Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Niekoniecznie jasno pisane: Magia w przewodach

Esensja.pl
Esensja.pl
„To najbardziej kretyńska historia, jaką w życiu słyszałem” – tak mówi jedna z postaci występujących w komiksie „Ronin”. Usłyszała właśnie krótkie streszczenie tego, co się do tej pory wydarzyło. Czy rzeczywiście jest aż tak dziwacznie? Zajrzyjmy do pierwszego, w pełni autorskiego komiksu Franka Millera – sześcioodcinkowej opowieści, wydanej przez Detective Comics między lipcem 1983 a sierpniem 1984 roku. Cyberpunk spotyka średniowieczną Japonię.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Magia w przewodach

„To najbardziej kretyńska historia, jaką w życiu słyszałem” – tak mówi jedna z postaci występujących w komiksie „Ronin”. Usłyszała właśnie krótkie streszczenie tego, co się do tej pory wydarzyło. Czy rzeczywiście jest aż tak dziwacznie? Zajrzyjmy do pierwszego, w pełni autorskiego komiksu Franka Millera – sześcioodcinkowej opowieści, wydanej przez Detective Comics między lipcem 1983 a sierpniem 1984 roku. Cyberpunk spotyka średniowieczną Japonię.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Swą fascynację orientem (w szczególności Japonią), jego kulturą, sztuką, historią, filozofią, kodeksem samurajów i sztukami walki autor wyraził już w poprzedzającym „Ronina” „Daredevilu”. Szczególnie mocno intrygowała go „instytucja” ronina, czyli samuraja z czasów feudalnej Japonii, który stracił swego pana – a tym samym cel życia. Jedną z historii o takim, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa, średniowiecznym wojowniku była manga z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych – „Kozure Okami”, wydana w Polsce jako „Samotny wilk i szczenię” w 2006 roku przez nieistniejącą już Mandragorę. Frank Miller był zafascynowany wspomnianą mangą, a japoński sposób opowiadania obrazem stał się potem kluczowy w „Roninie”. Z drugiej strony doceniał również ówczesny komiks europejski z Moebiusem na czele – wpływ prac Jeana Girauda na „Ronina” jest niezaprzeczalny. Frank Miller dokonał niesamowitej fuzji wschodniej i zachodniej sztuki komiksowej i jednocześnie wpasował się idealnie w rodzący się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nowy nurt w popkulturze – cyberpunk.
Miller zakończył swą pracę nad „Daredevilem” w lutym 1983 roku, na numerze 191. Wspiął się wtedy na Parnas komiksu amerykańskiego, mógł rysować co chciał i gdzie chciał – pożądali go praktycznie wszyscy wydawcy za oceanem. Szczególnie mocno walczyło o niego Detective Comics, które obiecało mu całkowitą swobodę twórczą (co było wówczas ewenementem) i sowite wynagrodzenie. Miller skorzystał w oferty i zaproponował komiks idący zdecydowanie pod prąd oczekiwań czytelników, rynku i wydawnictwa. Dzieło oryginalne, dziwaczne i bezkompromisowe – może jeszcze nie genialne (na to przyjdzie poczekać trzy lata, kiedy ukaże się „Powrót mrocznego rycerza”), ale trwale zapisane w historii medium.
Akcja komiksu rozpoczyna się w średniowiecznej Japonii. Młody, bezimienny i bezgranicznie wierny swemu panu samuraj, zostaje nagle roninem – jego zwierzchnik, pan Ozaki, zostaje zabity przez zmiennokształtnego demona Agata, który próbuje odzyskać zaklęty miecz, skradziony mu kiedyś przez Ozakiego. Ronin musi „zmyć hańbę” i rozpoczyna polowanie na demona – udaje mu się go w końcu zabić, tracąc przy tym swoje własne życie.
Akcja skacze osiemset lat do przodu, do lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku. Jesteśmy w zniszczonym Nowym Jorku, gdzie na poziomie ulic panuje prawo dżungli, a ponad nimi rządzą gigantyczne megakorporacje. Jedną z nich jest spółka „Aquarius Corporation” założona przed laty przez trójkę idealistów i zajmująca się produkcją „hodowlanych układów komputerowych” imitujących żywą tkankę. To niemal sztuczne życie, które może w pewnym momencie zacząć ewoluować samodzielnie w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Całość procesu nadzoruje sztuczna inteligencja o nazwie „Virgo”, która obecnie pracuje nad produkcją zaawansowanych technologicznie sztucznych kończyn. Prowadzi jednocześnie eksperymenty na Billym – bezrękim i beznogim od urodzenia człowiekiem, obdarowanym mocą telekinezy. Może on dosłownie zawiadywać biomechanicznymi rękami siłą woli. Billy ma niestety problem – dręczą go dziwne wizje, w których wciela się w średniowiecznego, japońskiego ronina.
I teraz uwaga – oto, co się dzieje dalej. Ronin i demon, zaklęci w mieczu Ozakiego, przedostają się do Nowego Jorku dwudziestego pierwszego wieku, w wyniku badań jakie przeprowadza korporacja Aquarius nad odnalezionym w Ameryce Południowej „tajemniczym ostrzu”. Duch ronina opanowuje ciało Billy’ego, któremu nie dość, że „wyrastają” zaawansowane technologicznie protezy kończyn to jeszcze zmienia się całkowicie osobowość i aparycja. Średniowieczny wojownik ląduje w środku świata, którego nie rozumie (tutaj tylko przemoc jest jedynym, wspólnym językiem). Zmiennokształtny, przez co praktycznie niewykrywalny, demon Agat panoszy się w korporacji i zrobi wszystko, aby odnaleźć i zlikwidować swego oponenta oraz odzyskać miecz. W pościg za roninem ruszają doborowe jednostki Aquariusa z jedną z założycielek na czele – szefową ochrony Casey McKenną. No tak, w sumie nic dziwnego, że każdy z mieszkańców komiksowego świata, który słyszy taką relację, nazywa ją „kretyńską historią”. Nie pomaga nawet powtarzane przez McKennę nieustanne „Panowie, to dwudziesty pierwszy wiek. Musicie mieć otwarte umysły”. Wszystko na szczęście zmierza do jak najbardziej logicznego, zaskakującego i naprawdę przeszywającego do głębi finału.
