Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 grudnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Władysław Krupka, Jerzy Wróblewski
‹Kapitan Żbik #53: Smutny finał›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKapitan Żbik #53: Smutny finał
Scenariusz
Data wydania1982
RysunkiJerzy Wróblewski
Wydawca Sport i Turystyka
CyklKapitan Żbik
Gatunekkryminał
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk

Kapitan Żbik: Gdy do akcji wkracza SB, zabawa kończy się
[Władysław Krupka, Jerzy Wróblewski „Kapitan Żbik #53: Smutny finał” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Tytuł ostatniego odcinka przygód kapitana / majora Żbika można odczytywać co najmniej na dwa sposoby. Smutny, bo ostatni, a pożegnania zazwyczaj przygnębiają. Lub: smutny, bo kiepski, choć prawdopodobnie nie w takim kontekście go użyto. Nie zmienia to faktu, że zeszytem „Smutny finał” sympatyczny, choć bezwzględny dla przestępców, oficer Milicji Obywatelskiej pożegnał się na wiele lat z czytelnikami.

Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Gdy do akcji wkracza SB, zabawa kończy się
[Władysław Krupka, Jerzy Wróblewski „Kapitan Żbik #53: Smutny finał” - recenzja]

Tytuł ostatniego odcinka przygód kapitana / majora Żbika można odczytywać co najmniej na dwa sposoby. Smutny, bo ostatni, a pożegnania zazwyczaj przygnębiają. Lub: smutny, bo kiepski, choć prawdopodobnie nie w takim kontekście go użyto. Nie zmienia to faktu, że zeszytem „Smutny finał” sympatyczny, choć bezwzględny dla przestępców, oficer Milicji Obywatelskiej pożegnał się na wiele lat z czytelnikami.

