Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 czerwca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CXCVI

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić

Niekoniecznie jasno pisane: Śledztwo trwa!

Esensja.pl
Esensja.pl
„Incal”, najlepszy komiks Alejandro Jodorowsky’ego, był wielkim i głośnym wydarzeniem. Inspirował (i inspiruje nadal) przez wiele lat – zarówno twórców komiksu jak i filmu. Szalone przygody Johna Difoola, antybohatera, który wdepnął w największą aferę w historii wszechświata zakończyły się w roku 1988 roku, ale Jodorowsky nie chciał opuszczać wykreowanego przez siebie uniwersum.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Śledztwo trwa!

„Incal”, najlepszy komiks Alejandro Jodorowsky’ego, był wielkim i głośnym wydarzeniem. Inspirował (i inspiruje nadal) przez wiele lat – zarówno twórców komiksu jak i filmu. Szalone przygody Johna Difoola, antybohatera, który wdepnął w największą aferę w historii wszechświata zakończyły się w roku 1988 roku, ale Jodorowsky nie chciał opuszczać wykreowanego przez siebie uniwersum.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Legendarny Jean „Moebius” Giraud, od razu zapowiadał, że po narysowaniu „Incala” odchodzi. Jodorowsky uszanował to z bólem serca i zaczął rozglądać się za następcą. Okazało się, że już go zna – w 1986 roku spotkał młodego, zafascynowanego Giraudem, rysownika z Serbii (a właściwie Jugosławii), Zorana Janjetova. Ten „pokorny uczeń Moebiusa” kolorował piąty i szósty tom „Incala”, co było dla niego spełnieniem marzeń. Zwłaszcza, że otrzymał wówczas dużo lekcji od Moebiusa – pozwoliło to potem na dość sprawne wejście w buty idola. Janjetov powiedział nawet swego czasu, że chciał iść pod prąd ówczesnym trendom wśród młodych rysowników. Podczas, gdy wszyscy inspirowali się starszymi twórcami, aby dopiero później wykształcić swój własny styl, on postanowił już zawsze rysować dokładnie jak Jean Giraud. „Chcę być bardziej moebiusowski od Moebiusa” – żartował.
Nie sposób było tego zauważyć. Jodorowsky stwierdził, że Janjetov rysuje jak Moebius z okresu „Garażu hermetycznego” i „Arzacha”, czyli sprzed „Incala”. Więc może to będzie właśnie idealny kandydat do narysowania prequela przygód Johna Difoola? Nie bez znaczenia była też akceptacja i błogosławieństwo samego Girauda. I tak powstała sześciotomowa opowieść o wydarzeniach poprzedzających te opisane w „Incalu”. „Avant l′Incal” („Przed Incalem”) wychodzi pomiędzy rokiem 1988 a 1995 nakładem „Les Humanoïdes Associés”.
„Incal” wiódł czytelnika przez niezmierzone kosmiczne przestrzenie, nowe światy, przedziwne społeczności i okraszał to wszystko bardzo zaawansowaną, choć może nie zawsze jasno wyłożoną, autorską filozofią. Sequel jest nieco inny – w porównaniu do „Incala” to naprawdę prosta, rozrywkowa historia o kameralnym zasięgu. Akcja całej sześciotomowej opowieści (z małymi wyjątkami w części ostatniej) toczy się w znanym już Mieście-Szybie, wydrążonym głęboko w Ziemi 2014. Młody John Difool, wraz ze swoimi ulicznymi koleżkami, żyje w tzw. „czerwonym pierścieniu”, czyli w jednym z najniższych kręgów Miasta, tuż nad Wielkim Jeziorem Kwasu wypełniającym dno Szybu. Codziennie kombinuje jak tu przeżyć, bo na pomoc rodziców nie ma co liczyć – matka jest uzależnioną od narkotyków „homeodziwką” pracującą w „Daredevilu”, czyli „miejscu największej zgnilizny”, a ojciec siedzi w „robomamrze”. Difool bardzo szybko zostaje sam – matka skacze w dół szybu z Alei Samobójców (miejscu, gdzie codziennie po szóstej rano pojawiają się ci, którzy mają już dość życia w obmierzłym i nie dającym na nic nadziei świecie) a ojciec zaraz po wyjściu z więzienia znowu pakuje się w tarapaty. Nasz bohater skończyłby prawdopodobnie tak samo, gdyby z opałów nie uratował go pewien android o imieniu Kolbo-5 – „roboglina”, który jakimś cudem wyłamał się ze swoich uwarunkowań i zaczyna doświadczać ludzkich uczuć.
