Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CXCVII

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Marjorie Liu, Sana Takeda
‹Monstressa #4: Wybranka›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMonstressa #4: Wybranka
Tytuł oryginalnyHaven
Scenariusz
Data wydania1 kwietnia 2020
RysunkiSana Takeda
PrzekładPaulina Braiter
Wydawca Non Stop Comics
CyklMonstressa
ISBN978-83-66460-48-5
Format176s. 170x260mm
Cena52,00
Gatunekfantasy, steampunk
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Potworessy, katakumby i naukowczynie
[Marjorie Liu, Sana Takeda „Monstressa #4: Wybranka” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Jak zachęcić potencjalnych czytelników do zapoznania się z dziełem, recenzując jego czwarty tom? Wypada chyba to i owo wyjaśnić… A w „Monstressie” do wyjaśniania mamy dużo: skomplikowana jest sytuacja polityczna uniwersum, system wierzeń, a także sytuacja rodzinna głównej bohaterki (można ją podsumować powiedzeniem „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”- szczególnie, że pewne zdjęcie jest tu ważnym elementem).

Agnieszka ‘Achika’ Szady

Potworessy, katakumby i naukowczynie
[Marjorie Liu, Sana Takeda „Monstressa #4: Wybranka” - recenzja]

Jak zachęcić potencjalnych czytelników do zapoznania się z dziełem, recenzując jego czwarty tom? Wypada chyba to i owo wyjaśnić… A w „Monstressie” do wyjaśniania mamy dużo: skomplikowana jest sytuacja polityczna uniwersum, system wierzeń, a także sytuacja rodzinna głównej bohaterki (można ją podsumować powiedzeniem „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”- szczególnie, że pewne zdjęcie jest tu ważnym elementem).

