Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 października 2020
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CC

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Serenada na trąbkę i sześć strzałów!

Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.
Jednym ze współzałożycieli słynnego magazynu „Piloté”, o którym wspominałem już przy okazji artykułu o „Asteriksie”, był dobry kolega René Goscinnego i Alberta Uderzo – Jean Michel Charlier. W 1961 roku magazyn dopadły problemy finansowe i został przejęty przez „Dargauda”, francuskiego molocha wydawniczego. Charlier ze współwłaściciela stał się zwykłym redaktorem czasopisma – jednym z jego zadań była wyprawa za ocean i napisanie szeregu „reportaży z Ameryki”. Szczególnie mocno zafascynowała go historia Wojny Secesyjnej – znalazł i przywiózł do Francji mnóstwo materiałów dotyczących lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku i grafik przedstawiających żołnierzy Unii. Wtedy to wpadł na pomysł napisania komiksu z akcją osadzoną w tamtych czasach – koledzy po fachu już dawno namawiali go na komiksowy western, ale dopiero te wydarzenia pomogły mu podjąć decyzję. Trudno zresztą tu mówić o typowym westernie – miała to być opowieść o dzielnych żołnierzach armii Północy zaprowadzających porządki na Południu.
Trzeba było jeszcze wybrać rysownika. Legenda frankofońskiego komiksu, Jijé, któremu jako pierwszemu zaproponowano tę robotę, odmówił – „nigdy do końca nie czuł westernu”. Ale miał niezłego kandydata, swego wiernego ucznia, młodego dwudziestoczteroletniego zapaleńca – Jeana Girauda, który w oczach mentora wyrastał na nieźle zapowiadającego się grafika. Ba, gdyby tylko Jijé wiedział… Giraud ochoczo wziął się do pracy (wymyślił sobie też, wzorem innych frankofońskich komiksiarzy, swój artystyczny pseudonim – „Gir”) i tak, w październiku 1963 roku, dokładnie pięćdziesiąt siedem lat temu, w 210 numerze „Piloté”, ukazuje się pierwszy odcinek „Fortu Navajo”. Nie miała to być opowieść z jednym, głównym bohaterem, lecz o całej kompanii dzielnych „niebieskich kurtek” broniących jednego z fortów, gdzieś na południowym pograniczu USA. Jednym z jankesów był koleś o ksywce „Blueberry” – według relacji Charliera, wzięła się ona od jego towarzysza z wojaży po Ameryce. Kolega autora pożerał wówczas podobno tony marmolady z czarnych jagód. „Gdybym wiedział, że komiks będzie aż tak popularny, nigdy nie wymyśliłbym tak głupiego pseudonimu” – śmiał się po latach Charlier. Co ciekawe, Giraud również przypisywał sobie pomysł na to miano – znalazł rzekomo jakiś artykuł w „Geographic Magazine” podpisany „Blueberry” i utkwiło mu to mocno w pamięci. Jak było naprawdę już się nie dowiemy – nigdy zresztą nie było to wielce istotne.
Kim zatem jest „Blueberry”? To niejaki Michael Steven Donovan, syn bogatego plantatora z Południa, urodzony w 1843 roku. Gdy wybuchła Wojna Secesyjna został zmuszony do ucieczki na północ – oskarżono go niesłusznie o zabójstwo ojca swej narzeczonej. Donovan przyjmuje fałszywe nazwisko „Blueberry” i zaciąga się do armii Unii, a po wojnie, w stopniu porucznika kawalerii, trafia na tereny głębokiego Południa. Jest członkiem załogi wspomnianego Fortu Navajo, wesołym, nieokrzesanym łobuzem i zawadiaką, lubiącym wykradać się na samowolkę, uroczym draniem, na którego kobiety reagują wstrętem (oficjalnie) i fascynacją (nieoficjalnie). „Pijak, karciarz, szuler, niezdyscyplinowany, szuka ciągle okazji do bójek, rozrabiaka”. Jest jednocześnie bardzo wrażliwy na krzywdę innych, nietolerancję, dyskryminację i niesprawiedliwość. Zna się z Apaczami, którzy nazywają go „Złamanym nosem” i darzą go jakimś tam szacunkiem – w przeciwieństwie do wojskowych zwierzchników, szukających tylko okazji, aby się go pozbyć z garnizonu. Nie sposób nie polubić Blueberry’ego – to taki archetypiczny przykład bohatera zaskarbiającego sobie wieczną sympatię czytelnika.
