Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Niekoniecznie jasno pisane: Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Na początku lat osiemdziesiątych, pewien stojący u progu kariery scenarzysta komiksowy z Northampton w Anglii zaczął opowiadać na nowo historię Marvelmana. Była to brytyjska wersja popularnego amerykańskiego superbohatera, któremu odmówiono racji bytu w rodzimym kraju. Dość infantylna i uproszczona fabularnie seria nabrała głębi i zwróciła się ku dojrzałemu odbiorcy. Alan Moore, bo to o nim mowa, „zrobił to po swojemu”. Niecałe dwa lata później kolejny, tym razem amerykański, bohater zaczął intensywnie dojrzewać pod egidą Moore’a, który postanowił „dokonać w serii kilku zmian”. „Potwór z bagien” rozpoczął nowe życie.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata

Na początku lat osiemdziesiątych, pewien stojący u progu kariery scenarzysta komiksowy z Northampton w Anglii zaczął opowiadać na nowo historię Marvelmana. Była to brytyjska wersja popularnego amerykańskiego superbohatera, któremu odmówiono racji bytu w rodzimym kraju. Dość infantylna i uproszczona fabularnie seria nabrała głębi i zwróciła się ku dojrzałemu odbiorcy. Alan Moore, bo to o nim mowa, „zrobił to po swojemu”. Niecałe dwa lata później kolejny, tym razem amerykański, bohater zaczął intensywnie dojrzewać pod egidą Moore’a, który postanowił „dokonać w serii kilku zmian”. „Potwór z bagien” rozpoczął nowe życie.
Kim/czym był rzeczony potwór? W lipcu 1971 roku, w dziewięćdziesiątym drugim numerze magazynu „The House od Secrets”, pojawiła się krótka, ośmiostronicowa opowieść autorstwa dwóch bardzo młodych twórców – Lena Weina (późniejszego „ojca” Wolverine’a) i Berniego Wrightsona. „Swamp Thing” opowiada historię dwóch młodych naukowców żyjących na początku dwudziestego wieku – Alexa Olsena i Damiena Ridge’a. Damien, który skrycie kocha się w Lindzie, żonie Alexa, powoduje eksplozję w laboratorium swojego kolegi. Alex ginie i zostaje potajemnie pochowany w pobliskim bagnie. Zrozpaczona Linda daje się omotać Damienowi, który w miarę upływu czasu obawia się coraz bardziej o to, że prawda wyjdzie na jaw. Lindę przed śmiercią z rąk mordercy ratuje wielki, humanoidalny, zielony stwór o ciele zbudowanym z pleśni, błota i poruszającej się roślinnej masy. Alex, przemieniony po śmierci w przerażające monstrum, zabija Damiena i ucieka na bagna, odprowadzany przeraźliwym wrzaskiem swojej żony.
Ta krótka opowieść grozy spodobała się czytelnikom i włodarzom Detective Comics – pobiła nawet rekord sprzedaży lipca 1971 roku. Wein i Wrightson otrzymali propozycję utworzenia serii z potworem w roli głównej. W listopadzie 1972 roku wyszedł pierwszy numer „Swamp Thing”. Akcja komiksu została przeniesiona o siedemdziesiąt lat w przyszłość do Luizjany. Para naukowców, Alec i Linda Holland (ciekawostka: panieńskie nazwisko Olsen-Ridge!) trafia do małej chatki na bagnach (a jakże!), gdzie zaczyna pracę nad pewną formułą chemiczną stymulującą wzrost roślin. Grupa przestępców o nazwie „Conclave” jest żywo zainteresowana ich pracą, ale spotyka się ze stanowczym oporem ze strony Aleca. W chatce Hollandów dochodzi do wybuchu – „Conclave” postanawia załatwić sprawę siłą. Poparzony i oblany chemicznymi specyfikami Alec ląduje na dnie bagna – na szczęście (albo nieszczęście) dzięki działaniu formuły nie umiera, lecz zamienia się (podobnie jak siedemdziesiąt lat wcześniej inny naukowiec) w potwora z bagien. Linda Holland ginie z rąk przestępców, a zrozpaczony Alec bierze na nich krwawy odwet. I tak zaczyna się jego historia – przez kolejne dwadzieścia cztery numery świat śledzi przygody potwora. Stwór dorabia się swojego przepisowego nemezis, którym zostaje szalony naukowiec Anton Arcane i jego „Un-Meni”; poznaje Abigail, bratanicę Arcane’a, swoją przyszłą miłość i ucieka przed ścigającym go agentem Interpolu Mattem Cable’em. Walczy też z wilkołakami, wiedźmami, zmutowanymi robakami, robotami i kosmitami – wszystko to w szalonej i kampowej estetyce Srebrnej Ery Komiksu, która u progu lat siedemdziesiątych odchodziła już w przeszłość.
Twórcy postaci nie dotrwali do końca serii. Rysownik Wrightson odpadł po numerze dziesiątym, scenarzysta Wein po czternastym. Serii nie uratował nawet słynny David Michelinie, który zastąpił Weina – we wrześniu 1976 roku wychodzi ostatni numer. Ale niezbadane są wyroki popkultury – Wes Craven, ojciec znanego wszystkim Freddiego Kruegera, na dwa lata przed umieszczeniem go w snach amerykańskich nastolatków, postanowił nakręcić film o potworze z bagien. Len Wein udał się wtedy do władz DC z propozycją nowego startu serii i miał już nawet scenarzystę, bo samemu „już mu się nie chciało”. Dobry pomysł, czemu nie? Pierwszy numer drugiej serii (o lekko zmienionej nazwie – „The Saga of the Swamp Thing”) zostaje napisany przez Martina Pasko i narysowany przez Toma Yeatesa, Len Wein nadzorował tylko całokształt przedsięwzięcia. Nowe odcinki komiksu, które z początku mocno nawiązywały do fabuły filmu, przyniosły kolejnego wielkiego wroga, czyli generała Sunderlanda, którego korporacja chciała poznać sekretem bio-formuły Aleca. Potwór z bagien zmagał się z wodnymi wampirami z Rosewood, mutantami, nazistami, złowrogimi klonami i ludźmi planującymi wywołanie końca świata. Seria coraz wyraźniej zmierzała w stronę horroru, a kierunek ten nabrał zdecydowanego tempa od numeru szesnastego (wydanego latem 1983 roku), kiedy to za rysunki zaczęli odpowiadać Stephen Bissette i John Totleben – znani potem z „czasów Alana Moore’a”. Powraca Anton Arcane, Abigail (teraz już żona Matta Cable’a, który skrywa potworne tajemnice) a Sunderland Corporation postanawia wykonać ostateczne posunięcia.