Marjorie Liu, Sana Takeda
‹Monstressa #4: Wybranka›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMonstressa #4: Wybranka
Tytuł oryginalnyHaven
Scenariusz
Data wydania1 kwietnia 2020
RysunkiSana Takeda
PrzekładPaulina Braiter
Wydawca Non Stop Comics
CyklMonstressa
ISBN978-83-66460-48-5
Format176s. 170x260mm
Cena52,00
Gatunekfantasy, steampunk
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Jako tytuł recenzji pasowało mi „Bogowie, groby i uczeni”, ale że książka ta jest już chyba dość słabo pamiętana, zdecydowałam się na luźne nawiązanie. W każdym razie w komiksie występuje każdy z wymienionych elementów. Do starożytnego grobowca wskakuje w ucieczce jedna z postaci, uczeni to praktycznie oś fabuły, zaś bogów jest w tym świecie legion. Jedni są bogami w naszym rozumieniu, na przykład koty idą modlić się do świątyni Ubasti, inni to genialni naukowcy, którym po wiekach zaczęto oddawać cześć boską (niejaka Marium z wybrzeża… Galilei), a jeszcze inni to przybysze z innych wymiarów.
Trudno powiedzieć, czemu Zinn – bóg z innego wymiaru – wygląda niczym stos dżdżownic przetykanych oczami. Jeszcze dziwniejsza jest informacja o tym, że setki lat wcześniej romansował z cesarzową. Trzeba jednak pamiętać, że maskowanie swojego prawdziwego wyglądu to w „Monstressie” rzecz nierzadka. Już w pierwszym tomie tomie pewna wysoko postawiona badaczka okazała się należeć do prześladowanej rasy półzwierzęcej; trójoki potwór całymi latami udaje człowieka, ukrywając się za podobną do karnawałowej maską; Zinn przebywa wewnątrz ciała bohaterki, a w którymś z poprzednich tomów padło łatwe do przeoczenia zdanie o „przybieraniu naszej postaci”. Co prawda w wizjach, wspomnieniach i nawet na freskach Zinn konsekwentnie pojawia się w postaci sugerującej bliskie pokrewieństwo z Latającym Potworem Spaghetti (aczkolwiek nie dorównuje mu urodą i charyzmą), jednak „Monstressa” już tyle razy mnie zaskoczyła, że nie zdziwię się jeśli – dajmy na to – legendarna cesarzowa-szamanka finalnie również okaże się stworzeniem dalekim od humanoida.
Tytułowa Monstressa to Maika Półwilk: cyniczna i zgryźliwa siedemnastolatka, desperacko poszukująca odpowiedzi na pytania dotyczące swojej przeszłości, z której bardzo niewiele pamięta. W kolejnych tomach odkrywamy elementy jej życiorysu, jednak nadal skrywa on mnóstwo tajemnic. Wiemy, że dziewczyna została przez własną matkę wychowana na maszynę do zabijania, następnie matka zginęła w tajemniczej katastrofie przy badaniu magicznego artefaktu, a kilkuletnie dziecko trafiło do obozu koncentracyjnego dla Arkanijczyków (potomków ludzi i Pradawnych – humanoidalnych zwierząt). Kilka lat później inna katastrofa zmiotła z powierzchni ziemi całe miasto, zaś Maika i jej poznana za drutami przyjaciółka Tuya były jednymi z nielicznych ocalałych. Po przeżyciach łączących Auschwitz i Hiroszimę nastąpił odpowiednik Mongolii, czyli koczownicze – i dość luksusowe – życie na stepie1). Tyle dowiadujemy się z retrospekcji. W czwartym tomie Maika zaskakuje wszystkich (w tym czytelnika) mnóstwem informacji o wysokich rangą wojskowych, których spotyka na naradzie, a nawet jeśli te dane i zdjęcia były publikowane w gazetach, to ona raczej nie miała do nich dostępu, więc skąd wie?…
Zaraz, powie ktoś, starożytne czary, potwory, bogowie, a do tego naukowcy, obozy i prasa codzienna? I pokazywanie czegoś, co ewidentnie jest zdjęciem z kamery przemysłowej? Ano tak właśnie wygląda świat tego komiksu 2). O ile w recenzji pierwszego tomu określałam go mianem magicznego cyberpunku (mają tam między innymi broń palną, łączność radiową i latające pojazdy), to teraz brakuje mi już odpowiedniej nazwy. Mowa jest o tym, że obecna cywilizacja to ledwie cień poprzedniej, która opanowała loty w kosmos, a nawet „rzucała wyzwanie czasowi”. I nowa postać, która właśnie wkroczyła na scenę, za wszelka cenę pragnie te wspaniałości odzyskać.
Nowa postać… a już i tak ich liczba przyprawia o ból głowy, szczególnie że w „Wybrance” pojawia się osoba, o której już od bardzo dawna nie było mowy i, szczerze mówiąc, musiałam sięgnąć do poprzednich tomów dla przypomnienia, kto to jest i jaki ma związek z Maiką.
Co ciekawe, tytuł tomu nie odnosi się do głównej bohaterki. „Wybranką” ewidentnie jest Kippa. W osieroconym lisim dziecku plączącym się za Maiką budzi się niezwykła moc… hm, w niektórych systemach RPG nazywa się to chyba „prawdziwym widzeniem”, tutaj jednak chodzi nie tyle o przenikanie wzrokiem iluzji czyjegoś wyglądu, co o spostrzeganie jakby ukrytych warstw. Na przykład w pewnej postaci trzecioplanowej widzi fosforyzujące motyle i stwierdza: „Nie uderzysz mnie, nawet gdybyś musiała. Motyle ci nie pozwolą”. Kippa to w tym komiksie jedyna prawdziwie niewinna istota, może dlatego Maice tak zależy na jej bezpieczeństwie.