Władysław Krupka, Jerzy Wróblewski
‹Kapitan Żbik #53: Smutny finał›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKapitan Żbik #53: Smutny finał
Scenariusz
Data wydania1982
RysunkiJerzy Wróblewski
Wydawca Sport i Turystyka
CyklKapitan Żbik
Gatunekkryminał
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Już na kilka lat przed ostatecznym zniknięciem można było zauważyć, że seria komiksów o kapitanie / majorze Żbiku traci impet. Że kolejne odcinki wydają się coraz bardziej wydumane i coraz mniej interesujące. Nie bez powodu też ukazywały się w coraz dłuższych odstępach czasu (chociaż, o dziwo, wciąż zachowywano wysoki, dwustutysięczny nakład), od 1978 roku praktycznie jeden premierowy na rok. W gorącym politycznie roku 1981 nie ukazała się żadna nowa historia; w stanie wojennym natomiast nagle pojawił się czteroczęściowy cykl, którym twórcy Żbika pożegnali się z czytelnikami. Niestety, nie było to pożegnanie godne bohatera. Zeszyty „St. Marie wychodzi w morze…”, „Nie odebrany telegram” (sic!), „Ślady w lesie” i wieńczący tę miniserię „Smutny finał” nie nastrajały optymizmem. Nuda i ogólny brak konceptu biły mocno po oczach. Mięsa fabularnego było w tej opowieści co najwyżej na jeden zeszyt, a wyprodukowano cztery. To musiało skończyć się fatalnie!
Ciekawe czy młodzi czytelnicy biorący po raz pierwszy do rąk „Smutny finał” spodziewali się tego, czym major Żbik podzielił się z nimi w liście przewodnim? Słowa: „(…) zgodnie z decyzją moich przełożonych – przechodzę do innej odpowiedzialnej pracy (…)” nie pozostawiały złudzeń. I na nic było pojawiające się chwilę później zaklinanie rzeczywistości, że „mamy nadzieję”, iż za jakiś czas, „po krótkiej przerwie”, gdy miną kłopoty itp. itd. Interesujące, że nie ma tam mowy o ewentualnym powrocie Żbika, ale o jego… następcy. Przy okazji wyszły na jaw jeszcze dwie rzeczy, o których zresztą wiedzieliśmy już wcześniej. Po pierwsze: że twórcy i wydawcy mieli poważny problem z matematyką. Jakim cudem wyszło im bowiem, że od pierwszego spotkania z milicjantem mija „prawie dwadzieścia lat”? Przypomnijmy, że zarówno pierwsze paski prasowe, jak i „Ryzyko” pojawiły się w 1968 roku, a więc zaledwie czternaście lat wcześniej; do „prawie dwudziestu” było jeszcze daleko.
Po drugie: że mimo tylu lat obecności na rynku scenarzyście Władysławowi Krupce i jego mocodawcom nie mogło przejść przez usta słowo „komiks”. Wszak nawet w pożegnalnym liście mowa jest o mocno anachronicznych „kolorowych zeszytach”. Jakby tych nieszczęść było mało, w „Smutnym finale” postanowiono jeszcze, aby nigdy nie zmartwychwstał, dobić umierającego Żbika, jak wampira, kołkiem osikowym. W jaki sposób? Wprowadzając na „arenę” postać dobrego esbeka, majora Mireckiego. Swoją drogą przy okazji przemycono, choć pewnie niechcący, trochę prawdy na temat relacji pomiędzy funkcjonariuszami Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. W kraju demokratycznym służby zazwyczaj strzegą informacji i niechętnie dzielą się nimi z innymi, nawet jeżeli stoją oni po ten samej stronie. Tymczasem tutaj Mirecki pojawia się ni stąd, ni zowąd w gabinecie Żbika, a ten podkula ogonek i bez szemrania wyraża zgodę na przekazanie wszystkich materiałów dotyczących prowadzonego właśnie śledztwa. Nie ma mowy o żadnym partnerstwie. Pojawia się SB i w tej samej chwili kończy się jakakolwiek samodzielność.
Obok Żbika i Mireckiego na najważniejszą postać tej części wyrasta inżynier Żak z Instytutu Paliw Płynnych, który okazuje się nicią wiążącą wszystkie zaginione i poszukiwane przez milicję osoby, czyli marynarza Hansa Jurgena, od którego zaczęła się cała afera (w „St. Marie wychodzi w morze…”), i jego eksstażystkę Marię Olimpską (która do grona poszukiwanych dołączyła w odcinku drugim, to jest „Nie odebranym telegramie”). Niby więc wszystko znalazło się na miejscu, ale dopiero po dotarciu do kresu śledztwa czytelnik zdaje sobie sprawę z miałkości wymyślonej przez Krupkę fabuły, w której wiele elementów – mówiąc kolokwialnie – nie trzyma się kupy. Owszem, na siłę można je tłumaczyć, ale w opowieści detektywistycznej nie chodzi przecież o to, by brać pewne rzeczy na wiarę, ale by układały się one w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. W przypadku „Żbika” nie mamy przecież do czynienia z kryminałem paranormalnym.
A tu całość można rozsadzić od środka już pierwszym pytaniem: Po co tak naprawdę Jurgen opuścił pokład niemieckiego statku, tym sposobem dając polskim organom ścigania asumpt do rozpoczęcia dochodzenia. Gdyby tego nie zrobił, pewnie jeszcze długo – albo i nigdy – nie zwrócono by uwagi na jego działalność. Nie wezwano by z Warszawy majora Żbika. Nie wciągnięto by w całą sprawę esbeka Mireckiego… Z żalem można stwierdzić także, że nie doczekał się rozwinięcia wątek romansu Janka z piękną panią kustosz, na co zapewne wielu czytelników czekało. Nie zabrakło natomiast kolejnego cudu pod postacią kierowcy TIR-a, który sam zgłasza się na milicję, by poinformować, że widział w jednym samochodzie poszukiwaną blondynkę (to jest Marię Olimpską) i – uwaga, uwaga! – inżyniera Żaka. Skąd wie, że to właśnie on? Bo inżynier jest jego sąsiadem. Takie zeznanie nie dziwiłoby, gdyby chodziło o spotkanie na ulicach Gdyni czy Gdańska, ale on widział go i rozpoznał w okolicach Torzymia, niedaleko granicy z ówczesną Niemiecką Republiką Demokratyczną, czyli jakieś 460 do 500 – w zależności od wybranej trasy – kilometrów od Trójmiasta.
Dobre, prawda? Ileż trzeba mieć w sobie determinacji w chęci doprowadzenia intrygi do szczęśliwego finału, by wpaść na tak niedorzeczny handicap. Podobnych, choć może już nie takiej wagi, szczęśliwych zbiegów okoliczności jest w tym zeszycie zresztą więcej. Kiedy zatem czytelnik dociera do końca, gdy wczytuje się w ostatni „dymek”, w którym Żbik wypowiada pamiętne zdanie: „Moja rola skończona…”, może poczuć wielką ulgę. I usłyszeć przysłowiowy kamień, jaki zapewne spadł w tamtym momencie z serca Władysława Krupki. Z tradycyjnych dodatków w „Smutnym finale” znalazła się czternasta lekcja samoobrony, notatka o badaniach śladów obuwia („Nauka i technika w służbie MO”) oraz propagandowy wykładzik na temat tworzenia struktur władzy ludowej w lipcu i sierpniu 1944 roku na terenie przyszłego województwa tarnobrzeskiego („Kronika MO”). Zabrakło za to – po raz kolejny – minikomiksu z cyklu „Za ofiarność i odwagę”. Zapowiadany w liście majora Żbika wielki powrót – ani jego, ani jakiegoś wyimaginowanego następcy – nie miał miejsca.
Wprawdzie po dwudziestu jeden latach podjęto nieśmiałą próbę reaktywacji słynnego bohatera – vide prasowy (2003), potem wydany także w formie zeszytowej (2013), komiks „Gdzie jest Wybrzeże w Pourville?” - a po trzech kolejnych jeszcze jedną („Gdzie jest Biała Mewa?”), lecz wszystko nadaremno. W następnych tygodniach spróbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało.
koniec
27 sierpnia 2017