I tak zaczyna się wielka przygoda Johna Difoola, który wydaje się nam tutaj zupełnie inny niż ten znany z „Incala”. Wysłany przez Kolbo-5 na kurs, po którym zostanie licencjonowanym, prywatnym detektywem klasy R, poznaje Luz de Garrę, dziewczynę z wyższych sfer (dosłownie – tak zwani „arystocy” żyją u góry Miasta-Szybu). Oszalały z miłości, rozczarowany postawą obiektu swoich westchnień, zdołowany losem swoich rodziców, wstrząśnięty niesprawiedliwością realiów Miasta i oszukany przez życie wybiera sobie temat sprawy detektywistycznej, której rozwiązanie zagwarantuje mu wspomniany tytuł detektywa. „Dlaczego żadna z homeodziwek nie ma dzieci, a moja matka tak?” – śledztwo Difoola, w tej wydawać by się mogło nic nie znaczącej sprawie, wywołuje drgania u samych podstaw struktury społecznej i sprowadza na niego śmiertelne niebezpieczeństwo. „Boskoidalny suprakomputer”, wielki mózg elektronowy, który rządzi w ukryciu całym Miastem-Szybem wysyła na Difoolem swoje oddziały – sprawa, za którą zabrał się ten młokos, grozi złamaniem „Tabu MK-3507”, czyli największej tajemnicy arystoków. Jej wyjawienie wywoła „skandal o galaktycznych rozmiarach”, zdestabilizuje społeczeństwo i doprowadzi do upadku cywilizacji. Za Difoolem ruszają oddziały Technotechników, Garbusów Preza i inne paskudne indywidua. A wszystko to prowadzi nas prosto do wydarzeń opisanych w „Incalu”.
Alejandro Jodorowsky skupia się równej mierze na kreacji fabuły co konstrukcji świata przedstawionego. Wydaje się nawet, że to dokładny opis wewnętrznej struktury Miasta-Szybu, jednej z najbardziej zepsutych i upadłych społeczności, jakie możemy znaleźć w komiksach, jest ważniejszy. A Chilijczyk nie przebiera w środkach – używa tak dosadnych i ekstremalnych środków, że sprawiają one wrażenie przesadzonych. Ale taki właśnie jest urok komiksów Jodorowsky’ego – egzaltacja, patos, nadmiar i swego rodzaju „scenograficzny overkill” idą zawsze ręka w rękę. Arystocy mieszkający u góry Miasta, są całkowicie odczłowieczonymi indywiduami, które udają się w głąb Szybu, aby brać udział w odrażających orgiach, okrucieństwach i bezeceństwach kosztem żyjących tam niższych warstw społecznych. Słynny „czerwony pierścień” to dla nich prawdziwy raj – „homeodziwki, zoodziwki, koka, halucynogeny, autentyczna spv, uisky i balanga non stop”. Do popularnych zachowań należy na przykład znieważanie, strzelanie i oddawanie moczu na lecących w dół Szybu nieszczęśników z Alei Samobójców. W świecie „dołu” funkcjonuje ruch oporu wobec takiego stanu rzeczy – Anarchopsychotycy, pozostający w nieustannym konflikcie ze służbami porządkowymi Preza (prezydenta Miasta, nieustannie zmieniającego ciała, żałosnego ludzkiego potwora, pozostającego pod kontrolą Mózgu Centralnego). Wszystkie ich krwawe potyczki transmitowane są na bieżąco w telewizji – w koszmarnym reality show prowadzonym przez Diavaloo, obrzydliwego typa w służbie suprakomputera.
Telewizja w świecie komiksu jest najskuteczniejszym sposobem kontroli niższych warstw społecznych. Ludzie z nizin spędzają całe dnie przykuci do ekranów, biorąc wszystkie prezentowane tam treści za jedyną rzeczywistość i faszerują się „cocalfolem”, czyli odmóżdżającym, czyniącym z nich automaty, „napojem narodowym”. Jest to społeczeństwo całkowicie zdegenerowane, niezdolne do żadnej autorefleksji, samokrytycyzmu i wyjścia poza świat narzucony im przez „górę”. Te naszpikowane prochami ludzkie manekiny, świnie uzależnione od nieograniczonej niczym konsumpcji, są jakby wyjęte z koszmarnych snów Chucka Palahniuka, który w swoich – bądź co bądź również groteskowych – powieściach, wieszczył przyszłość dość zbliżoną do tej z wizji Jodorowsky’ego.
