Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CXCII

Konkursy

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe (wybrane)

więcej »
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Niekoniecznie jasno pisane: Jestem Carl Seltz. Jestem Harry Seltz. Jestem Harry Burns.

Esensja.pl
Esensja.pl
Komiks „Hard Boiled” autorstwa Franka Millera i Geoffa Darrowa to rzecz, na której przeczytanie potrzebujemy maksymalnie pół godziny, mimo iż liczy sobie sto dwadzieścia osiem stron. Jeśli jednak, już po przyswojeniu fabuły, wrócimy na pierwszą stronę i zaczniemy od nowa, okaże się, że przed nami całe dnie, jeśli nie tygodnie, zgłębiania zawartości kadrów. Trzymamy bowiem w rękach najbardziej ekstremalny przykład dysproporcji pomiędzy długością i złożonością scenariusza a siłą i złożonością rysunków.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Jestem Carl Seltz. Jestem Harry Seltz. Jestem Harry Burns.

Komiks „Hard Boiled” autorstwa Franka Millera i Geoffa Darrowa to rzecz, na której przeczytanie potrzebujemy maksymalnie pół godziny, mimo iż liczy sobie sto dwadzieścia osiem stron. Jeśli jednak, już po przyswojeniu fabuły, wrócimy na pierwszą stronę i zaczniemy od nowa, okaże się, że przed nami całe dnie, jeśli nie tygodnie, zgłębiania zawartości kadrów. Trzymamy bowiem w rękach najbardziej ekstremalny przykład dysproporcji pomiędzy długością i złożonością scenariusza a siłą i złożonością rysunków.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Autorzy „Hard Boiled” zdobyli Nagrodę Eisnera za rok 1991 (kiedy to pracowali nadal nad trzecią, ostatnią częścią opowieści) w kategorii „najlepszy duet scenarzysta/rysownik”. Frank Miller, cztery lata po dołożeniu cegiełki pod budowę nowej, „Mrocznej”, ery komiksu amerykańskiego (cegiełką tą był „Powrót Mrocznego Rycerza”), rozpoczął prace nad cyberpunkową historią inspirowaną luźno „Blade Runnerem” (przy czym dyskusyjne do tej pory wydaje się to, ile mamy tu wpływu Phillipa K. Dicka, a ile Ridleya Scotta). Gdy Miller otrzymał od Geoffa Darrowa graficzną odpowiedź na pierwsze scenariuszowe wprawki, poczuł się przytłoczony i zdeprymowany. Punkt widzenia rysownika i jego wizja tej, nieistniejącej jeszcze przecież, historii były tak jednoznaczne i zdecydowane, że Miller postanowił dać się ponieść fali, dostosowując się do jej meandrów i nieznacznie tylko manewrując scenariuszowym sterem. Od tej chwili „Hard Boiled” nie mogło już stać się problemowym cyberpunkiem ze skomplikowaną fabułą. Autorzy poszli w pastisz, a energia komiksu została skumulowana w rysunkach, a nie w treści.
Pierwszy tom zostaje wydany we wrześniu 1990 roku nakładem Dark Horse Comics. Tom drugi już trzy miesiące później, natomiast na zakończenie opowieści przyszło czekać do marca 1992 roku. Dopiero po szesnastu latach „Hard Boiled” pojawił się w Polsce – za to od razu w oszałamiającym wydaniu zbiorczym. Przenosimy się do Los Angeles niedalekiej przyszłości, gdzie prawdziwą władzę nad zuniformizowanym i pozbawionym głębszej myśli społeczeństwem dzierżą monstrualne megakorporacje. Jedna z nich, producent „urządzeń domowych”, niszczy konkurencję poprzez akty sabotażu i zabójstwa popełniane przez specjalnie wyprodukowane w tym celu androidy. Roboty te, powleczone ludzką skórą, są praktycznie nieodróżnialne od zwykłego człowieka – ba, one same są nieświadome swej prawdziwej natury. Poddane specjalistycznemu programowaniu, żyją w iluzji, w której są normalnymi członkami społeczeństwa. Mają rodziny, dzieci (pracowników korporacji odgrywających dla nich cały ten „teatr”) i chodzą do pracy.
Jednego takiego cyborga poznajemy na początku komiksu. Odgrywając bezwiednie rolę poborcy podatkowego, ściga swą ofiarę, pozostawiając za sobą pożogę, eksplozje, setki ofiar i dziesiątki zniszczonych samochodów. Totalna rozwałka – zewsząd słychać eksplozje, wrzask ofiar, dźwięk miażdżonego metalu i nieustanny ryk policyjnych syren. Robot, nazywający siebie imieniem „Nixon”, to tak zwana „jednostka numer cztery”, której program zaczął działać w nieprawidłowy sposób. Najwidoczniej ma jakiś błąd. Nixon, schwytany przez specjalne oddziały korporacji, przechodzi brutalną reedukację i powraca do służby, jako mieszkający na przedmieściach detektyw ubezpieczeniowy Carl Seltz. Już następnego dnia, z wyczyszczonymi wspomnieniami i naprawionym ciałem rusza w miasto, aby wykonać kolejne zadanie. Jeszcze nie wie, że poprzez niedoskonałość w swoim oprogramowaniu został wyznaczony do odegrania bardzo ważnej roli w planowanej rewolcie androidów-niewolników. Któż bowiem nie chciałby być wolny?