W czwartym tomie więcej „czasu ekranowego” dostaje też Tuya. Jej rola to jedna z większych tajemnic fabuły. Dla Maiki ta relacja jest najważniejszą rzeczą w życiu, tymczasem kolejne wydarzenia i wypowiedzi sugerują, że dla Tuyi – raczej środkiem do celu. Tyle, że to oznaczałoby, że już jako kilkulatka była wykwalifikowanym szpiegiem, co wydaje się mało prawdopodobne. Z drugiej strony, w „Monstressie” praktycznie z każdej strony czają się jakieś spiski, więc nie wiemy, ile z zachowań dziewczyny to gra obliczona na oszukanie jej „mocodawców”.
Jeszcze bardziej niezrozumiały jest stosunek Maiki do Zinna. Kiedy w pierwszym tomie ten lovecraftowski pomiot ujawnił swoją obecność (w postaci licznych macek wydobywających się z kikuta ręki dziewczyny), nienawidziła go i pragnęła za wszelką cenę się pozbyć, teraz, kiedy nadarzyła się taka okazja, odmawia. Owszem, w międzyczasie nawiązała z nim swego rodzaju współpracę, jednak bycie nosicielką potwora powoduje nagłe ataki kanibalizmu, co wzbudza w niej rozpacz i obrzydzenie do samej siebie. Tymczasem w obecnym tomie ona go w pewnym momencie… przytula!
Jakby mało było tych tajemnic, Marjorie Liu irytuje czytelnika scenami, kiedy jedna postać mówi coś lub szepce do drugiej, wywołując gwałtowną reakcję, jednak słowa w dymku są nieczytelnym gryzmołem. Sporo jest też niejasnych, wtrącanych mimochodem w dialogach komentarzy, o których nie wiadomo czy niosą jakieś ważne dla fabuły informacje czy mają za zadanie tylko tworzyć klimat – jak na przykład wypowiedź o motylach. Kiedy wypowiadają się potwory, dymki mają białe litery na kolorowym tle – służy to również do podkreślenia, że nie każda z postaci je słyszy lub rozumie język. Z kolei szept jest zaznaczony jako czcionka mniejsza i jaśniejsza, co może sprawić problem w czytaniu. Reminiscencje, wizje i sny są zwykle malowane w kolorach żółtawo-sepiowych, lecz najbardziej charakterystycznym elementem są czarne ramki.
Jedną z rzeczy, z których „Monstressa” jest znana (oprócz niemal całkowitego braku mężczyzn w akcji, o czym pisałam już w jednej z poprzednich recenzji, to przepiękna, dopracowana szata graficzna3). Haftowane szaty, ozdobne zbroje i broń, biżuteria – często z motywem pawich piór lub innych wzorów kojarzących się z okiem. Są barwne i pozłacane, jednak ogólnie stonowana kolorystyka kadrów sprawia, że nie mamy wrażenia pstrokacizny. Wszystko jest jakby pogrążone w półmroku, nawet w środku dnia. Narysowane przez Sanę Takedę wnętrza można podziwiać bez końca: latarenki, intarsje czy malowania na drzwiach i kolumnach, kotary, meble, wiszące metalowo-szklane ozdoby, posążki, obrazki i inne bibeloty lub książki wypełniające półki. Laboratorium Doktora jest skrzyżowaniem oranżerii i snu steampunkowca… wystarczy zresztą spojrzeć na załączone obrazki. Zasadniczo warto zwracać baczną uwagę na tło, bo pojawiają się tam interesujące rzeczy, na przykład malunki na skałach we wspominanym już grobowcu.
Poszczególne rozdziały „Monstressy” w oryginale ukazują się jako osobne zeszyty (oczywiście są też wydania zbiorcze). Sama nie wiem, co jest lepsze: dostawać co kilka miesięcy krótki odcinek, zwykle zakończony morderczym cliffhangerem, czy raz do roku grubszy tom? Tak czy siak, warto.
koniec
10 czerwca 2020
1) Świat „Monstressy” jest zdecydowanie inspirowany środkowo-wschodnią Azją: jada się tu pałeczkami, nosi charakterystycznie na bok zapinane bluzy czy tuniki, pali „snosmołę” przypominającą w działaniu opium, zaś zdobnictwo kojarzy się trochę z Persją, trochę z Chinami. Jest wzmianka o koczowniczym plemieniu Scytów, a wiele nazw na mapie jest mniej lub bardziej azjatyckich: Nanshi – Chiny, Salawan – Laos (z kolei Sarawan leży w Iraku, a wiemy, że niektórzy Azjaci nie rozróżniają głosek „l” i „r”…), Thyria brzmi zupełnie jak Syria, Constantine kojarzy się z Konstantynopolem, Pontus – z Pontem, zaś Zamorę znajdziemy wprawdzie na mapie Hiszpanii, ale starożytna wersja „Zamora’ta” brzmi podobnie do Samarkandy – również będącej miastem na głównym szlaku kupieckim. Przyznam, że zmylił mnie Arkangelus, wyglądający jak inna wersja Archangielska. Niestety, Archangielsk leży wprawdzie w Rosji, ale po europejskiej stronie.
2) I nie, zdecydowanie nie jest to „alternatywny rok 1900”, jak za amerykańską reklamą bezmyślnie powtarzają wszystkie zapowiedzi wydawnicze. W tym świecie w ogóle nie ma naszej miary czasu.
3) Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaznaczyła, że staranność wykonania nie dotyczy, niestety, jednorogich wierzchowców, które wydają się raczej naszkicowane niż narysowane, a o poprawnej budowie uzdy nawet nie ma co marzyć.

