Jak do tej pory, twórcom spin-offów Thorgala udaje się zachować roczne odstępy w publikacji kolejnych tomów opowieści. Właśnie szóstej odsłony swoich przygód doczekała się Kriss de Valnor. I chociaż „Wyspa zaginionych dzieci” zaczyna się w momencie zakończenia „Czerwonej jak Raheborg”, to mamy w tym przypadku do czynienia z nowym otwarciem – za album odpowiadają bowiem scenarzyści, którzy wcześniej nigdy przy Thorgalu i jego seriach pobocznych nie pracowali.
Dylematy moralne królowej
[Xavier Dorison, Mathieu Mariolle, Roman Surżenko „Kriss de Valnor #6: Wyspa zaginionych dzieci (okładka twarda)” - recenzja]
Jak do tej pory, twórcom spin-offów Thorgala udaje się zachować roczne odstępy w publikacji kolejnych tomów opowieści. Właśnie szóstej odsłony swoich przygód doczekała się Kriss de Valnor. I chociaż „Wyspa zaginionych dzieci” zaczyna się w momencie zakończenia „Czerwonej jak Raheborg”, to mamy w tym przypadku do czynienia z nowym otwarciem – za album odpowiadają bowiem scenarzyści, którzy wcześniej nigdy przy Thorgalu i jego seriach pobocznych nie pracowali.
Xavier Dorison, Mathieu Mariolle, Roman Surżenko
‹Kriss de Valnor #6: Wyspa zaginionych dzieci (okładka twarda)›
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że szefostwo wydawnictwa Lombard nie było zadowolone z poziomu artystycznego, jaki reprezentowały Thorgalowe cykle, za scenariusze których w ostatnich latach odpowiadał Yves Sente – i chodzi tu zarówno o opowieść głównego nurtu (vide „
Kah-Aniel”), jak też spin-off poświęcony Kriss de Valnor. Efektem tego rozczarowania było odsunięcie go od serii w trakcie pracy nad albumem „
Czerwona jak Raheborg” (2014), który – na podstawie notatek Belga – dokończył (odpowiadający dotąd jedynie za ilustracje) Włoch Giulio de Vita. Wyczyściwszy pole, czyli rozwiązawszy umowy z Sente’em i de Vitą, postanowiono zatrudnić na ich miejsce nowych twórców. Chociaż akurat w przypadku grafika wybrano, jak się zdaje, rozwiązanie najprostsze – przejęcie cyklu zaproponowano Rosjaninowi Romanowi Surżence, który odpowiada już za dwa inne spin-offy: „
Louve” oraz „
Młodzieńcze lata”. Znacznie ciekawsza wydawała się więc roszada przeprowadzona na stołku scenarzysty.
Funkcję tę powierzono niezwykle doświadczonemu, mającemu na koncie wiele bestsellerowych serii, Francuzowi Xavierowi Dorisonowi (w Polsce znanemu między innymi z takich tytułów, jak „
W.E.S.T.”, „Trzeci testament”, „
Wartownicy”, „Asgard”, „
Undertaker” czy „
Long John Silver”), któremu pomagać ma nieco młodszy – i tym samym mniej wyrobiony w sztuce pisania komiksowych scenariuszy – Mathieu Mariolle. Być może ta relacja mistrz-uczeń utrzyma się jedynie przez jakiś czas, do chwili kiedy Dorisonowi uda się wyprowadzić „Kriss de Valnor” na prostą, by potem – wyuczony u jego boku – Mariolle mógł już samodzielnie pokierować losami bohaterów. W każdym razie, smakując ich pierwszy wspólny owoc artystycznej współpracy, trzeba przyznać, że zrobili wiele, aby przywrócić postaci tytułowej pierwotny blask, a fabule – sens i napięcie, które w poprzednich albumach stawały się towarem coraz bardziej deficytowym. A dodajmy, że nie było to wcale takie proste, albowiem wydawca zażyczył sobie, by kolejny tom serii kontynuował poprzednie wątki.
Mamy zatem do czynienia z nowym otwarciem, ale na starych fundamentach. Dorison i Mariolle musieli więc nieźle główkować, aby wyjść ze ślepej uliczki, w jaką wpędził Kriss de Valnor ich poprzednik. Przypomnijmy: po najeździe wojsk cesarza Magnusa Kriss, teraz już królowa wikingów z Północnego Wschodu, sprzymierzyła się z Królem Uzdrowicielem, Taljarem Sologhonnem, który okazał się… Jolanem, synem Thorgala. Została nawet jego żoną i nie przeszkodził jej w tym fakt, że jednocześnie jest matką przybranego brata Jolana, Aniela (właśnie za tego typu scenariuszowe „miny” najbardziej obrywało się Sente’emu!). Do ostatecznej batalii doszło w dolinie rzeki Raheborg. Ziemie wikingów Północy zostały wprawdzie obronione, ale życie królowej, gdy wpadła do lodowatej wody, znalazło się na krawędzi. Ostatnią jej myślą przed utratą przytomności była przemożna chęć ocalenia – by ratować Aniela.
