Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Funky Koval wanted, dead or alive

Esensja.pl
Esensja.pl
Punky Rock brzmi równie dziwacznie jak Luke Starkiller. Analogii pomiędzy „Funkym Kovalem” a „Gwiezdnymi wojnami” można by znaleźć pewnie więcej. Ciekawe, czy twórcom tego pierwszego uda się zamknąć całość cyklu, podobnie jak to się stało w przypadku gwiezdnej sagi.

Marcin Osuch

Funky Koval wanted, dead or alive

Punky Rock brzmi równie dziwacznie jak Luke Starkiller. Analogii pomiędzy „Funkym Kovalem” a „Gwiezdnymi wojnami” można by znaleźć pewnie więcej. Ciekawe, czy twórcom tego pierwszego uda się zamknąć całość cyklu, podobnie jak to się stało w przypadku gwiezdnej sagi.
Magazynowi „Fantastyka” stuknęło ćwierć wieku. Nadszedł czas podsumowań i retrospekcji. We wrześniowym, trzechsetnym nota bene numerze pojawił się tekst Michała Cetnarowskiego o ikonie polskiego komiksu – Funkym Kovalu. Tekst ciekawy, chociaż okazja narzuciła odświętny ton, zatem mniej jest tam spostrzeżeń i podsumowań krytycznych. Szkoda, bo od pojawienia się ostatniej, trzeciej części, czasu minęło sporo i można było się pokusić o szerszą analizę samego cyklu i jego wpływu na twórczość komiksową w Polsce.
Duża część artykułu poświęcona jest genezie serii. Interesująco wypada uchylenie rąbka tajemnicy warsztatu twórców. Ujawnia, jak długą i mozolną drogę musieli przebyć autorzy, aby dojść do momentu, kiedy byli gotowi do stworzenia nowej jakości w polskim komiksie – Funky’ego Kovala. W jaki sposób uzupełniali się w procesie twórczym, wzajemnie się pilnując, aby całość była spójna, bohaterowie zróżnicowani charakterologicznie, a dialogi niebanalne. Twórcze czerpanie z najlepszych wzorców zarówno komiksowych, jak i filmowych, dało wynik, jakiego nikomu w Polsce nie udało się do dziś powtórzyć. Może to kierunek, w jakim powinni iść twórcy komiksu mainstreamowego dzisiaj. A może powód, dla którego de facto nigdy nie powstały komiksy wzorujące się na „Funkym Kovalu”. Próbujące powtórzyć skalę rozmachu i kompletności wizji przedstawionego świata. Właściwie tylko Adler i Piątkowski stworzyli pełnowymiarowe światy i umieścili w nich „pełnometrażową” historię. Ale oni, zwłaszcza w warstwie scenariuszowej, balansują na granicy mainstreamu. Koval dokonał komiksowego przełomu, ale po tym przełomie niewiele się wydarzyło.
Trochę laurkowo podszedł Michał Cetnarowski do scenariuszowych nieścisłości. Wspomniane od niechcenia, tak aby nie zrobiło się za słodko. A było tych potknięć trochę więcej. Najwięcej w początkowych epizodach, z których każdy opowiadał autonomiczną historię. W pierwszym Funky w ramach egzaminu na kosmicznego detektywa ochrania ważną przesyłkę. Pojawiają się piraci, a jeden z nich przebrany jest za Funky’ego. Chyba tylko po to, aby ten prawdziwy mógł zorientować się, że coś jest nie tak, oraz złapać nitkę prowadzącą do Hawkera („…tylko pan wiedział, że lecę…”). Kolejny epizod – Lilly Rye porwana przez temporystów. Czy aby na pewno tak wyglądałby świat, w którym możliwe są podróże w czasie („winda czasu”)? Gdyby szukać dalej, pewnie można by znaleźć więcej. Ale „ten błędów nie robi, kto nic nie robi” – to cytat z jakiegoś komiksu. Liczy się całość, a w przypadku „Kovala” prezentuje się ona bardzo dobrze. Dyskusja o tym, która część jest najlepsza, przypomina trochę wskazywanie najlepszego epizodu ze „starej” trylogii „Gwiezdnych wojen”. Niby wszyscy wiedzą, że „Imperium kontratakuje”, ale i tak z ogromną przyjemnością oglądamy wszystkie trzy.
