Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CCIX

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.
Jednym ze współzałożycieli słynnego magazynu „Piloté”, o którym wspominałem już przy okazji artykułu o „Asteriksie”, był dobry kolega René Goscinnego i Alberta Uderzo – Jean Michel Charlier. W 1961 roku magazyn dopadły problemy finansowe i został przejęty przez „Dargauda”, francuskiego molocha wydawniczego. Charlier ze współwłaściciela stał się zwykłym redaktorem czasopisma – jednym z jego zadań była wyprawa za ocean i napisanie szeregu „reportaży z Ameryki”. Szczególnie mocno zafascynowała go historia Wojny Secesyjnej – znalazł i przywiózł do Francji mnóstwo materiałów dotyczących lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku i grafik przedstawiających żołnierzy Unii. Wtedy to wpadł na pomysł napisania komiksu z akcją osadzoną w tamtych czasach – koledzy po fachu już dawno namawiali go na komiksowy western, ale dopiero te wydarzenia pomogły mu podjąć decyzję. Trudno zresztą tu mówić o typowym westernie – miała to być opowieść o dzielnych żołnierzach armii Północy zaprowadzających porządki na Południu.
Trzeba było jeszcze wybrać rysownika. Legenda frankofońskiego komiksu, Jijé, któremu jako pierwszemu zaproponowano tę robotę, odmówił – „nigdy do końca nie czuł westernu”. Ale miał niezłego kandydata, swego wiernego ucznia, młodego dwudziestoczteroletniego zapaleńca – Jeana Girauda, który w oczach mentora wyrastał na nieźle zapowiadającego się grafika. Ba, gdyby tylko Jijé wiedział… Giraud ochoczo wziął się do pracy (wymyślił sobie też, wzorem innych frankofońskich komiksiarzy, swój artystyczny pseudonim – „Gir”) i tak, w październiku 1963 roku, dokładnie pięćdziesiąt siedem lat temu, w 210 numerze „Piloté”, ukazuje się pierwszy odcinek „Fortu Navajo”. Nie miała to być opowieść z jednym, głównym bohaterem, lecz o całej kompanii dzielnych „niebieskich kurtek” broniących jednego z fortów, gdzieś na południowym pograniczu USA. Jednym z jankesów był koleś o ksywce „Blueberry” – według relacji Charliera, wzięła się ona od jego towarzysza z wojaży po Ameryce. Kolega autora pożerał wówczas podobno tony marmolady z czarnych jagód. „Gdybym wiedział, że komiks będzie aż tak popularny, nigdy nie wymyśliłbym tak głupiego pseudonimu” – śmiał się po latach Charlier. Co ciekawe, Giraud również przypisywał sobie pomysł na to miano – znalazł rzekomo jakiś artykuł w „Geographic Magazine” podpisany „Blueberry” i utkwiło mu to mocno w pamięci. Jak było naprawdę już się nie dowiemy – nigdy zresztą nie było to wielce istotne.
Kim zatem jest „Blueberry”? To niejaki Michael Steven Donovan, syn bogatego plantatora z Południa, urodzony w 1843 roku. Gdy wybuchła Wojna Secesyjna został zmuszony do ucieczki na północ – oskarżono go niesłusznie o zabójstwo ojca swej narzeczonej. Donovan przyjmuje fałszywe nazwisko „Blueberry” i zaciąga się do armii Unii, a po wojnie, w stopniu porucznika kawalerii, trafia na tereny głębokiego Południa. Jest członkiem załogi wspomnianego Fortu Navajo, wesołym, nieokrzesanym łobuzem i zawadiaką, lubiącym wykradać się na samowolkę, uroczym draniem, na którego kobiety reagują wstrętem (oficjalnie) i fascynacją (nieoficjalnie). „Pijak, karciarz, szuler, niezdyscyplinowany, szuka ciągle okazji do bójek, rozrabiaka”. Jest jednocześnie bardzo wrażliwy na krzywdę innych, nietolerancję, dyskryminację i niesprawiedliwość. Zna się z Apaczami, którzy nazywają go „Złamanym nosem” i darzą go jakimś tam szacunkiem – w przeciwieństwie do wojskowych zwierzchników, szukających tylko okazji, aby się go pozbyć z garnizonu. Nie sposób nie polubić Blueberry’ego – to taki archetypiczny przykład bohatera zaskarbiającego sobie wieczną sympatię czytelnika.
Pierwszy czterdziestoośmiostronicowy komiks o Blueberrym wyszedł równo dwa lata po „paskowym” debiucie w „Piloté”, w październiku 1965 roku. Początki miały być bardzo proste – nieskomplikowany, przygodowy komiks o dzielnych żołnierzach fortu, równie dzielnych Indianach, koncentracja na akcji i dynamice, bez wielkiego przywiązywania wagi do tła i scenografii. Pierwsze pięć albumów to tak zwany „Cykl Navajo”, opowiadający o wielkim pospolitym ruszeniu Apaczów, pod wodzą legendarnego wodza Cochise’a, wywołanym bezmyślnym atakiem amerykańskiego oddziału na grupę Indian. Komiksy te trafiły do Polski w 2002 i 2003 roku za sprawą wydawnictwa „Podsiedlik-Raniowski i Spółka”. Minęło pięć