„Wyspę zaginionych dzieci” otwiera scena, w której widzimy Kriss leżącą na brzegu rzeki. Żyje, choć nie wie, gdzie jest; nie potrafi też odróżnić rzeczywistości od koszmarów, które ją nawiedzają. Zaatakowana przez wilki, znajduje jeszcze siłę, aby się bronić. Nieprzytomną znajdują ją stary zielarz Osjan oraz jego uczennica Erwina, dziewczyna o oszpeconej twarzy. Rozpoznają królową po naszyjniku. Dają jej schronienie w swojej chacie, choć cała trójka szybko musi ją opuścić, gdy pojawiają się tropiący Kriss żołnierze Magnusa. By ratować skórę, muszą przepłynąć przez Jezioromorze – niepokorne i groźne, na dnie którego spoczął już niejeden okręt. Kapryśna bogini Fortuna rzuca ich na dziwną wyspę, która w pierwszej chwili wydaje im się opuszczona. Dopiero następnego dnia przekonują się, że mimo wszystko jest zamieszkana. Tyle że jedynie przez… dzieci. A co stało się z dorosłymi? Jeśli wierzyć relacjom ocalałych, pewnego dnia do brzegu przybiły statki przybyszów z odległych krajów, którzy wszystkich dorosłych wzięli w niewolę. Dzieci przetrwały, ponieważ skryły się przed nimi w gęstym lesie.
Opowieść wygląda dość prawdopodobnie, ale Kriss od samego początku coś się w niej nie zgadza. A może to wyostrzony instynkt wojowniczki ostrzega ją przed grożącym całej trójce niebezpieczeństwem? Jak się zresztą okazuje – słusznie. Pomysł Dorisona i Mariolle’a nie jest w pełni oryginalny. Widać oczywiste inspiracje „Władcą much” (1954) Williama Goldinga – zarówno w warstwie czysto fabularnej (sam koncept istnienia wyspiarskiej cywilizacji tworzonej przez dzieci), jak i symbolicznej (przywódcy grupy podporządkowują sobie pozostałych, tworząc relacje międzyludzkie typowe dla społeczeństw totalitarnych). Anglik stworzył jednak historię realistyczną (czy prawdopodobną, to już zupełnie inna kwestia), tymczasem Francuzi rozbudowali jego pomysł o wątki charakterystyczne dla literatury fantasy. Stąd obecność elementów magicznych, dzięki którym da się wytłumaczyć zaistnienie opisanej przez Dorisona i Mariolle’a. Dziwić może tylko tytuł albumu. Dlaczego dzieci zostały przez autorów uznane za „zaginione”, skoro mieszkały na wyspie i pozostały na niej po tym, co się wydarzyło?
W każdym razie warto podkreślić fakt, że w porównaniu z poprzednimi tomami „Kriss de Valnor”, ten przynajmniej przez większość czasu trzyma w napięciu, niesie też ze sobą jakąś tajemnicę. Poza tym pogłębiony zostaje portret psychologiczny głównej bohaterki, którą poznajemy nie tylko w działaniu; mamy również możność przyjrzeć się jej dylematom moralnym, kiedy musi odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytanie, co jest dla niej ważniejsze: ratowanie Aniela czy odzyskanie królewskiego tronu? Do takich przemyśleń zmuszają ją Osjan (czyniąc to w pełni świadomie) i Erwina (wykorzystywana przez starego zielarza jako pouczający przykład). Od strony graficznej „Wyspę…” trudno rozpatrywać jako zaskoczenie; wiemy już przecież od paru lat, na co stać Surżenkę. Wiemy, że z odwzorowaniem uniwersum Thorgala radzi sobie bardzo przyzwoicie. Choć rysowana przez niego postać Kriss może mimo wszystko – przynajmniej na początku – rodzić pewną konsternację. Dlaczego jest taka pucułowata? Dlaczego w niektórych scenach przypomina średnio rozgarniętą ekspedientkę ze sklepu mięsnego (nikogo nie obrażając)? Jest przecież wojowniczką, królową wikingów! Miejmy jednak nadzieję, że tak, jak scenariusz, tak i wizerunek tytułowej bohaterki będzie w następnych częściach ewoluował ku lepszemu.

A jak dla mnie to jak na razie chyba najgorszy (a na pewno jeden z najgorszych) album spośród wszystkich dotychczasowych. Tak jak wcześniej, w przypadku wojowniczki Hildebruny, tak i tutaj nie mogłem się nadziwić tej miękkiej Kriss, szybko przywiązującej się do ludzi i zaczynającej się o nich troszczyć. Rozumiem takie zachowanie w stosunku do Aniela, ale kim jest dla niej Erwina? Kim była Hildebruna? Dawna, prawdziwa Kriss, spod pióra van Hamme'a, zostawiła by je samym sobie bez mrugnięcia okiem. I w ogóle sama historia jest moim zdaniem nazbyt chaotyczna i momentami nie trzymająca się kupy. Rozumiem trudną sytuację, przed którą stanęli scenarzyści, ale nie zmienia to faktu, że niesmak pozostaje. Podejrzewam, że w ostatecznym rozrachunku całe to uniwersum Thorgala odbije się wydawcy czkawką, bo jakość tych historii dzieli przepaść od historii van Hamme'a, nawet tych uznawanych za gorsze. A gwoździem do trumny mogą być profanacje (nie bójmy się tego słowa) całej "mitologii" Thorgala. Bo mnie skręca w dołku na samą myśl o Aaricii zdradzającej Thorgala z byle chłystkiem czy wyraźne aluzje, że Jolan wcale nie jest pierworodnym synem Thorgala.