa”. To właśnie ten komiks przywołujemy na początku artykułu – polski wydawca zmienił nie tylko tytuł, ale i imię głównego bohatera, odzierając je ze niewygodnych skojarzeń z II wojną światową. Ciekawostka – „Hans” pojawił się w Polsce jeszcze wcześniej, bo w 1984 roku jako „Jan – przybysz znikąd”, na ostatnich stronach legendarnego „Świata Mmłodych”. Grzegorz Rosiński przyznał w jednym z wywiadów, że odbyło się to bez wiedzy i zgody autorów – gazeta nie miała prawa publikować tego komiksu. Dodatkowo przygody Jana zostały koszmarnie pocięte, usunięto całe plansze zastępując je streszczeniami. Ustalmy jednak, że w Polsce Hans nazywa się Yans i tak to już pozostawmy. Grzegorz Rosiński pozostał ilustratorem serii aż do tomu piątego – nawał pracy przy „Thorgalu”, który był jednak dla niego najważniejszym przedsięwzięciem, oraz kilka innych zobowiązań nie pozwoliło mu na kontynuowanie „Yansa”. Rysownik żegna się z serią w albumie „Prawo Ardelii”, który tworzy już wspólnie ze swoim następcą, Zbigniewem Kasprzakiem. Robi to nie bez żalu, ponieważ rozbuchane, pędzące przed siebie bez opamiętania fabuły Duchâteau, były dla niego niezłym kontrapunktem dla bardziej stonowanych i wyważonych opowieści Van Hamme’a. Sam Duchâteau wspomina, że „Yans” był dla niego tym komiksem, w którym całkowicie puścił wodze fantazji – niehamowany w ogóle przez Rosińskiego ani Kasprzaka, którzy, w przeciwieństwie do innych rysowników Duchâteau, skupili się tylko na warstwie graficznej. Zbigniew Kasprzak (który przyjął, wzorem wielu innych frankofońskich twórców pseudonim artystyczny – „Kas”), szybko po otrzymaniu propozycji przejęcia „Yansa” przeprowadza się wraz z żoną do Belgii i tworzy tam serię, aż do jej niespodziewanego końca. A o czym opowiada sam komiks?
Rok 2027. „Miasto to nazywano po prostu Miastem, gdyż w tamtych czasach w całym znanym ludziom regionie nie istniało inne”. Poza miastem rozciągają się niezmierzone obszary tak zwanej Strefy, skute lodem i zasypane popiołami pustkowie. Świat zrujnowała wojna nuklearna, której następstwem był tak zwany „Wielki chłód”. Duchâteau miał tu (chyba) na myśli zimę nuklearną, choć przedstawił ją w komiksie w sposób zupełnie nie przystający do wiedzy naukowej. Mróz skuł ziemię w kilka sekund, ludzie zamieniali się w lodowe posągi a ptaki spadały z nieba. Większość ludzi ukryła się w Mieście. Poza nim żyją wyrzutkowie zwani Zewnętrznymi – są to ludzie wypędzeni z Miasta za przestępstwa lub buntownicy, którzy wybrali życie w Strefie samodzielnie. Na tej koszmarnej pustyni pojawia się pewnego dnia tajemniczy blondyn zmierzający w stronę Miasta. Nie pamięta nic, nie wie skąd się tu wziął i gdzie zmierza – mówi tylko, że nazywa się Yans, a Miasto przyciąga go magnetyczną siłą. Yans zostaje oskarżony o szpiegostwo, a od śmierci ratuje go mała grupka Zewnętrznych z piękną Orchideą na czele. Yans i Orchidea szybko zakochują się w sobie i tworzą idealną, wierną i bezgranicznie oddaną sobie parę przez całe dwanaście tomów. Yans okazuje się być przybyszem z roku 2061. Jest on agentem tego