Fabuła komiksu jest krótka i prosta jak przysłowiowy drut. Celowo, tak aby mogła stanowić bazę do zapierających dech popisów Geoffa Darrowa. Bunt androidów, scenografia miasta i iluzja, w jakiej żyje bohater, przywodzą na myśl Dicka/Scotta automatycznie. Takie przebogato rozrysowane, przepełnione futurystycznymi gadżetami i pękające w szwach metropolie oglądaliśmy też w „Ghost in the Shell”, czy takich komiksach jak „Sędzia Dredd” i „Transmetropolitan”. Ekstremalnie pulpowa, cyberpunkowa historia w noirowych barwach (tytuł „Hard Boiled” nie jest przecież przypadkowy, Carl Seltz to rasowy detektyw, wzorcowy dla tego gatunku) przywołuje takie legendarne czasopisma komiksowe jak „Heavy Metal” czy „Métal Hurlant”. To te magazyny właśnie ukształtowały komiksowy gust rysownika, kupował je bowiem nałogowo.
Geoff Darrow wymienia Jeana „Moebiusa” Girauda i słynnego Hergé jako swoich duchowych mentorów i źródło inspiracji. Samego Moebiusa spotkał zresztą na początku lat osiemdziesiątych, podczas pracy nad koncepcją graficzną filmu „Tron”, co było doświadczeniem nie do przecenienia. Główny bohater „Hard Boiled” początkowo nie miał być w ogóle cyborgiem. Darrow chciał pójść tropem jednego ze swoich ulubionych reżyserów filmowych – Johna Woo. Bohaterowie filmów twórcy „Bez twarzy” byli jak Terminatorzy, potrafili przyjąć niezliczoną ilość ołowiu i dalej funkcjonować. Padali dopiero wtedy, gdy masa pocisków tkwiących w ich ciałach przekraczała pięćdziesiąt procent całej masy organizmu. Ostatecznie jednak Darrow postawił na realizm (dobre sobie) i stworzył androida w ludzkiej powłoce, czym zaskoczył Franka Millera.
Kadry Darrowa to wizualne rozpasanie, barokowo nakreślona hiperrzeczywistość (choć lepiej pasowałoby tu słowo „przerysowana”). Każdy rysunek zawiera gigantyczną ilość szczegółów, każda padająca cegła, łuska od naboju, odłamek metalu i kropla krwi jest narysowana z przesadną wręcz drobiazgowością. Postacie i wydarzenia dziejące się na drugim planie przedstawione są z taką samą jaskrawością i dbałością o detale jak te pierwszoplanowe. Nie spotyka się tego zbyt często – taki ruch grafika powoduje, że wszystkie elementy świata przedstawionego stają się równoważne dla aparatu poznawczego odbiorcy. Nie ma żadnego stopniowania składników rzeczywistości, z kadrów bije wulgarny hiperrealizm, przepych i kakofonia barw, kresek, znaczeń, symboli.
Tak poprowadzona narracja graficzna ma swoje przełożenie na ideę korporacyjnej władzy w świecie przyszłości. Te przeogromne molochy przeprowadzają nieustanny atak na każdą sferę życia społeczeństwa: hałaśliwa reklama, tony ulotek, nachalna indoktrynacja, pranie mózgu, przytłoczenie nadmiarem treści, za którym kryje się tylko pustka. Społeczeństwo świata komiksu jest całkowicie zniewolone, omamione, zamknięte w jakiejś quasi-matrixowej bańce. Lecz nikomu to nie przeszkadza, nikt nie widzi krat więzienia – ludzie są odczłowieczeni, zuniformizowani, pracują jak trybiki w gigantycznej maszynie. Paradoksalnie to androidy są o wiele bardziej ludzkie – najlepszym przykładem jest Barbara, robot pracujący w tej samej korporacji co Nixon. Zna ona prawdę, lecz trzyma ją w tajemnicy i liczy na powodzenie rewolucji.
To maszyny cierpią tu najbardziej, tak zupełnie po ludzku. Odbiera się im tożsamość – główny bohater sam już nie wie kim jest. Carlem Seltzem, Harrym Seltzem, Harrym Burnsem? Po nocach śni mu się jego własny nagrobek, na którym nie ma wyrytego imienia. Jego istota została siłą zredukowana do przedmiotu, brutalna ingerencja w ciało jest czymś naturalnym, jak wymiana opon lub montaż sprzętu RTV. Roboty to przecież tylko „część wyposażenia”. Prawda jest jednak taka, że to one dostrzegają więzienie w jakim się znajdują i są świadome swego zniewolenia. Wolność jednak nie zawsze znaczy dla każdego to samo. Wolność i jej konsekwencje mogą w równej mierze przerażać i być pożądanymi. Niektóre androidy pójdą drogą Cyphera z filmu „Matrix” i wybiorą zbawienną ułudę. Niektóre będą wolały „umrzeć” niż żyć fikcją.
„Hard Boiled” to dzieło wręcz histerycznie domagające się powtórnych czytań. Prostota, pretekstowość i brak odkrywczości fabuły nie jest tu żadnym problemem. Co więcej, chwała autorom za to, że wybrali taką a nie inną drogę.
koniec
9 grudnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: Rejtan w kosmosie
Agnieszka ‘Achika’ Szady