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kochankowie z przeciwnych biegunów
Konrad Wągrowski

15 XII 2019

„Encyklopedia Wczesnej Ziemi” to jeden z najciekawszych komiksów spośród wydanych w 2019 roku w Polsce. Autorka, opowiadając fikcyjną historię dawnych dziejów naszego świata, tworzy całą własną mitologię – bogów, bohaterów, opowieści, legendy. Wszystko zajmujące, zaskakujące, oryginalne, epickie, ale też niepozbawione przymrużenia oka, humoru i satyry.

więcej »

Dreszczyk tajemnicy
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

14 XII 2019

Sprytnie sobie pogrywają z czytelnikami twórcy serii „Last Man”, wydawanej u nas przez Non Stop Comics. Bawiąc się schematami i popkulturowymi wzorcami nieustannie trzymają nas w napięciu.

więcej »

Rewolucja
Marcin Knyszyński

13 XII 2019

„Daredevil” z historiami Rogera McKenzie był tym tytułem, który utorował drogę do sławy pewnemu młodemu rysownikowi – Frankowi Millerowi. Omawiany już w tym roku pierwszy tom zbiorczej edycji tego runu, zakończył się w momencie, gdy McKenzie odszedł z pracy. Sytuację skwapliwie wykorzystał Miller, który sam zaczął pisać. Mamy styczeń 1981 roku – w 168 numerze „Daredevila” główny bohater spotyka Elektrę.

więcej »

Polecamy

Głębokie rozczarowanie

Niekoniecznie jasno pisane:

Głębokie rozczarowanie
— Marcin Knyszyński

Roślinny kryzys tożsamości
— Marcin Knyszyński

No to łups, Asteriksie? No to łups, Obeliksie!
— Marcin Knyszyński

Siła symbolu
— Marcin Knyszyński

Pajęcze lata Todda McFarlane’a
— Marcin Knyszyński

Bilety w pierwszym rzędzie na koniec wszechświata
— Marcin Knyszyński

Wszystko jest złudzeniem
— Marcin Knyszyński

Wystarczy uwierzyć
— Marcin Knyszyński

Odkryj się sam
— Marcin Knyszyński

Protestujemy, ale co dalej?
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Na tropie narkotykowej szajki
— Sebastian Chosiński

Korzeń też psuje się od głowy
— Sebastian Chosiński

Miłość, która prowadzi na manowce
— Sebastian Chosiński

Magik na wiejskim odpuście
— Sebastian Chosiński

Romantyczne tête-à-tête i wargi, które mogą cię zdradzić
— Sebastian Chosiński

Danuta czy Krystyna? – zawodna pamięć Żbika
— Sebastian Chosiński

Gorące plaże Adriatyku
— Sebastian Chosiński

Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Niespodziewany awans i afera „Żelazo”
— Sebastian Chosiński

Skok na radziecką rybę
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Gdy milicji przydaje się pomoc…
— Sebastian Chosiński

Nadzieja w Montanie
— Sebastian Chosiński

Krótko o komiksach: Winchestery i bandyci
— Marcin Osuch

Krótko o komiksach: Kapitan Żbik - Wiszący rower
— Marcin Osuch

Esensja czyta dymki: Luty 2018 (2)
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch

Nasz człowiek w Rio Klawo
— Konrad Wągrowski

Wróblewski był pierwszy!
— Sebastian Chosiński

Esensja czyta dymki: Październik 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Po prostu Relax!
— Marcin Osuch

O kowboju, co kulom się nie kłaniał
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.