samego Miasta, do którego właśnie przybył – jego zadaniem jest pilnowanie, aby nie dochodziło zmian przeszłości, a co za tym idzie, aby nie nastąpił efekt motyla, w wyniku którego przyszłość mogłaby przestać istnieć w dotychczasowej postaci. Uprzywilejowani mieszkańcy Miasta roku 2061 wykorzystują tak zwane „translatory temporalne”, dzięki którym przenoszą się w czasie. Miasto przyszłości rządzone jest twardą ręką przez tyrana o imieniu Valsary, który próbuje uporczywie zapobiec spełnieniu się prognozy, widzianej przez niego na ekranie komputera symulującego przyszłość. Miasto pełne jest zastraszonych, zgnębionych obywateli, całkowicie ubezwłasnowolnionych przez Valsary’ego i jego klikę.
Pierwsze pięć tomów komiksu łączy jeden wątek fabularny – walka Yansa z Valsarym i zagrożenie ze strony Królowej Ardelii, władczyni planety funkcjonującej na zasadzie pszczelego ula. Yans, Orchidea oraz ich miłość to trójka głównych bohaterów uwikłanych w fantastyczne wydarzenia i niesamowite przygody. Starają się oni o azyl na planecie Ardelii; zostają zesłani na planetę Xanaję w celu zbadania źródła mutacji jej mieszkańców; poznają nowych przyjaciół (Aurorę i Kylala, parę Xanajczyków pojawiających się już potem regularnie w serii), z którymi zakładają ruch oporu wobec znienawidzonej władzy. Piąty tom „Yansa” kończy nie tylko udział Grzegorza Rosińskiego, ale zamyka też pewną fabularną całość. Począwszy od tomu szóstego mamy do czynienia z pojedynczymi historiami, ułożonymi oczywiście chronologicznie w czasie i z tymi samymi bohaterami, ale są to tak naprawdę osobne opowieści. Obserwujemy Yansa i Orchideę pechowo „zesłanych” na planetę pokrytą barokowo wybujałą i obdarzoną czymś w rodzaju samoświadomości florą; widzimy jak na świat przychodzi ich córka, Mahonia, która staje się potem jedną z najważniejszych bohaterek ostatnich tomów. Bohaterowie przeżywają również przygody w Mieście, gdzie zmieniła się władza i któremu zagraża najpierw zepsuty i żądny władzy przywódca Zewnętrznych a potem horda przybyszy z innej planety, spowita czarodziejską „tęczową mgłą”; ruszają na ratunek swojej córce, która pod wpływem chwilowego wzburzenia postanawia uciec w losowo wybrany czas i miejsce za pomocą translatora temporalnego; mierzą się ze spiskiem wysokich rodów Miasta i przerażającą, urzeczywistnioną miejską legendą powtarzaną szeptem w Strefie; oraz wpadają w sidła spisku mającego na celu wydarcie Miastu „tajemnicy czasu”.
„Yans” jest pulpową historią science fiction, w której możemy jednak odnaleźć bardzo dużo elementów fantasy. Grzegorz Rosiński nie unikał fantastyki naukowej, dużo lepiej jednak czuł się w konwencji fantasy, gdzie zamiast skomplikowanych mechanizmów, pojazdów i futurystycznych lokacji mógł narysować dziwaczne bestie, ludzi z toporami lub mieczami w rękach, przemierzających pustkowia i mroczne krainy. To był też jeden z powodów rezygnacji z rysowania komiksu opartego na teoriach Ericha von Dänikena (wziął się za to Bogusław Polch, kadrując słynną „Ekspedycję”). Poza tym duży wpływ na rysunek Rosińskiego