Martin Pasko pożegnał się z komiksem w numerze dziewiętnastym, w samym środku akcji. Len Wein wiedział o jego planach wcześniej i szybko nawiązał kontakt z Alanem Moore’em, wielce obiecującym brytyjskim twórcą, który nigdy jeszcze nie pisał dla wielkiego amerykańskiego molocha pokroju DC. Moore był wielce zaskoczony i podekscytowany, ale odpowiedział z kamienną twarzą, że „ok, ale pozmieniamy kilka rzeczy”. Numer dwudziesty (o jakże adekwatnym tytule – „Loose Ends”), który zazwyczaj nie był wliczany do „runu Moore’a”, zamyka dwie rzeczy: pewne ważne wątki Martina Pasko i naszego potwora w zamrażarce Sunderland Corporations. Tak, Alec Holland wpada w ręce generała, który chce odkryć jego tajemnice. Tylko, że potwór z bagien to wcale nie jest Alec Holland… Jak to?
To jest właśnie najważniejsza zmiana jaką wprowadził do „mitologii potwora” Alan Moore. Wezwany przez generała na pomoc doktor Jason Woodrue, alias „Floronic Man”, bada ciało potwora i konstatuje, że nie jest możliwym, aby człowiek mógł przeistoczyć się w taką istotę. Jest to niemożliwe z medycznego punktu widzenia. Okazuje się, że Alec Holland umarł na dnie bagna, a zmutowana przez jego formułę roślinność zaabsorbowała jego osobowość. Potwór z bagien nie jest człowiekiem, to amalgamat pleśni, mchu, porostów, błota i roślinnej masy, któremu tylko roi się, że jest Alecem Hollandem. To pierwszy i najważniejszy element „dekonstrukcji” potwora, której podległ on tak samo jak Marvelman (Miracleman) czy superbohaterstwo ogółem w późniejszych „Strażnikach”. Moore napisał scenariusze do czterdziestu trzech numerów i zakończył swą przygodę z tytułem we wrześniu 1987 roku na odcinku sześćdziesiątym czwartym, oddając go w sprawdzone już i godne ręce Ricka Veitcha. Co wniósł do serii „mag z Northampton”?
Przede wszystkim dojrzalsze i bardziej wymagające fabuły. Roślina, która myśli, że jest amerykańskim naukowcem, wydostaje się ze wspomnianej zamrażarki i musi na nowo zdefiniować własną istotę. Jak wygląda świat, w którym przyszło jej egzystować, co się jej przytrafia? Już na starcie walczy z nadchodzącą zagładą całej planety. Oszalały Floronic Man wypowiada wojnę światu fauny w imieniu świata flory. Dość niszczenia przyrody, musimy oczyścić świat do stanu „zanim przyszło mięso”! Potwór z bagien zmaga się następnie z powracającym z niebytu, przerażającym Antonem Arcane’em, który sprowadza na Ziemię duchy największych ludzkich bestii w jej historii. W między czasie borykać się musi z rodzącym się uczuciem do Abigail (która staje się z czasem najważniejszą obok potwora postacią serii) i coraz to nowymi faktami o własnej naturze. Potwór schodzi nawet do samego Piekła w „Swamp Thing Annual #2” – od tego czasu seria zmienia tytuł po prostu na „Swamp Thing”, wzorem starego cyklu Weina i Wrigtsona. Największe zagrożenie jednak dopiero nadchodzi – w czerwcu 1985 roku, w trzydziestym siódmym numerze pojawił się po raz pierwszy, znany obecnie na całym świecie, John Constantine. Zaczął się „Amerykański gotyk”.
Tak właśnie Alan Moore nazwał ciąg kilkunastu numerów „Swamp Thing”, aż do apogeum w lipcu 1986, kiedy to wyszedł jubileuszowy, pięćdziesiąty odcinek. Constantine wysyła potwora w różne miejsca Stanów Zjednoczonych, gdzie potyka się on z rozmaitymi demonami nawiedzającymi kraj. Wszystko to prowadzi do odkrycia przez naszego bohatera ostatecznej prawdy o sobie samym oraz do walki z zagrożeniem nie tylko Ameryki czy Ziemi, ale i całego uniwersum. „Mamy bilet w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata!” – to hasło idealnie podsumowuje run Alana Moore’a, który w tym momencie osiąga punkt kulminacyjny. Stephen Bissette i John Totleben opuszczają serię a ich miejsce zajmuje Rick Veitch, który sprawdza się idealnie. Co działo się u potwora w ostatnich czternastu odcinkach napisanych przez Moore’a? Cała seria zmieniła kurs, kierując się od grozy w stronę science fiction – takiego pulpowego, błyskającego świetlnymi mieczami, prosto ze Srebrnej Ery – a sam bohater mimowolnie ruszył w kosmos. Najpierw jednak zdemolował Gotham i wziął się za bary z Batmanem – wszystko w obronie swojej ukochanej, oskarżonej o obrazę obyczajów i spółkowanie z roślinami (tak!). Ostatnie odcinki opowiadają o próbach powrotu potwora na Ziemię i związanej z tym ostatecznej akceptacji samego siebie. A wszystko to obserwuje pewien człowiek płynący w łódce, który wygląda jak sam autor – żegnający się symbolicznie z serią.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nie przegap: Marzec 2020
Esensja