Ale czegóż można było się spodziewać, skoro absolutną władzę nad mieszkańcami Miasta-Szybu sprawuje maszyna? Wielki, boskoidalny suprakomputer tak zwraca się do Preza i Techopapieża, którzy swoją typowo ludzką nieudolnością „fajdają mu ciągle w diody”: „zamknijcie się zdegenerowani humanoidzi, zoologiczne odpadki, osadzie biomolekularnej sromoty, śmiertelne ścierwojady, tytani szamba, cuchnące mordy, lepkie mózgi, nieczyste cielska skazane na gnicie, oślizgłe, włochate, spocone, pokryte kłakami i pazurami, włosami i zębami, worki pełne łajna i uryny, flaków i gruczołów, oblepieni cieknącym śluzem…”. I tak dalej, i tak dalej. Człowieczeństwo i wszystkie jego cechy nie tylko nic nie znaczą, ale są wręcz balastem i obiektem szykan „władzy”. Uczucia, miłość, przyjaźń, empatia, szacunek nie mają miejsca bytu w maszynowym świecie – niech żyje elektrototalitaryzm! Życie nic nie znaczy – destrukcja to tylko transformacja!
Ale zaraz, zaraz. Przecież Kolbo-5, mentor Difoola jest maszyną, która wbrew programowi „czuje po ludzku” – choć się tego boi i od tego ucieka. Otóż okazuje się, że siła miłości i przyjaźni są czymś nieusuwalnym ze świata – zarówno ludzkiego i maszynowego. I to jest kolejne ważne zagadnienie poruszane w „Przed Incalem”. Anarchopsychotycy, żyjący jeszcze niżej niż „umaszynowieni, odczłowieczeni ludzie” muszą zatem szukać ludzkich uczuć w nieco paradoksalny sposób – uciekając od swych ludzkich cech. Są o wiele bardziej zwierzęcy, instynktowni i pierwotni niż opite cocalfolem ludzkie masy powyżej. Są też przez to zdolni do uczuć – „Miłość zniknęła z biodoskonałej cywilizacji. Nasza bardziej zwierzęca natura pozwoliła nam ją odnaleźć. To zioło, które wzrasta w naszych sercach odmieni świat. Dzięki łasce amouryny będzie można zaznać najdoskonalszego uczucia”. Tak właśnie – zdolność do miłości i przyjaźni, wedle filozofii buntowników, może być przyswojona wraz z narkotykiem hodowanym – dosłownie – w sercach (nie będę tego tłumaczył – musicie sami to zobaczyć).
John Difool nie przyjmuje jednak amouryny. Te typowo ludzkie cechy znajduje sam, bez niczyjej pomocy, napędzany poczuciem niesprawiedliwości i krzywdy. I co ważne – potrafi je wykrzesać u Luz de Garry, arystoczki, która, zanim go poznała, znęcała się dla przyjemności na śmiertelnie chorych pacjentach szpitala i chciała z niego zrobić „mandoga”, czyli zawsze chętnego, jurnego i bezwzględnie posłusznego człowieka-psa. Metamorfoza Luz, relacja Difoola z Kolbo-5 i jego niezłomność w drążeniu zagadki „zerowej prokreacji hoemodziwek” (potwierdzana co jakiś czas stanowczym „śledztwo trwa!”) wydaje się największym sukcesem filozofii „miłości i przyjaźni jako najbardziej ludzkich z wszystkich naszych przymiotów”.
„Przed Incalem” to fabularnie bardzo prosty, przepełniony czarnym humorem, przygodowy komiks – choć, ze względu na prezentowane treści, przeznaczony tylko dla dorosłego czytelnika. Nie ma tu znanej z „Incala” mistyki i narracyjnych odlotów – nie na nich zależało w tym przypadku Jodorowsky’emu. Zaznaczmy jeszcze, że nie jest to ostatni komiks z Johnem Difoolem w roli głównej. W roku 2000 Moebius wraca do Jodorowsky’ego i rozpoczynają nowy projekt – „Après l′Incal”, czyli sequel „Incala”. Paradoksalnie ma on jednak o wiele więcej wspólnego z „Przed Incalem” niż z pierwotną serią. Seria „Po Incalu” upada niestety po pierwszym tomie – z powodów, o których na razie nie opowiemy. Osiem lat później Alejandro Jodorowsky wraca do tematu i wraz z meksykańskim grafikiem – José Ladrönnem – tworzy nowy cykl zatytułowany „Final Incal”. Wydawnictwo Scream zebrało obydwa komiksy i w 2015 roku wydało razem jako „Po Incalu/Final Incal”. Na ten album również przyjdzie pora w naszym cyklu.
koniec
19 stycznia 2020