Czerpanie w trzecim tomie z realiów ówczesnego życia politycznego przy „zakręcaniu” fabuły wyszło autorom rewelacyjnie. Mamy tutaj zmianę frontu kilku istotnych postaci (prezydent, senator Bobber), powrót do gry skompromitowanego Stellar Fox, a wszystko doprawione drugim Kovalem. Szkoda tylko, że twórcy podeszli do sprawy zbyt dosłownie. Pełno jest bezpośrednich odniesień (trójkątny stół, wojna na szczytach), cytatów („jestem przeciw a nawet za”), wizualnego podobieństwa postaci (Wałęsa, Mazowiecki). Straciły na tym uniwersalizm i ponadczasowość całego cyklu. Wygląda na to, że twórcy tego kultowego komiksu, podobnie jak wielu innych artystów w tamtym czasie, nie bardzo wiedzieli, jak zareagować na nagłe zniknięcie cenzury. To, co było pociągające w czasach istnienia Urzędu Kontroli Publikacji, w wolnym kraju – i to jeszcze w zbyt dużej dawce – straciło swój urok. Może dobrze, że kolejne części nie powstały w czasach afery Rywina lub też w ciągu ostatnich, jakże burzliwych politycznie lat. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, kogo musiałbym oglądać na kartach mojej ulubionej serii. Dla mnie „Funky Koval” to komiks fantastyczno-naukowy korzystający z elementów socjopolitycznych, a nie alegoria sytuacji politycznej Polski tamtych czasów podana pod płaszczykiem SF.
W przeciwieństwie do sugestii Michała Cetnarowskiego, niejasności i niedopowiedzenia pojawiające się w całej serii uważam za mocną stronę scenariusza. Wprowadzają element łamigłówki i dają pole do różnych interpretacji i dyskusji. Chociażby wspomniany mimochodem sojusz z drollami. Pomimo całej sympatii dla Dritta, jego zachowanie z perspektywy całej serii bardziej pasuje do roli „dobrego policjanta”, podczas gdy „złym” był czerwonooki Utan. Ale cel mieli wspólny i obydwaj traktowali ludzi instrumentalnie. To Dritt doprowadził do spotkania Kovala z Wielkim Planistą, z którego to spotkania wynikła cała intryga trzeciej części. A sam Dritt zapadł się pod ziemię.
Osobna jest kwestia chyba nadal oczekiwanej przez miłośników serii kontynuacji cyklu (zarówno sequeli, jak i zapowiadanego prequelu). Na podstawie zdawkowych informacji zarysowują się dwie opcje. O obydwu napomknął zresztą Maciej Parowski w „posłowiu” wydania egmontowskiego z 2002 roku. Pierwsza opiera się na informacji o konfliktach pomiędzy trójką autorów. Nie kupuję wyjaśnienia Parowskiego, że były one niczym w porównaniu z politycznymi trzęsieniami tamtych czasów. Wygląda na to, że były i są wystarczająco duże, aby trzech facetów nie mogło znaleźć wspólnego języka. Druga opcja jest bardziej złożona. Na tyle, że mogłaby być przedmiotem dużo bardziej wnikliwej analizy, ponieważ nie dotyczy samego „Kovala”, ale całego polskiego rynku komiksowego. Maciej Parowski nazwał ją „brakiem czasu”. Jeśli człowiek-twórca stwierdza, że nie ma czasu na kontynuację swego najpopularniejszego dzieła, to najprawdopodobniej po prostu wie, że nie dostanie za tę pracę wynagrodzenia, które uzyska, robiąc coś innego. I nie jest to niczyja wina, bo przyczyny mają charakter obiektywny. Wydawcy muszą zarabiać na sprzedawanych albumach. Opłaty autorskie dla twórców nowego albumu na pewno są dużo większe niż licencja za zagraniczną pozycję. Czytelnicy? Wbrew pozorom rynek komiksowy w Polsce nie jest aż tak głęboki. Nie ma tradycji komiksowych.