miały prace Jeana „Moebiusa” Girauda, które znalazł w kultowym francuskim periodyku „Métal Hurlant” – co widać wyraźnie w komiksach o przygodach Yansa (niech latające, osiodłane niby-ptaki będą pierwszym z brzegu przykładem). Konwencja mieszanki s-f i fantasy odpowiadała również Duchâteau, który oparł całą swą epopeję na jednym toposie – jednoznacznie pozytywny bohater, rozwijający się „od zera do bohatera”, docierający w trakcie rozwoju fabuły do prawdy o samym sobie i dojrzewający do tego, aby zostać zbawcą świata. Jest to bohater w kolorze białym, pozbawiony szarości, niezłomny, pewny siebie – idealny. Naprzeciw niego bezwzględnie opresyjny, czarny świat pełen okrutnych tyranów i spiskowców.
Na początku swojej drogi Yans jest jak biała karta. Nic nie pamięta – dopiero w trakcie rozwoju akcji odzyskuje pamięć. A ta nie zawsze mówi, jak było naprawdę, lecz zazwyczaj jak to zapamiętaliśmy. Nie można zatem do końca ufać swoim wspomnieniom – ale również i zmysły płatają figle. Czas i przestrzeń, w której poruszają się bohaterowie, jest niebywale plastyczna i poddana swemu demiurgowi – André Duchâteau. I nie chodzi tu tylko o korzystanie z translatorów temporalnych. Czas, zwłaszcza w pierwszych tomach komiksu, zdradza swoją bardzo niejednoznaczną naturę. Bohaterowie, budzący się w pajęczej sieci w Górach Światła, czują, że „minęły sekundy lub stulecia” lub wracają z owych gór do Strefy „po wiekach”. Sam Yans często nie pamięta ile czasu spędził już w Mieście od zakończenia jego ostatniej misji a w „Mutantach z Xanai” mamy jedną z najciekawszych lokacji w całym uniwersum – Cypel Nieskończoności.
Bohaterowie komiksu bardzo często fałszywie postrzegają rzeczywistość. Skrajnym przypadkiem jest całkowity solipsyzm Gór Światła, kiedy to wszystko co widzą i czego doświadczają jest całkowicie matrixowe, sfabrykowane i wirtualne. W „Planecie czarów” dochodzi do odczytywania myśli i marzeń, w celu stworzenia ułudy rzeczywistości. Jeden z największych łotrów w uniwersum „Yansa”, Argor-mutant rozpyla specyfik, przywodzący na myśl technologię używaną w „Kongresie futurologicznym” Lema, którego zadaniem jest trzymanie obywateli w niewiedzy i fałszywym szczęściu. Ba, czasem nawet cały świat może być polem eksperymentów naukowych, jednym wielkim oszustwem i mistyfikacją. Wszyscy tyrani, których napotkamy w komiksach serii, w jakiś sposób manipulują rzeczywistością – a raczej jej recepcją – w celu utrzymania się przy władzy. Yans przez większość czasu czuje, że jest aktorem w jakimś koszmarnym przedstawieniu i uważa, że nie jest w stanie pokierować własnym losem. „Znów muszę zabijać. Nie mam wyboru. Ale któż ma w życiu wybór?”. W „Tęczowej pladze” jego postać zostaje wręcz wpisana do przepowiedni, która musi się wypełnić – innego wyjścia nie ma. Wywoływanie złudzenia determinizmu to narzędzie władzy: kolejne insygnia to kłamstwo, iluzja dobrobytu, fałszowanie świata. I krwawa przemoc.