Komentarze

« 1 6 7 8 9 »
26 VI 2020   14:32:14

@Beatrycze — a masz jakieś wątpliwości co do nadrzędności matematyki? :>

26 VI 2020   23:01:48

@ El Lagarto

Też słyszałam o rytuałach pogrzebowych słoni. Słyszałam też, że w Indiach stado słoni zaatakowało pociąg jeżdzący na trasie, na której jakiś czas wcześniej zostało potrącone jedno z młodych. I że potrafiły jakiś czas później np. wrócić do miejsca gdzie zostały zwłoki kogoś z jego stada i urządzić coś w rodzaju pogrzebu.
Sądzę, że słonie są nam bliższe, niż sądzi większość ludzi. To inteligentne zwierzęta, obdarzone dobrą pamięcią, swoje uczucia też mają.

Plusem bycia biologiem, jak sądzę, jest zobaczenie, że człowiek wcale nie jest jakoś wyjątkowo lepszy od innych organizmów żywych, specjalny i wybrany. Ucząc się o innych żywych istotach nabiera się mniej antropocentrycznej perspektywy. Ale dobra - ja nabrałam, nie mogę mówić za innych.

Jakby to napisać, nie chcę nikogo obrazić ani tym bardziej się kłócić. Ale to mi zgrzyta najbardziej w całej koncepcji - dlaczego niby Bóg miałby ofiarowywać się samemu sobie? Nie mógł po prostu zmienić zdania, skoro był wszechmocny?
To jest właśnie ludzkie myślenie - chce się coś uzyskać od bogów, daje się ofiarę, chce się uzyskać bardzo dużo, daje się dużą ofiarę, chce się uzyskać naprawdę bardzo dużo to jaka jest największa możliwa ofiara?

@Mieszko

Matematyka jest dla mnie narzędziem służącym do uzyskiwania konkretnych danych oraz do modelowania, a także formą wyrafinowanej sztuki dla odpowiednio uzdolnionych ludzi, którzy lubią gry wyobraźni na wysokim poziomie skomplikowania.

27 VI 2020   00:21:01

Gdybym wiedział dlaczego, pewnie byłbym Bogiem.

27 VI 2020   00:59:36

@Beatrycze

Zmieniłbym tylko „narzędzie służące do uzyskiwania” na „wzorzec pozwalający odnajdywać” — i już się zgadza ;-)

Oczywiście, że mógł zmienić zdanie, tyle że wówczas nie poruszałby przyrodzonych ludziom odczuć. I oczywiście — idąc dalej — ludzie mogliby nie mieć takich odczuć ni takiej natury, mogliby nie przeżywać żadnych nieszczęść ani nie czynić nic złego, ale wtedy jaką zasługą byłoby czynienie dobra, skoro nie byłoby innego wyboru albo nie byłoby to trudne? A czy możliwość zasług nie jest większą zaletą niżeli wadą — możliwość cierpienia? Tak ogólnie, bo przecież cała masa osobistych przypadków zdaje się świadczyć o czymś innym. W każdym razie chyba właśnie dlatego najlepszy z możliwych światów musi wiązać się z całą masą problemów, że tak sobie po leibnizjańku pogdybam ;-)

27 VI 2020   01:24:25

"Nadal nie rozumiesz co to jest synonim częściowy."

Oczywiście, że rozumiem, tylko akurat twoje użycie terminu "woj" jako synonimu do "nobiles" było nieprawidłowe.

"W czasach Mieszka Słowianie dzielili się już na podgrupy językowe, choć język polski dopiero się zaczynał kształtować".

Nie, nawet jeszcze się nie zaczynał kształtować. To, że napisałem ogólnie o kształtowaniu języka w ramach państw słowiańskich od IX do XII w. nie oznacza, że dotyczy to też Polski i języka polskiego, bo u nas ten proces zachodził z pewnym opóźnieniem.