Michał Cetnarowski zastanawia się, czy ewentualna kolejna część „Kovala” może być nowatorska. Czy w czasie, gdy komputery mogą wykreować dowolny fantastyczny świat, ma sens tworzenie komiksów o tej tematyce? Odpowiedź jest prosta – tak. Bo wizja i praca rysownika mają tylko wspierać dobrze opowiedzianą historię. I dopóki będą pojawiały się ciekawe, oryginalne historie komiksowe, dopóty komiks z filmem nie przegra. Na razie to przemysł filmowy musi szukać inspiracji w komiksie. A duża część hitów ostatnich lat to właśnie adaptacje. Tylko że w odniesieniu do dyskusji o kontynuacji „Kovala” nie mam przekonania, czy pytanie o nowatorstwo jest akurat najważniejszym pytaniem. Z pewnego punktu widzenia dużo łatwiej było pod tym względem w latach 80. Bo punktem odniesienia były siermiężna polska rzeczywistość stanu wojennego. Teraz, kiedy jesteśmy dosłownie częścią zachodniego świata, kiedy nowości pojawiają się jednocześnie z premierami światowymi, ciężko byłoby stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Nowatorska była pierwsza część „Kovala”. Pozostałe po prostu trzymały, z drobnymi odchyłkami, wyznaczony przez nią poziom. Jestem przekonany, że takie podejście w zupełności wystarczy miłośnikom „Funky’ego Kovala”.
Artykuł porusza także sprawę wyglądu graficznego serii i jego ewolucji w poszczególnych odcinkach. Podoba mi się rysunek Bogusława Polcha. Cenię go za decyzję o zmianie stylu na potrzeby Wiedźmina, niezależnie od oceny samego kreski. Eksperyment i szukanie nowych wyzwań są wpisane w życie artysty. Natomiast uważam, że niepotrzebne było wprowadzenie „wiedźmińskiej” kreski (w ograniczonym zakresie) do trzeciego tomu Kovala. Skoro argumentem za „Wiedźminem” było dostosowanie stylu do świata fantasy, to może w świecie stechnicyzowanym należało pozostawić kreskę superrealistyczną? Może to dyskusja akademicka, ale ja naprawdę wolałbym, aby Paul Barley wyglądał jak… Paul Barley. Swoją drogą, skoro jesteśmy już przy rysunku, to przyznam się, że chętnie kiedyś obejrzałbym jakieś szkice próbne do „Kovala”. Mam kilka albumów pokazujących pracę przy „Gwiezdnych wojnach” i muszę przyznać, że wstępne projekty poszczególnych postaci wyglądają przezabawnie, a całość pokazuje, jak duży wysiłek twórczy trzeba było wykonać, aby osiągnąć końcowy efekt.
Michał Cetnarowski nie pokusił się o odpowiedź na pytanie, na ile „Funky Koval” był uwarunkowany polskim rynkiem komiksowym tamtego okresu. Pamiętajmy, pojawił się w roku 1982. Zaledwie rok wcześniej ukazał się ostatni numer „Relaxu”. „Świat Młodych” był na szczycie popularności, a najbardziej pożądana była jego ostatnia strona, ta z komiksami właśnie. Wydaje się, że bez tych pozycji odbiorcy nie byliby przygotowani na taką historię, a decydenci nie rozumieliby, po co marnować cztery strony na rysunki. „Żbik”, „Kloss” i „Podziemny front” to za mało, aby docenić nową jakość, którą wprowadzał „Koval”. „Relax”, pomimo całej swojej statyczności i ideologicznego zacięcia, dawał minimalny punkt oparcia do porównań i odniesień. Niestety, autor artykułu nie wykorzystał w pełni możliwości, jaką dawał bezpośredni dostęp do przynajmniej jednego z autorów komiksu. A przecież z Maciejem Parowskim pracują dla tego samego czasopisma.
Z drugiej strony autor nie zaznaczył jednoznacznie, że tekst pojawił się z okazji 25-lecia „Fantastyki” i samego „Kovala”. Może to akcja promocyjna przed wydaniem kolejnego albumu? Jeśli tak, to wycofuję całą zawartą powyżej (konstruktywną) krytykę i publicznie deklaruję kupno nowego albumu w ciemno. Nawet jeśli występują w nim obydwaj (byli już) wicepremierzy i bracia bliźniacy.
koniec
30 października 2007

