Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CXCVII

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Władysław Krupka, Zbigniew Sobala
‹Kapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków
Scenariusz
Data wydania2015
RysunkiZbigniew Sobala
Wydawca ONGRYS
CyklKapitan Żbik
ISBN978-83-61596-71-4
Cena12,00
Gatunekkryminał
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Kapitan Żbik: Funkcjonariusz, który ocieplał wizerunek
[Władysław Krupka, Zbigniew Sobala „Kapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Możemy zżymać się na zakłamanie „Stawki większej niż życie” czy „Czterech pancernych i psa”, ale powtórki tych seriali ciągle gromadzą przed telewizorami sporą widownię. Możemy odnosić się z ogromną niechęcią do Milicji Obywatelskiej, lecz wciąż jeszcze do najpopularniejszych fikcyjnych stróżów prawa w historii powojennej Polski zaliczani są porucznik Sławomir Borewicz i kapitan (a później major) Jan Żbik.

Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Funkcjonariusz, który ocieplał wizerunek
[Władysław Krupka, Zbigniew Sobala „Kapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków” - recenzja]

Możemy zżymać się na zakłamanie „Stawki większej niż życie” czy „Czterech pancernych i psa”, ale powtórki tych seriali ciągle gromadzą przed telewizorami sporą widownię. Możemy odnosić się z ogromną niechęcią do Milicji Obywatelskiej, lecz wciąż jeszcze do najpopularniejszych fikcyjnych stróżów prawa w historii powojennej Polski zaliczani są porucznik Sławomir Borewicz i kapitan (a później major) Jan Żbik.