„Nowy Jork jest cudowny. Pełen walki, zdesperowany, pozbawiony nadziei, zły do szpiku kości – taaak… Agat znalazł nowy dom” – tak mówi demon, który czuje się w świecie przyszłości wprost znakomicie. Ronin przeciwnie – wszystko czego doświadcza jest zaprzeczeniem wszelkich wartości kodeksu samuraja. Futurystyczne Big Apple to piekielna dżungla opanowana przez groteskowe gangi jakby wyjęte prosto z „Mad Maxa” albo „Ucieczki z Nowego Jorku”, poubierane w ciuchy z wypożyczalni BDSM oraz kultywujące bezsensowną i do niczego nie prowadzącą przemoc. W podziemiach panoszą się zmutowani kanibale, cofnięte w rozwoju imbecyle, które przywodzą na myśl „Robale”, z którymi walczył millerowski Daredevil w kanałach Hells Kitchen, a także „Mutantów” – oponentów a potem sprzymierzeńców podstarzałego, również millerowskiego, Batmana. Świat jest na krawędzi zagłady – to już trzeci z rzędu komiks w cyklu, w którym znajdujemy totalnie zdegenerowany świat przyszłości. Ronin ma szansę stać się „Elvisem przemocy” jak nazywa go pewien stary hippis, który rzekomo pomaga mu odnaleźć się w rzeczywistości a tak naprawdę chce wykorzystać go do własnych celów.
Zepsutym do cna światem rządzą ponadnarodowe korporacje, których działania nie respektują żadnych granic – ani politycznych, ani moralnych. Aquarius Corporation, założona z bardzo humanistycznych pobudek, przeobraziła się w monstrualny byt zarządzany przez sztuczną inteligencję o bardzo mętnych motywacjach. Tutaj również następuje szybka i nieodwracalna dehumanizacja. Zaciera się granica pomiędzy człowiekiem i maszyną – fuzja umysłu i metalu (który tak naprawdę jest tu czymś pośrednim między żywą tkanką a stalowym ciałem), bionika, wszczepy, sztuczna inteligencja i przerażająca technologiczna osobliwość. Dziś nie są to w żadnym wypadku tematy nowe – czterdzieści lat temu jednak tego rodzaju motywy dopiero pojawiały się w masowej popkulturze. To były czasy filmowego „Blade Runnera”, gibsonowskiego „Neuromancera” oraz szalonego „Incala” Alejandro Jodorowskyego. Cyberpunk się rodził, a „Ronin” był jednym z jego prekursorów.
Niewiarygodność „kretyńskiej” historii bierze się z konieczności całkowitej rezygnacji z racjonalnego, zdroworozsądkowego myślenia podczas analizy tego, co się dzieje. Wszyscy bohaterowie z przyszłości są osobami ściśle związanymi z nauką – zostają tymczasem zderzeni z magią, mitami i całkowitą fantazją. W kablach siedzą prawdziwe „demony”, takie bardziej dosłowne niż te, które kilka lat później pojawią się w „pancerzu” (patrz: „Ghost in the Shell”). Frank Miller wyraża to, co w cyberpunku stało się potem jednym z motywów przewodnich – obawę o to, że sztuczna inteligencja przekroczy kiedyś taki stopień zaawansowania, po którym jakakolwiek kontrola nad nią będzie już niemożliwa a ludzki gatunek zostanie przez nią zniewolony lub zlikwidowany. Tak właśnie – to przecież Virgo, zarządzająca kompleksem Aquarius, okazuje się ostatecznie największym wrogiem. Arthur C. Clarke powiedział kiedyś, że „każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Tak możemy odczytywać symbolikę wydarzeń w „Roninie” – walczymy z demonami, ulegamy czarom i klękamy przed bóstwami z tego tylko powodu, że obserwowane zjawiska przekraczają nasze zrozumienie. Nasze ludzkie, nawet najbardziej racjonalne myślenie nie przewidzi „czarów” jakie może nam zaserwować sztuczna inteligencja.
Styl Millera zaczynał już wtedy przybierać kształt, jaki ostatecznie przyjął w czasach „Sin City”. Widać to chociażby w trzecim rozdziale, kiedy ronin walczy z oddziałami Casey McKenny. Miller rozrysowuje cyberpunkowe scenografie (wielkie konstrukty z „żywego metalu”, wnętrze kompleksu Aquarius, miasto „pożarte” przez wytwory korporacji) na wielkich, często cało- lub dwustronnych panelach i nie sposób nie zauważyć wielkiego wpływu jaki wywarły nań dzieła Moebiusa. Te wszystkie kropkowania, kreskowania, kompozycje kadrów i „zarządzanie” postaciami są przecież charakterystyczne. Z drugiej strony nieostre kontury, umowność teł, brak dbałości o szczegóły, specyficzne prowadzenie walk i scen dynamicznych to zalążki „typowego Millera”, którego tak cenimy.
„Ronin” to świetny materiał na film. Najpierw New Line Cinema planowało zekranizować komiks powierzając pieczę nad reżyserią Darrenowi Aronofskyemu. Reżyser miał wtedy na koncie tylko swoje debiutanckie „Pi” – trzeba przyznać, że „Ronin” zrealizowany w tak skrajnej formie jak wspomniana historia genialnego matematyka, mógłby być bardzo intrygujący. Dziewięć lat później, na fali popularności kinowej adaptacji „300”, podjęto kolejną próbę – tym razem reżyserować miał Sylvain White. No i wreszcie w roku 2014 stacja SyFy wyszła z inicjatywą nakręcenia serialu. Jak do tej pory nic nie wyszło z tych planów – pozostaje nam czekać.
„Ronin” nie jest może kamieniem milowym światowego komiksu. Pełni za to taką rolę w karierze Franka Millera, który „poszedł na swoje”, zrobił dokładnie to, co chciał i jeszcze szerzej otworzył sobie drzwi do kariery absolutnej.
koniec
22 marca 2020