Światy, które tworzy Duchâteau, spływają krwią i łzami. To skrajne dystopie, w których nie ma miejsca na wolność i niezależność. Ta bardzo romantyczna wizja walki z tyranią, w której podstawowym orężem jest hart ducha i niezłomna wiara w ideę miłości i wolności, jest jednym z głównych motywów fabularnych komiksu. Skąd tyle nienawiści? Na czym wyrasta wszechobecne zło? Ekstremalne warunki wymuszają ekstremalny darwinizm i rugują altruizm. Droga do dobrobytu i bezpieczeństwa biegnie przez obszary, na których zanika wolność i równość. Aby czuć się bezpiecznie i znaleźć „miejsce przy wielkiej palarni śmieci, gdzie docierają wszystkie odpady” trzeba zrezygnować z wolności. A na to tylko czekają totalitaryzmy wszelkiej maści. Obywatele zmuszeni są zdradzać siebie nawzajem, odrzucić myślenie i uczucia, a gdy się okazuje, że totalitaryzm upada i przychodzi wolność, nie potrafią z niej korzystać. Boja się jej i szukają ręki, która ich poprowadzi przez świat. Udają, że nie widzą bata w tejże ręce. Duchâteau idealizuje postać Yansa, czyni z niego wzór człowieczeństwa. Zdaje sobie sprawę, że ideały (jak to ideały) nie istnieją, ale przynajmniej pokazują kierunek.
„Yans” to również „opowieść o miłości niemożliwej” – jak to nazywał ją scenarzysta. Niemożliwej, bo – znowu – idealnej. Yans i Orchidea odnajdą się po ciemku w największych labiryntach świata, przepłyną wpław morza i oceany, zdradzą wszystkie inne ideały – wszystko po to, aby być razem. Ich miłość jest wręcz archetypiczna, nieco patetyczna i ciągle stemplowana ustnymi deklaracjami uczucia – ale wydaje się, że musi taka być w świecie, w którym definicja szczęśliwego życia to „króciutkie chwile wytchnienia, ginące w natłoku tragedii i mroku egzystencji”.
Taki właśnie jest „Yans”. Wzniosły, polany patosem, czarno-biały, romantyczny, oniryczny, powtarzalny fabularnie (ucieczka przed ścigającymi strażnikami/żołnierzami/najemnikami przez pustkowie/bagna/dżunglę i ostatecznie konfrontacja z nimi; porwania i odbicia; szantaże, pogonie i walki, pułapki, zasadzki), często naciągany i nielogiczny (porywacze bez problemu wchodzą i wychodzą z „najlepiej pilnowanych” miejsc w Mieście; protagoniści otrzymują od scenarzysty niesamowite umiejętności, tylko na chwilę, aby wykaraskać się z problemów, a potem je tracą; świat ma płynne i ciągle zmieniające się założenia; bogowie wyskakują z co drugiej maszyny; nieprawdopodobne zbiegi okoliczności są najczęstszymi wydarzeniami na świecie), bohaterowie nie uczą się na błędach, są naiwni, często podejmują idiotyczne decyzje, które szybko „poprawiają” jeszcze gorszymi, działają impulsywnie, nielogicznie i bezmyślnie. Ale mimo tych wszystkich wad i niedociągnięć jest to komiks, który warto znać – nie tylko z powodu wartości sentymentalnej, lecz z głównie dlatego, że jest to po prostu bardzo dobra rozrywka.
koniec
12 sierpnia 2018
Marcin Knyszyński: Rocznik 1979. Nałogowy czytelnik i kinoman. Zwolennik szczegółowego i wnikliwego podejścia do popkultury. W wolnej chwili czyta, pisze o tym co czyta, ogląda filmy pasjami i prowadzi bloga „Niekoniecznie jasno pisane”. Recenzuje dla Szortalu i CarpeNoctem.pl oraz pisze artykuły dla kwartalnika „OkoLica Strachu”.