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: Dwa, może trzy
Wojciech Gołąbowski

17 I 2019

„Girl Genius”, internetowy (acz wydawany następnie także na papierze) komiks amerykańskiego Studio Foglio, gościł już w Esensji niejednokrotnie. Nie zaszkodzi spojrzeć nań jeszcze raz.

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: O dwóch takich, co walczyli z Gotham
Marcin Knyszyński

13 I 2019

„Batman. Rok pierwszy”, ze scenariuszem Franka Millera i rysunkami Davida Mazzucchellego, jest jednym z tych komiksów o człowieku-nietoperzu, który na stałe wpisał się do kanonu nie tylko Detective Comics, ale i całego medium. Powstał na początku tak zwanej Mrocznej Ery komiksu amerykańskiego, którą zapoczątkowali „Strażnicy” Alana Moore’a i „Powrót mrocznego rycerza” Franka Millera właśnie. Do dziś wymieniany jest jako jeden z najważniejszych komiksów superbohaterskich w historii, przede (...)

więcej »

Pożegnania 2018 (4)
Jarosław Loretz

11 I 2019

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2018 roku. Dziś miesiące październik-grudzień.

więcej »

Polecamy

Dwa, może trzy

Kadr, który…:

Dwa, może trzy
— Wojciech Gołąbowski

Kadry odnalezione #2
— Marcin Osuch

Nerd w świecie fantasy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Minki dziewczynki i twarze gliniarzy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Mary Jane, kocham cię!
— Marcin Knyszyński

Dłonie i łapki
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Cały we krwi!
— Marcin Knyszyński

Trach! Łup! Aaargh!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Co Kropelka sklei…
— Jacek „Korodzik” Dobrzyniecki

Pola śmierci
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta dymki: Październik 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Po prostu Relax!
— Marcin Osuch

Kapitan Żbik: Miłość, która prowadzi na manowce
— Sebastian Chosiński

Esensja czyta dymki: Kwiecień 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Kapitan Żbik: Milicjant – „Rycerz Prawa”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Bo ja jestem, proszę pana, „na zakręcie”…
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Żbik vs. „Kruk”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Cyrkowcy na sto fajerek
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Wąż z Kraju Kwitnącej Wiśni
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: „Kruk” „Bocianowi” oka nie wykole
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Ciekawe, co na to mama Goliata…
— Marcin Osuch

Przypadek? Nie sądzę
— Marcin Osuch

Instrukcja, głupcze!
— Marcin Osuch

Koniec prywatności
— Marcin Osuch

Niedoskonała odyseja kosmiczna
— Marcin Osuch

Mój przyjaciel Stalin
— Marcin Osuch

To gumisie nie miały białych czapek?
— Marcin Osuch

Wysiłek, pomysłowość i upór
— Marcin Osuch

A kto umarł, ten nie żyje
— Marcin Osuch

Dlaczego Armstrong?
— Marcin Osuch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.