Pierwszy czterdziestoośmiostronicowy komiks o Blueberrym wyszedł równo dwa lata po „paskowym” debiucie w „Piloté”, w październiku 1965 roku. Początki miały być bardzo proste – nieskomplikowany, przygodowy komiks o dzielnych żołnierzach fortu, równie dzielnych Indianach, koncentracja na akcji i dynamice, bez wielkiego przywiązywania wagi do tła i scenografii. Pierwsze pięć albumów to tak zwany „Cykl Navajo”, opowiadający o wielkim pospolitym ruszeniu Apaczów, pod wodzą legendarnego wodza Cochise’a, wywołanym bezmyślnym atakiem amerykańskiego oddziału na grupę Indian. Komiksy te trafiły do Polski w 2002 i 2003 roku za sprawą wydawnictwa „Podsiedlik-Raniowski i Spółka”. Minęło pięć lat i „Blueberry’ego” do Polski postanowił sprowadzić Egmont – a że wystrzegał się powtarzania tego, co już na rynku było, zaczął od albumu zbiorczego z odcinkami numer sześć, jedenaście i dwanaście. Części siedem-dziesięć, jako zamknięta historia trafiły do tomu drugiego, a pierwsze pięć, już na sam koniec Egmont zawarł w tomie „zerowym” – skomplikowana historia. Egmont zaczął od „Człowieka ze srebrną gwiazdą” – jednego z najbardziej rozpoznawalnych epizodów, takiego „Blueberry’ego w pigułce”, jedynej historii (obok dużo późniejszej „Arizona Love”), która zamyka się całkowicie w jednym odcinku. Mike zostaje oddelegowany przez nie kryjącego zadowolenia przełożonego, do miasteczka Silver Creek, aby zrobić tam porządek z bandą Sama Bassa. Charlier inspirował się mocno fabułą „Rio Bravo”, czego nawet specjalnie nie krył i co sprowadziło na niego oskarżenia o plagiat. Dwa kolejne odcinki pierwszego tomu to znowu miasteczko pełne coltów i trzymających je narwańców, którego stróżem prawa zostaje nasz bohater. Tym razem mamy nieco „Hrabiego Monte Christo” (tak!), zemstę po latach, skarby w „kopalni zaginionego Niemca” i gonitwę po jakichś ciemnych jaskiniach. A wspomniany tom drugi to takie trochę „Hell on Wheels” – historia zmagań dwóch wielkich, rywalizujących ze sobą korporacji, które zaraz po wojnie secesyjnej kładły tory kolejowe na zachodzie kraju. Blueberry jest oczywiście w samym środku awantury – z ramienia Union Pacific, ma być „specjalistą od kontaktów z Indianami” zamieszkujących tereny, przez które ma iść kolej żelazna. Mike nie wie jeszcze, że konkurencyjna Central Pacific zrobi wszystko, aby sabotować jego zadanie.
Pierwsze odcinki „Blueberry’ego” to typowy, klasyczny western spod znaku Johna Wayne’a, wspomnianego „Rio Bravo” czy „Siedmiu wspaniałych”. Bardzo czarno-biały moralnie, dosłownie „komiksowy”, trzymający czytelnika za rękę i bardzo grzeczny. Postacie „myślą na głos” i zapełniają kadry nadmiarową ilością dymków. Trzecioosobowy narrator opisuje dokładnie to, co dobrze widać na rysunku i tak naprawdę deprecjonuje cały wkład grafika, nie dając pola interpretacji czytelnikowi. Oto na obrazku mamy konia ze strzałą w zadzie, którym jechał porucznik Craig. Koń spłoszony wpada sam do fortu (Craiga pojmali Indianie). Co w tekście? Jedna z postaci mówi: „Koń bez jeźdźca!”. Druga: „Rozpoznaję go! To juczny koń, którego miał Craig!”. Trzecia: „Jest spłoszony! Spójrzcie! Strzała Apaczów!”. I tak przez cały czas, bez przerwy. „Blueberry” z tamtych czasów był takim „komiksem dla chłopców” – dużych i małych. Gonitwy po prerii, nagłe zmiany sojuszy, przyjaciel w jednej chwili i zaprzysięgły wróg w drugiej, wielkie przestrzenie przemierzane w szybkim tempie, łatwo wszystkich odnaleźć, łatwo uciec z każdej pułapki, a ze stryczka nieodmiennie ratuje celny strzał prosto w sznur. To nie serialowy „Deadwood”, tu nie ma szermierek słownych, wysublimowanych dialogów – pisze je wszystkie Kapitan Oczywisty, który wykłada całą fabułę tak, aby broń Boże nikt się w niej nie pogubił. Taka formuła jest oczywiście już niedzisiejsza, lekko pachnie komiksową formaliną – ale cóż, przecież wtedy „pif-paf” (niekoniecznie kowbojskie) rozbrzmiewało w komiksach pod każdą szerokością geograficzną.
Panowie autorzy stopniowo dojrzewali jednak artystycznie, trochę tak jak sam gatunek filmowego westernu. W 1973 roku wychodzi album numer trzynaście – „Chihuahua Pearl” – który rozpoczyna serię pięciu najlepszych (w mojej ocenie) odcinków „Blueberry’ego” spośród tych, które napisał Charlier (albumy zbiorcze Egmontu numer trzy i cztery). Mike wraz ze swoimi kompanami wplątuje się w aferę „zaginionego złota Konfederatów” – zostaje tajnym agentem rządu Stanów Zjednoczonych („jeśli wpadniesz to my się od ciebie odwrócimy”), fikcyjnie wydalony z armii i wysłany do Meksyku, gdzie wpada w takie tarapaty, jak nigdy do tej pory. Wszystko kończy się próbą zamachu na prezydenta USA, ciężkim więzieniem dla naszego bohatera, oskarżeniami o zdradę stanu i wielkim cliffhangerem, podczas którego Blueberry rzekomo ginie w eksplozji pociągu. Mamy album siedemnasty, zatytułowany „Angel Face”, rok 1975 i wielkie nieporozumienie między autorami komiksu a wydawnictwem „Dargaud”. Poszło oczywiście o pieniądze – choć tak naprawdę doszło też znudzenie serią (Charlier) i nowe pomysły na własną karierę („Gir”). Panowie zawieszają tworzenie „Blueberry’ego” i odchodzą z „Dargauda”.
1 2 »