23 I 2020

Postać na pierwszym planie sprawia, że czytelnikowi przychodzą do głowy słowa takie jak „acan”, „waść” albo „gorze zdrajcy”. Tylko ta sylwetka na drugim planie jakby odrobinę nie pasuje…

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Śledztwo trwa!
Marcin Knyszyński

19 I 2020

„Incal”, najlepszy komiks Alejandro Jodorowsky’ego, był wielkim i głośnym wydarzeniem. Inspirował (i inspiruje nadal) przez wiele lat – zarówno twórców komiksu jak i filmu. Szalone przygody Johna Difoola, antybohatera, który wdepnął w największą aferę w historii wszechświata zakończyły się w roku 1988 roku, ale Jodorowsky nie chciał opuszczać wykreowanego przez siebie uniwersum.

więcej »

Po komiks marsz: Styczeń 2020
Esensja Komiks

12 I 2020

Pierwsze komiksowe polecanki w tym roku. Wydawcy najwyraźniej nie zapadli w sen zimowy, bo jest z czego wybierać.

więcej »

Polecamy

Śledztwo trwa!

Niekoniecznie jasno pisane:

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Odkryj się sam
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Odkryj się sam
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Potwory kontra roboty
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Piekło w Gotham
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Atak na percepcję
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Amores perros.
— Marcin Knyszyński

Z telewizji do komiksu
— Marcin Knyszyński

Karaibscy bogowie
— Marcin Knyszyński

Dojrzewanie superbohatera
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Darren Aronofsky „mother!”
— Marcin Knyszyński

Rewolucja
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.