Władysław Krupka, Zbigniew Sobala
‹Kapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKapitan Żbik: Pięć błękitnych goździków
Scenariusz
Data wydania2015
RysunkiZbigniew Sobala
Wydawca ONGRYS
CyklKapitan Żbik
ISBN978-83-61596-71-4
Cena12,00
Gatunekkryminał
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Jakkolwiek nachalna była w latach 40., 50. i 60. XX wieku propaganda sławiąca dzielnych stróżów prawa w mundurach Milicji Obywatelskiej (a więc także funkcjonariuszy Urzędu i Służby Bezpieczeństwa), społeczeństwo wiedziało swoje. Władza komunistyczna zaś doskonale zdawała sobie sprawę z nastrojów społecznych i niechęci do służb mundurowych. Starsze pokolenie, pamiętające jeszcze czasy przedwojenne, wydawało się pod tym względem dla włodarzy PRL-u stracone. Nadzieję pokładano więc przede wszystkim w dzieciach i młodzieży – ich można było przynajmniej spróbować ukształtować, przedstawiając pozytywne wzorce. Pozytywne nie mogło jednak oznaczać „drętwe”. W drugiej połowie lat 60., kiedy polscy nastolatkowie przeżywali fascynację The Beatles, The Rolling Stones czy The Animals, nikt z nich nie dałby się już nabrać na opowiastki o bohaterskich esbekach czuwających w noc noworoczną (jak w socrealistycznym wierszu Wiktora Woroszylskiego). Potrzebna była postać, z którą można było się, choć po części, identyfikować, czyli oficer odważny, ale i sympatyczny, działający dynamicznie, nie zaś służbista przesiadujący za biurkiem. Takim właśnie oczekiwaniom miał sprostać (i w zasadzie sprostał) kapitan Jan Żbik, główna postać – wydawanych w latach 1968-1982 – ponad pięćdziesięciu komiksowych zeszytów, o zdobyciu których marzył wtedy każdy miłośnik opowieści rysunkowych.
Komiks w Polsce Ludowej zawsze był ubogim krewnym. Władze patrzyły na niego z podejrzliwością, albowiem kojarzył się z popkulturą „zgniłego Zachodu”. Był to przecież okres zimnej wojny, w którym wielu superbohaterów zza Atlantyku – jak Kapitan Ameryka czy Superman – zaprzęgniętych zostało do walki z komunistami. Dzięki nim amerykańskie dzieci uczyły się patriotyzmu i umiłowania ojczyzny; jednocześnie wtłaczano im do głów, że Związek Radziecki to Imperium Zła, które dla dobra ludzkości należy zniszczyć. Walka ideologiczna toczyła się także na takim poziomie. Z siły oddziaływania podobnych komiksów na świadomość najmłodszych obywateli Stanów Zjednoczonych musiano zdawać sobie sprawę również za „żelazną kurtyną”. I pewnie z tego powodu postanowiono – w myśl przysłowia: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie” – wykorzystać oręż stworzony na Zachodzie do walki o komunistyczne ideały. Impuls wyszedł najprawdopodobniej w 1967 roku od ówczesnego komendanta głównego Milicji Obywatelskiej, generała Tadeusza Pietrzaka (miał on już wtedy za sobą służbę w Gwardii i Armii Ludowej, Ludowym Wojsku Polskim, Informacji Wojskowej oraz Wojskowej Służbie Wewnętrznej), który nakazał swoim podwładnym znalezienie skutecznego sposobu na przybliżenie młodzieży ciężkiej i odpowiedzialnej pracy resortu.
Szef wymyślił, więc ktoś musiał pogłówkować, jak jego pomysł wcielić w czyn. Ostatecznie spadło to na głowę (czy raczej biurko) majora Władysława Krupki, naczelnika wydziału w Komendzie Głównej MO, który odpowiedzialny był za współpracę z literatami, dziennikarzami i filmowcami. Słowem: w KG uchodził za człowieka „od kultury”. Skoro takimi sprawami zajmował się służbowo, musiał trzymać rękę na pulsie i wiedzieć, co w trawie piszczy. A „piszczały” komiksy – nielegalnie sprowadzane z zagranicy i pokątnie sprzedawane na bazarach. Krupka uznał więc, że jedyną rzeczą, która może sprawić, że młodzi Polacy przestaną psioczyć na milicję, jest publikacja opowieści rysunkowych, których bohaterem będzie bohaterski funkcjonariusz MO. Major poszedł z tym pomysłem do pułkownika Zbigniewa Gabińskiego, a ten zapewne przekazał go wyżej – generałowi Pietrzakowi. Koncept się spodobał i zapalono „zielone światło”. Jednocześnie zadanie napisania pierwszych scenariuszy powierzono Krupce – bo któż by lepiej, z punktu widzenia Komendy Głównej, nadawał się do tego zadania? Trzeba było jeszcze tylko poszukać odpowiedniego rysownika. Wybór padł na Zbigniewa Sobalę, o którym dzisiaj… nie wiadomo prawie nic. Poza tym że był jako grafik współautorem siedmiu „kolorowych zeszytów” (jak eufemistycznie w propagandzie peerelowskiej nazywano komiksy) z kapitanem Żbikiem. A precyzyjniej: siedmiu zeszytów i dwóch opowieści gazetowych. Zanim bowiem ukazał się pierwszy albumik, bohater serii – jeszcze bez nazwiska – zadebiutował na łamach prasy.
W 1967 roku w stolicy Dolnego Śląska zaczęła ukazywać się, kierowana przez Ryszarda Skałę (byłego żołnierza Armii Krajowej i Ludowego Wojska Polskiego), popołudniówka „Wieczór Wrocławia”. Podobne gazety przyciągały uwagę czytelników lżejszymi, nierzadko sensacyjnymi tematami; uzależniały ich od siebie także drukowanymi w odcinkach kryminałami oraz – już tylko co niektóre – komiksami (jak na przykład bydgoski „Dziennik Wieczorny”, w którym pod koniec lat 50. zaczynał karierę młodziutki, bo zaledwie osiemnastoletni Jerzy Wróblewski). Zastanawiające może być jedynie to, dlaczego opowieść, która zrodziła się w głowach oficerów Komendy Głównej MO, a więc w Warszawie, zadebiutowała na łamach gazety wrocławskiej? Może zwyczajnie obawiano się reakcji czytelników i nie chciano ryzykować kompromitacji? Start z komiksem o bohaterskim milicjancie w gazecie o zasięgu ogólnopolskim był przecież obarczony jakąś dozą ryzyka. A tak, gdyby posypały się bardzo krytyczne opinie w listach czytelników do redakcji, historyjkę zdjęto by po cichu i po kilku miesiącach nikt by o niej nie pamiętał. Stało się jednak inaczej. Pierwsza opowieść („Pięć błękitnych goździków”) ukazała się jedynie w „Wieczorze…”, natomiast kolejną („Dziękuję kapitanie”) przedrukowały już dwa inne czasopisma: kieleckie „Słowo Ludu” oraz „Gazeta Białostocka”. Ba! jeszcze w tym samym 1968 roku „Kapitan Żbik” trafił do kiosków w postaci kolorowej, trzyczęściowej miniserii „Ryzyko”.