Komentarze

19 X 2020   17:06:07

Bardzo dziękuję za ten ciekawy artykuł przybliżający powstanie jednej z moich ulubionych westernowych serii komiksowych. Pozdrawiam autora i redakcję, dziękując za artykuły i recenzje poświęcone komiksom.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: Ocena raczej kijowa
Wojciech Gołąbowski

22 X 2020

Janusz Christa nie stronił chyba od żadnego gatunku humoru. Choć wydaje się, że ten oparty o dwuznaczność słów występował dość rzadko. Niemniej, w „Wojach Mirmiła”…

więcej »

Kadr, który…: Siła magnum
Wojciech Gołąbowski

15 X 2020

Dynamika walk wręcz powinna mieć w komiksie dobre odwzorowanie. Ale tym razem chyba rysownik nieco przesadził…

więcej »

Musi być jakaś alternatywa: Jak Piłsudski z Tarkowskim z caratem walczyli
Miłosz Cybowski

14 X 2020

Wielka szkoda, że „Pierwsza Brygada: Warszawski pacjent” nie doczekała się planowanej kontynuacji. Komiks Wyrzykowskiego, Piątkowskiego i Janicza jest zaledwie wprowadzeniem do bogatego alternatywnego świata przełomu XIX i XX wieku.

więcej »

Polecamy

Rajner kontra Reiner

Podziemny front:

Rajner kontra Reiner
— Konrad Wągrowski

Wojna o duszę doktora z AK
— Konrad Wągrowski

Noc długich noży
— Konrad Wągrowski

Komandosi z wyobraźni generała
— Konrad Wągrowski

Komiks, którego nie było
— Konrad Wągrowski

Bitwa o szyny
— Konrad Wągrowski

Dobry Niemiec
— Konrad Wągrowski

Granat do studzienki, czyli najśmielsza akcja bojowa
— Konrad Wągrowski

Po twarzy poznasz konfidenta
— Konrad Wągrowski

Wybuch w burdelu
— Konrad Wągrowski

Zobacz też

Z tego cyklu

W stylu retro
— Marcin Knyszyński

Uruchom ponownie
— Marcin Knyszyński

Zawsze żyjemy w czasach ostatecznych
— Marcin Knyszyński

Osiemnastoletnia improwizacja
— Marcin Knyszyński

Droga bez końca
— Marcin Knyszyński

Witamy w Keyhouse!
— Marcin Knyszyński

Magia w przewodach
— Marcin Knyszyński

Komiks nadmiaru
— Marcin Knyszyński

Śledztwo trwa!
— Marcin Knyszyński

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

Geniusze i przeciętniacy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

My name is Brazil. Bruno Brazil
— Paweł Ciołkiewicz

Srebrzysty paladyn
— Marcin Knyszyński

Blast It!
— Marcin Knyszyński

Moebius: Fragmenty duszy
— Marcin Knyszyński

Moebius: Betonowy pterodaktyl, niesforne ciało jamiste i fabryka belgijskich gąbek
— Marcin Knyszyński

Moebius: Major znowu się zgubił…
— Marcin Knyszyński

Moebius: Tajemnica pokoju numer 6
— Marcin Knyszyński

Moebius: „Mackowanie aż do stadium pnuszu”
— Marcin Knyszyński

Poetycka makabreska
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Old Man Bruce
— Marcin Knyszyński

Przygrywka tycia
— Marcin Knyszyński

Lekko w dół
— Marcin Knyszyński

Prosta historia
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Cokolwiek ci zrobi, nie krzycz
— Marcin Knyszyński

Do sedna: Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Nie dla zielonych czytelników
— Marcin Knyszyński

Hardboiled Berserker
— Marcin Knyszyński

Niechciany eskapizm
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.