lat i „Blueberry’ego” do Polski postanowił sprowadzić Egmont – a że wystrzegał się powtarzania tego, co już na rynku było, zaczął od albumu zbiorczego z odcinkami numer sześć, jedenaście i dwanaście. Części siedem-dziesięć, jako zamknięta historia trafiły do tomu drugiego, a pierwsze pięć, już na sam koniec Egmont zawarł w tomie „zerowym” – skomplikowana historia. Egmont zaczął od „Człowieka ze srebrną gwiazdą” – jednego z najbardziej rozpoznawalnych epizodów, takiego „Blueberry’ego w pigułce”, jedynej historii (obok dużo późniejszej „Arizona Love”), która zamyka się całkowicie w jednym odcinku. Mike zostaje oddelegowany przez nie kryjącego zadowolenia przełożonego, do miasteczka Silver Creek, aby zrobić tam porządek z bandą Sama Bassa. Charlier inspirował się mocno fabułą „Rio Bravo”, czego nawet specjalnie nie krył i co sprowadziło na niego oskarżenia o plagiat. Dwa kolejne odcinki pierwszego tomu to znowu miasteczko pełne coltów i trzymających je narwańców, którego stróżem prawa zostaje nasz bohater. Tym razem mamy nieco „Hrabiego Monte Christo” (tak!), zemstę po latach, skarby w „kopalni zaginionego Niemca” i gonitwę po jakichś ciemnych jaskiniach. A wspomniany tom drugi to takie trochę „Hell on Wheels” – historia zmagań dwóch wielkich, rywalizujących ze sobą korporacji, które zaraz po wojnie secesyjnej kładły tory kolejowe na zachodzie kraju. Blueberry jest oczywiście w samym środku awantury – z ramienia Union Pacific, ma być „specjalistą od kontaktów z Indianami” zamieszkujących tereny, przez które ma iść kolej żelazna. Mike nie wie jeszcze, że konkurencyjna Central Pacific zrobi wszystko, aby sabotować jego zadanie.
Pierwsze odcinki „Blueberry’ego” to typowy, klasyczny western spod znaku Johna Wayne’a, wspomnianego „Rio Bravo” czy „Siedmiu wspaniałych”. Bardzo czarno-biały moralnie, dosłownie „komiksowy”, trzymający czytelnika za rękę i bardzo grzeczny. Postacie „myślą na głos” i zapełniają kadry nadmiarową ilością dymków. Trzecioosobowy narrator opisuje dokładnie to, co dobrze widać na rysunku i tak naprawdę deprecjonuje cały wkład grafika, nie dając pola interpretacji czytelnikowi. Oto na obrazku mamy konia ze strzałą w zadzie, którym jechał porucznik Craig. Koń spłoszony wpada sam do fortu (Craiga pojmali Indianie). Co w tekście? Jedna z postaci mówi: „Koń bez jeźdźca!”. Druga: „Rozpoznaję go! To juczny koń, którego miał Craig!”. Trzecia: „Jest spłoszony! Spójrzcie! Strzała Apaczów!”. I tak przez cały czas, bez przerwy. „Blueberry” z tamtych czasów był takim „komiksem dla chłopców” – dużych i małych. Gonitwy po prerii, nagłe zmiany sojuszy, przyjaciel w jednej chwili i zaprzysięgły wróg w drugiej, wielkie przestrzenie przemierzane w szybkim tempie, łatwo wszystkich odnaleźć, łatwo uciec z każdej pułapki, a ze stryczka nieodmiennie ratuje celny strzał prosto w sznur. To nie serialowy „Deadwood”, tu nie ma szermierek słownych, wysublimowanych dialogów – pisze je wszystkie Kapitan Oczywisty, który wykłada całą fabułę tak, aby broń Boże nikt się w niej nie pogubił. Taka formuła jest oczywiście już niedzisiejsza, lekko pachnie komiksową formaliną – ale cóż, przecież wtedy „pif-paf” (niekoniecznie kowbojskie) rozbrzmiewało w komiksach pod każdą szerokością geograficzną.
Panowie autorzy stopniowo dojrzewali jednak artystycznie, trochę tak jak sam gatunek filmowego westernu. W 1973 roku wychodzi album numer trzynaście – „Chihuahua Pearl” – który rozpoczyna serię pięciu najlepszych (w mojej ocenie) odcinków „Blueberry’ego” spośród tych, które napisał Charlier (albumy zbiorcze Egmontu numer trzy i cztery). Mike wraz ze swoimi kompanami wplątuje się w aferę „zaginionego złota Konfederatów” – zostaje tajnym agentem rządu Stanów Zjednoczonych („jeśli wpadniesz to my się od ciebie odwrócimy”), fikcyjnie wydalony z armii i wysłany do Meksyku, gdzie wpada w takie tarapaty, jak nigdy do tej pory. Wszystko kończy się próbą zamachu na prezydenta USA, ciężkim więzieniem dla naszego bohatera, oskarżeniami o zdradę stanu i wielkim cliffhangerem, podczas którego Blueberry rzekomo ginie w eksplozji pociągu. Mamy album siedemnasty, zatytułowany „Angel Face”, rok 1975 i wielkie nieporozumienie między autorami komiksu a wydawnictwem „Dargaud”. Poszło oczywiście o pieniądze – choć tak naprawdę doszło też znudzenie serią (Charlier) i nowe pomysły na własną karierę („Gir”). Panowie zawieszają tworzenie „Blueberry’ego” i odchodzą z „Dargauda”.
1 2 »