Komentarze

12 VIII 2018   22:00:16

Dla porządku dodajmy, że - pomijając pirata w Świecie Młodych - polski czytelnik poznał Yansa w 1986 roku, dzięki miesięcznikowi Fantastyka. To na jego łamach drukowano w odcinkach, w czerni i bieli drugą (a moim skromnym zdaniem najlepszą) część Yansa.

13 VIII 2018   08:27:20

@zyx
Rzeczywiście, zapomniałem już o tej edycji. I rzeczywiście był to najlepszy odcinek, najbardziej spójny.

15 VIII 2018   12:34:02

Pierwszy Yans to było wspaniałe postapo z elementami tradycyjnej sf (podróże w czasie). Elementy fantasy pojawiły się dopiero w późniejszych albumach.
W I tomie bohaterowie byli niejednoznaczni - Yans szukał tożsamości, okazywał się agentem tych "złych"; Orchidea była początkowo zimna i niedostępna. Czarno-białe podziały pojawiły się dopiero w następnych tomach.

Lubię cały cykl, ale do mnie przemówiła najbardziej ta pierwsza "chłodna" część (czytałem tylko albumy rysowane przez Grzegorza Rosińskiego).
Dodam jeszcze, że w wersji za "Świata Młodych" Orchidea nosiła imię Anna

16 VIII 2018   16:14:04

Chyba najlepsza jak dotąd analiza serii, ale cytat z piosenki Majki Jeżowskiej o komiksach to lekka przesada :) . Szkoda że Duchateau prezentując idee, myśli przewodnie komiksu nie zadbał o spójność świata. Zawsze zastanawiałem się jak powinno się czytać nazwisko autora, zgodnie z zasadami j. francuskiego chyba "diszato". Choć fabuła obniżała poziom z tomu na tom, szkoda że nie została domknięta i chyba nigdy nie poznamy zakończenia.
Jakbym mógł to dopisałbym zakończenie przywaleniem z grubej rury: Ziemianie budują superbroń i rozpirzają Ardelię w drobny mak (i planetę i królową). No i koniec kłopotów Yansa i Ziemian.

17 VIII 2018   08:05:14

@Kapral Hicks, ten cytat z piosenki to takie mrugnięcie, ciekaw byłem czy to ktoś wyłapie :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: Dłonie i łapki
Agnieszka ‘Achika’ Szady

13 XII 2018

W sumie nic nowego: Achika jak zwykle zachwyca się stylem Guarnido.

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Jestem Carl Seltz. Jestem Harry Seltz. Jestem Harry Burns.
Marcin Knyszyński

9 XII 2018

Komiks „Hard Boiled” autorstwa Franka Millera i Geoffa Darrowa to rzecz, na której przeczytanie potrzebujemy maksymalnie pół godziny, mimo iż liczy sobie sto dwadzieścia osiem stron. Jeśli jednak, już po przyswojeniu fabuły, wrócimy na pierwszą stronę i zaczniemy od nowa, okaże się, że przed nami całe dnie, jeśli nie tygodnie, zgłębiania zawartości kadrów. Trzymamy bowiem w rękach najbardziej ekstremalny przykład dysproporcji pomiędzy długością i złożonością scenariusza a siłą i złożonością (...)

więcej »

Kadr, który…: Cały we krwi!
Marcin Knyszyński

6 XII 2018

Wolverine to jeden z najpopularniejszych bohaterów komiksowych Marvela. Niezapomniane wydawnictwo TM-Semic, pod koniec 1994 roku, wydało jeden z najlepszych komiksów o Rosomaku – Mega Marvel 4(5)/94, czyli „Weapon X”.

więcej »

Polecamy

Dłonie i łapki

Kadr, który…:

Dłonie i łapki
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Cały we krwi!
— Marcin Knyszyński

Trach! Łup! Aaargh!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Co Kropelka sklei…
— Jacek „Korodzik” Dobrzyniecki

Pola śmierci
— Marcin Knyszyński

Uszta Żona
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Fantastyczny pan Lis
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

To całkiem… zupełnie… idiotyczne!
— Marcin Knyszyński

Jestem w domu!
— Marcin Knyszyński

Zły, zły tyranozaur
— Marcin Osuch

Zobacz też

Z tego cyklu

Jestem Carl Seltz. Jestem Harry Seltz. Jestem Harry Burns.
— Marcin Knyszyński

Sztuka pamięci
— Marcin Knyszyński

To była dziwna jesień…
— Marcin Knyszyński

Zasady marketingu teologicznego
— Marcin Knyszyński

Piekło to obecność Boga
— Marcin Knyszyński

Tako rzecze Alan Moore
— Marcin Knyszyński

Surrealizm zaangażowany
— Marcin Knyszyński

Komiksowa radość
— Marcin Knyszyński

Niezniszczalne idee
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Krótko o komiksach: Pożegnanie z „Thorgalem”
— Marcin Osuch

Krótko o komiksach: Kapitan Żbik #5 „Diadem Tamary”
— Marcin Osuch

Esensja czyta dymki: Październik 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Po prostu Relax!
— Marcin Osuch

Kapitan Żbik: Po nitce do zbrodniarza
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Piękna rudowłosa
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Historyk sztuki to bardzo niebezpieczny zawód
— Sebastian Chosiński

Esensja czyta dymki: Grudzień 2016
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Kapitan Żbik: Królowa, dla której warto zabić
— Sebastian Chosiński

Raport z oblężonego Bag Dadhu
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.