„Pięć błękitnych goździków” miało postać typowego komiksu prasowego, czyli był to strip składający się z trzech czarno-białych kadrów. Takich pasków ukazało się w „Wieczorze Wrocławia” pomiędzy 11 stycznia a 15 lutego 1968 roku dwadzieścia dziewięć. Krupka rozpoczął historię zgodnie z wszelkimi prawami gatunku. W domu przy ulicy Zielonej znalezione zostają zwłoki kobiety; odkrywa je sąsiadka ofiary, która – ciekawe z jakiego powodu? – zagląda przez okno do środka willi. Zauważywszy leżącą na ziemi znajomą, zawiadamia milicję, która przybywa na miejsce zdarzenia najszybciej, jak tylko się da. Na czele ekipy stoi Kapitan (jego nazwisko w tej opowieści nie pada, ale biorąc pod uwagę ciąg dalszy, nie należy mieć wątpliwości, że chodzi właśnie o Żbika). Drzwi wejściowe są zaryglowane, funkcjonariusze muszą więc dostać się do środka przez balkon. To, co zauważają w środku, jest zaskakujące – na leżącym na podłodze ciele Barbary Janickiej ktoś (w domyśle: morderca) ułożył pięć goździków. Co chciał w ten sposób wyrazić? Prawdopodobnie znalezienie odpowiedzi na to pytanie pozwoli milicjantom odkryć motyw zabójstwa, a tym samym pomoże określić sprawcę. Usłużna sąsiadka służy jeszcze jedną istotną wskazówką – tej nocy Janicka (zajmująca się handlem biżuterią i dewizami) miała gościa, który odjechał spod domu czarnym oplem. Wydaje się więc, że teraz wystarczy tylko zatrzymać kierowców jadących takim samochodem. Zbyt wielu egzemplarzy tej marki (i tego koloru karoserii) w Polsce Ludowej w drugiej połowie lat 60. być przecież nie mogło…
Pół roku później do rąk czytelników trafiła druga historia – „Dziękuję kapitanie”; „Wieczór…” opublikował ją w trzydziestu odcinkach pomiędzy 5 sierpnia a 9 września. Od strony fabularnej różniła się znacznie i to na korzyść. Tym razem na drodze nieopodal Marionowa milicja znajduje ciało mężczyzny – okazuje się, że to dyrektor miejscowego zakładu przemysłowego Edward Klecki, a więc zapewne osoba w miasteczku dobrze znana, wpływowa i majętna. Ktoś prawdopodobnie wyrzucił go z jadącego samochodu, a później – dla pewności, że osiągnie cel – jeszcze po nim przejechał. Żbik (po raz pierwszy wymienione zostaje nazwisko oficera) rozpoczyna śledztwo od przesłuchań współpracowników Kleckiego; później trafia do jego domu, aby dowiedzieć się co nieco od gospodyni dyrektora. Wszyscy są zgodni co do tego, że mężczyzna prowadził spokojne życie, a pochłaniała go przede wszystkim praca. Komuś jednak musiał się narazić. Może poznał jakąś tajemnicę? Pewne podejrzenia ma sekretarka ofiary, która odwiedza nawet Żbika w jego kawalerce. I ten krok kobiety wywołuje efekt domina, cały przyczynowo-skutkowy ciąg zdarzeń, który ostatecznie prowadzi do wykrycia sprawców zbrodni. Żbik zdaje przy tym egzamin na bohatera z prawdziwego zdarzenia – okazuje się bowiem, że potrafi dać bandziorowi w mordę, a i nie waha się skorzystać z broni, gdy istnieje taka potrzeba. Na dodatek jest szarmancki wobec kobiety. Słowem: ideał! Wzór do naśladowania. Stróż prawa rodem z kryminału hollywoodzkiego.
Obie opowieści prasowe nie są oczywiście majstersztykiem scenariuszowym Władysława Krupki. Dużo w nich naiwności i skrótów myślowych. Ale taka przecież była formuła pasków komiksowych. Bliźniaczo podobne, choć późniejsze o parę lat, historie Jerzego Wróblewskiego o kapitanie Jasnym mają dokładnie te same słabości – schematyzm, wydźwięk propagandowy (uczciwie trzeba jednak przyznać, że Krupka zdołał powściągnąć swoje zapędy w tej dziedzinie), wreszcie niezbyt skomplikowana intryga (co można zrozumieć, biorąc pod uwagę ograniczoną objętość). Niestety, jeszcze gorzej wypada strona graficzna. Zbigniew Sobala, wnioskując z dwóch powyższych opowieści i siedmiu późniejszych zeszytów serii, zdecydowanie nie zaliczał się do szczególnie uzdolnionych grafików. Rysowane przez niego postaci łatwo pomylić, tak były do siebie podobne. Ale to w pewnym stopniu mogło być również skutkiem fatalnego stanu polskiej poligrafii. Warto natomiast podkreślić fakt, że w „Pięciu błękitnych goździkach” główny bohater ma włosy jasne (czyli jest blondynem), a w „Dziękuję kapitanie” – ciemne (czyżby przefarbował się na szatyna?). Obie historie nie były zaliczane do głównego nurtu serii. Przez długie lata nawet mało kto o nich pamiętał. „Wygrzebano” je dopiero w 2001 roku i opublikowano (z okładką Przemysława Truścińskiego) w edycji klubowej. Teraz wrócił do nich Ongrys, który zabrał się za przypomnienie wszystkich „kolorowych zeszytów” (jak wówczas oficjalnie je nazywano) ze Żbikiem. Czy to się uda, nie wiadomo, na przeszkodzie mogą bowiem stanąć kwestie dotyczące praw autorskich.
Z kronikarskiego obowiązku należy jeszcze dodać, że wydanie Ongrysu ukazało się z dwiema różnymi okładkami: Daniela Grzeszkiewicza i Rafała Szłapy.
koniec
7 marca 2016