Komentarze

19 X 2020   17:06:07

Bardzo dziękuję za ten ciekawy artykuł przybliżający powstanie jednej z moich ulubionych westernowych serii komiksowych. Pozdrawiam autora i redakcję, dziękując za artykuły i recenzje poświęcone komiksom.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

10 naj...: Dzień Nauczyciela
Wojciech Gołąbowski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

14 X 2021

Prezentujemy dzisiaj, wbrew tytułowi, nie dziesięciu, ale aż czternastu (na 14 października - Dzień Edukacji Narodowej) nauczycieli z różnych, nie tylko polskich, komiksów. W komentarzach możecie głosować: czy wolicie urodziwą panią od matmy, surowego mistrza sztuk walki, a może po prostu… Romka?

więcej »

Kadr, który…: O wilku mowa!
Paweł Ciołkiewicz

7 X 2021

Wilkołak jaki jest, każdy widzi. Wielkie zęby, przekrwione ślepia, ostre szpony i ogromne kudłate cielsko. Oczywiście zazwyczaj pała żądzą krwi. Zabije każdego, kto wejdzie mu w drogę – obojętnie, czy będzie to zwierzę, czy człowiek. Jego pragnienie zabijania jest niepowstrzymane. Gdy rusza na łowy, jest niezwykle groźny, ale trzeba przyznać, że na tle księżyca w pełni wygląda niezwykle efektownie. Szczególnie na komiksowych planszach.

więcej »

10 naj… : Zwierzęta
Miłosz Cybowski, Wojciech Gołąbowski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

4 X 2021

Czwartego października obchodzony jest Światowy Dzień Zwierząt, więc z tej okazji postanowiliśmy przypomnieć naszym czytelnikom kilka bardziej i mniej znanych zwierząt z komiksów. Głównie polskich.

więcej »

Polecamy

Łatwe trudnego początki

Polscy podróżnicy:

Łatwe trudnego początki
— Marcin Osuch

Kumpel Mickiewicza
— Marcin Osuch

Prototyp Zagłoby
— Marcin Osuch

Wspomnienia jak żyła złota
— Marcin Osuch

Być jak Kmicic
— Marcin Osuch

Zobacz też

Z tego cyklu

Wszechświat to za mało
— Marcin Knyszyński

Świat to odbicie naszych myśli
— Marcin Knyszyński

Piliście coś chłopcy? A co innego można tu robić?
— Marcin Knyszyński

Od jedności do wielości i z powrotem
— Marcin Knyszyński

Kolejny spektakl w teatrze końca świata
— Marcin Knyszyński

Jak żywioł
— Marcin Knyszyński

Ład i przeznaczenie kontra chaos i przypadek
— Marcin Knyszyński

Widzę was!
— Marcin Knyszyński

Śmierć Supermana
— Marcin Knyszyński

Szok przeszłości
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Wszyscy ludzie Vance’a
— Marcin Osuch

Raz lepiej, raz gorzej
— Dagmara Trembicka-Brzozowska

Ku Klux Klan kontra zombie
— Marcin Knyszyński

Geniusze i przeciętniacy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

My name is Brazil. Bruno Brazil
— Paweł Ciołkiewicz

Srebrzysty paladyn
— Marcin Knyszyński

Blast It!
— Marcin Knyszyński

Moebius: Fragmenty duszy
— Marcin Knyszyński

Moebius: Betonowy pterodaktyl, niesforne ciało jamiste i fabryka belgijskich gąbek
— Marcin Knyszyński

Moebius: Major znowu się zgubił…
— Marcin Knyszyński

Tegoż autora

„MAX” ale na wesoło
— Marcin Knyszyński

Extraordinary Moore: Pastisz pełen ambicji
— Marcin Knyszyński

Stulecie Stanisława Lema: Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Klausie goes to Hollywood…
— Marcin Knyszyński

Powrót na Ziemię
— Marcin Knyszyński

Extraordinary Moore: Wojna światów w obrazkach
— Marcin Knyszyński

Stulecie Stanisława Lema: Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Po komiks marsz: Październik 2021
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Extraordinary Moore: Wiktoriańska Liga Sprawiedliwości
— Marcin Knyszyński

Nieoczekiwana zmiana miejsc
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.