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Po komiks marsz: Czerwiec 2020
Esensja Komiks

2 VI 2020

Po nieco rachitycznym maju rynek komiksowy odzyskuje wigor. Pozycji jest dużo i są one różnorodne. Zwracamy uwagę na zapowiadany od kilku lat album „Bruno Brazil”.

więcej »

Nie przegap: Maj 2020
Esensja

31 V 2020

Spis naszych majowych recenzji jest wyjątkowo bogaty – sprawdźcie czy na pewno nie przegapiliście czegoś ciekawego!

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Droga bez końca
Marcin Knyszyński

24 V 2020

Przy okazji artykułu o „Yansie” wspomniałem pewną polską komiksową inicjatywę wydawniczą z końcówki lat osiemdziesiątych. „Komiks Fantastyka” był w tych czasach czymś absolutnie oszałamiającym i każdy trochę starszy polski fan historii obrazkowych dobrze wie o czym mowa. Początkowe numery cyklu, te jeszcze sprzed przemianowania go po prostu na „Komiks”, zdominowało trzech bohaterów: Funky Koval, Yans i ten najbardziej enigmatyczny i skomplikowany – Rork. Historia tajemniczego białowłosego (...)

więcej »

Polecamy

W końcu to komiks

Pilot śmigłowca:

W końcu to komiks
— Marcin Osuch

Pożegnanie z Rosińskim
— Marcin Osuch

Rozkaz to rozkaz
— Marcin Osuch

Kapitan zmienia trasę
— Marcin Osuch

Latający dyliżans
— Marcin Osuch

Nie lataj, synku, nisko i powoli
— Marcin Osuch

Zobacz też

Z tego cyklu

Droga bez końca
— Marcin Knyszyński

Witamy w Keyhouse!
— Marcin Knyszyński

Magia w przewodach
— Marcin Knyszyński

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Ewangelia według Alejandro Jodorowsky’ego
— Andrzej Goryl

Nadzieja umiera ostatnia…
— Paweł Ciołkiewicz

Jak u siebie
— Paweł Ciołkiewicz

Napięcie rośnie
— Paweł Ciołkiewicz

Intruzi
— Paweł Ciołkiewicz

Świat to za mało
— Paweł Ciołkiewicz

Do kogo ta mowa?
— Wojciech Gołąbowski

Krótko o komiksach: Marzec 2005
— Daniel Gizicki, Wojciech Gołąbowski, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Wizualizacja śmieci
— Wojciech Gołąbowski

Krótko o komiksach: Wrzesień 2004, cz. 2
— Sebastian Chosiński, Daniel Gizicki, Wojciech Gołąbowski

Tegoż autora

Na rubieżach rzeczywistości: Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Richard Kelly. Pułapka.
— Marcin Knyszyński

Fajne… po prostu
— Marcin Knyszyński

Zmierzch rewolucji
— Marcin Knyszyński

Nikogo nie potrzebuję!
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Richard Kelly. Koniec świata.
— Marcin Knyszyński

Sztuka ucieczek
— Marcin Knyszyński

Teatr absurdu
— Marcin Knyszyński

Kadr, który…: Darkseid is.
— Marcin Knyszyński

Jeszcze bardziej typowy Leo
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.