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Zdekapitatowany Dekapitator
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

4 VII 2020

„Head Lopper i rycerze Venorii”, czyli trzeci tom serii o Norgalu Dekapitatorze, uwypukla prawdę, którą Andrew MacLean od początku próbował ukryć. A mianowicie, że komiks ten to w gruncie rzeczy dość stereotypowe fantasy, dla niepoznaki podrasowane oryginalną szatą graficzną.

więcej »

Historia w obrazkach: Nie wszystko święte, co o świętym
Sebastian Chosiński

3 VII 2020

Sztampowa i bez polotu jest ta komiksowa biografia papieża Jana Pawła II. Kiedy natomiast pojawiają się w niej odniesienia do historii Polski po 1945 roku, robi się momentami wręcz szkodliwa. Sprawcą całego nieszczęścia jest francuski scenarzysta Olivier Dobremel, a jego wtop nie ratują nawet przyzwoite rysunki Włocha Fabrizia Fiorentiniego.

więcej »

Daleko jeszcze?
Paweł Ciołkiewicz

2 VII 2020

„Oskar Ed. Mój największy sen” to opowieść wymykająca się prostym interpretacjom. Na najbardziej podstawowym poziomie jest to historia o pewnej, długiej rodzinnej wyprawie. Mąż, żona i syn jadą samochodem w jakieś tajemnicze, wybrane przez ojca miejsce. Podczas podróży rodzice nieustannie się kłócą, a dzieciak stara się jakoś to wszystko przetrzymać, pogrążając się w dziwacznych fantazjach. Jednak sama wyprawa jest jedynie pretekstem do stworzenia całkowicie odrealnionej opowieści o… no (...)

więcej »

Polecamy

Szczęśliwy finał

Pilot śmigłowca:

Szczęśliwy finał
— Marcin Osuch

Trochę jak Blueberry
— Marcin Osuch

Nasz polski superman
— Marcin Osuch

Pilot punktuje, „Pilot” dołuje
— Marcin Osuch

W końcu to komiks
— Marcin Osuch

Pożegnanie z Rosińskim
— Marcin Osuch

Rozkaz to rozkaz
— Marcin Osuch

Kapitan zmienia trasę
— Marcin Osuch

Latający dyliżans
— Marcin Osuch

Nie lataj, synku, nisko i powoli
— Marcin Osuch

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.