31 III 2020

Tradycyjny miesięczny przegląd naszych recenzji, odcinek kolejny.

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Magia w przewodach
Marcin Knyszyński

22 III 2020

„To najbardziej kretyńska historia, jaką w życiu słyszałem” – tak mówi jedna z postaci występujących w komiksie „Ronin”. Usłyszała właśnie krótkie streszczenie tego, co się do tej pory wydarzyło. Czy rzeczywiście jest aż tak dziwacznie? Zajrzyjmy do pierwszego, w pełni autorskiego komiksu Franka Millera – sześcioodcinkowej opowieści, wydanej przez Detective Comics między lipcem 1983 a sierpniem 1984 roku. Cyberpunk spotyka średniowieczną Japonię.

więcej »

Po komiks marsz: Marzec 2020
Esensja Komiks

7 III 2020

W marcowej odsłonie naszego cyklu, znalazło się aż dwadzieścia pięć pozycji, a to przecież zaledwie część tego co znajdziecie w księgarniach.

więcej »

Polecamy

Magia w przewodach

Niekoniecznie jasno pisane:

Magia w przewodach
— Marcin Knyszyński

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Prezenty świąteczne 2018: Komiksy
— Esensja Komiks

W bagnie
— Paweł Ciołkiewicz

Po komiks marsz: Kwiecień 2018
— Esensja Komiks

Z tego cyklu

Magia w przewodach
— Marcin Knyszyński

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Pięć minut
— Marcin Knyszyński

Ja cię kocham, a ty… nie żyjesz
— Paweł Ciołkiewicz

W sercu ciemności kwitnie kwiat…, a w polach blasku wije się żmija
— Paweł Ciołkiewicz

Nieco przymulone to bagienko
— Jakub Gałka

Tegoż autora

Nienazwane
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Zjawa.
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Birdman.
— Marcin Knyszyński

Supernoir
— Marcin Knyszyński

Antywestern
— Marcin Knyszyński

Narracyjna czkawka
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Biutiful.
— Marcin Knyszyński

Więzień istnienia
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.