Komentarze

22 III 2020   12:10:30

Ronin spoko ale oczywiscie kazdy powinien przeczytac Kozure Okami bo seria jest genialna.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nie przegap: Marzec 2020
Esensja

31 III 2020

Tradycyjny miesięczny przegląd naszych recenzji, odcinek kolejny.

więcej »

Po komiks marsz: Marzec 2020
Esensja Komiks

7 III 2020

W marcowej odsłonie naszego cyklu, znalazło się aż dwadzieścia pięć pozycji, a to przecież zaledwie część tego co znajdziecie w księgarniach.

więcej »

Nie przegap: Luty 2020
Esensja

29 II 2020

W lutym mieliśmy o jeden dzień więcej na recenzowanie niż zwykle. Oto efekty.

więcej »

Polecamy

Magia w przewodach

Niekoniecznie jasno pisane:

Magia w przewodach
— Marcin Knyszyński

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Śpij, przyjacielu
— Marcin Osuch

Rewolucja
— Marcin Knyszyński

Religijny fanatyk z Kosmosu
— Sebastian Chosiński

Zwiastun rewolucji
— Marcin Knyszyński

Leonidas i Kubuś Puchatek czyli władcy wyobraźni
— Marcin Osuch

Marvel: Witaj ponownie, Frank
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Miasto nie do końca warte grzechu
— Konrad Wągrowski

Marvel: Nie ma lepszego niż Wolverine
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rysownicy do ołówków!
— Piotr Czerkawski

Gdy zalewa nas żółć
— Jakub Gałka

Tegoż autora

Męskie granie
— Marcin Knyszyński

Nienazwane
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Zjawa.
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Birdman.
— Marcin Knyszyński

Supernoir
— Marcin Knyszyński

Antywestern
— Marcin Knyszyński

Narracyjna czkawka
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Alejandro González Iñárritu. Biutiful.
— Marcin Knyszyński

Więzień istnienia
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.