Twoje dywagacje o "prehistorycznych" świętych nie mają znaczenia, bo akurat w przypadku św. Wojciecha nie doszło do "przerobienia" go na świętego wojownika. A już dywagacje o utożsamianiu świętych chrześcijańskich z pogańskimi bogami, zupełnie odklejone od tematu. Tak piszesz morze słów, konkretów niewiele - pustosłowie.

"Niestety Pawel M. ma swoje wady a są nimi"...

twoją główną wadą jest wypowiadanie się i to z wielkim uporem o sprawach, o których masz pojęcie niewielkie lub wręcz zerowe. Bo widzisz, ja nie wypowiadam się - jak napisałeś z właściwym sobie lekkim podejściem do wypowiadanych słów - o "wszechdziedzinach". Nie, wypowiadam się tylko w tych dziedzinach, w których mam jakąś orientację, np. o historii średniowiecza, gdzie orientację dały mi lata studiów na kierunku historia, historia sztuki, i historia na poziomie doktoranckim.

Resztę twojej gołosłownej argumentacji w tym wątku pomijam, bo nie warta jest reakcji.

Co do językoznawców, to jak dobrze poszukasz, to wszystko uzasadnisz (jak słowiańskie pochodzenie Hunów - patrz Bańkowski). Więc nie chodzi tu o jednego językoznawcę i jego wypocinę, ale raczej o coś, co ma poparcie w środowisku.

27 VI 2020   12:24:28

@mbw i @Beatrycze

Niezbyt oryginalna i kulawa analogia (jak wszystkie analogie) jaka mi przychodzi do głowy, to relacja dziecko-rodzice. Dziecko zaczyna rozumieć niektóre działania swoich rodziców dopiero gdy dorośnie.

Nawet jeśli przyjmiemy czysto materialistyczne podejście do świata, to nadal pozostaje masa "głupich" pytań. Np. jeśli przed Wielkim Wybuchem czas nie istniał, to jak to się stało że zaistniał?

27 VI 2020   13:00:42

@Pawel M. Miło, że się znów odezwałeś.

JA"Nadal nie rozumiesz co to jest synonim częściowy."

TY"Oczywiście, że rozumiem, tylko akurat twoje użycie terminu "woj" jako synonimu do "nobiles" było nieprawidłowe".



Akurat w sprawie "nobila" w końcu przyznałem Ci rację i wycofałem już wcześniej. Miałeś jednak nadal wątpliwości co do pałacu, szlachcica i tym podobnych.

JA "W czasach Mieszka Słowianie dzielili się już na podgrupy językowe, choć język polski dopiero się zaczynał kształtować".

TY"Nie, nawet jeszcze się nie zaczynał kształtować. To, że napisałem ogólnie o kształtowaniu języka w ramach państw słowiańskich od IX do XII w. nie oznacza, że dotyczy to też Polski i języka polskiego".

Zaczynał się kształtować to bardzo ogólnikowy termin, nieprawdaż? A jak sobie to wyobrażasz? Jakiś książę albo król zadekretował w XII wieku "Od dziś zaczynamy kształtować nasz własny język" . Kształtowanie języka to długotrwały proces, konsolidacja państwa zapewne była po prostu dobrym punktem wyjścia. Lepszego chyba nie było? A o to czy coś jest dialektem, czy osobnym językiem spierają się naukowcy nawet odnośnie współczesnych żywych języków.

TY: "Twoje dywagacje o "prehistorycznych" świętych nie mają znaczenia, bo akurat w przypadku św. Wojciecha nie doszło do "przerobienia" go na świętego wojownika. A już dywagacje o utożsamianiu świętych chrześcijańskich z pogańskimi bogami, zupełnie odklejone od tematu. Tak piszesz morze słów, konkretów niewiele - pustosłowie".

To prawda ze św. Wojciechem do tego nie doszło, ale w przypadku św. Jakuba, ściętego mieczem, (jak wspomniałem wcześniej) jednak doszło.

Tu raczej chodziło mi o to co widział niepiśmienny poganin patrząc np. na rzeźbę św. Wojciecha z włócznią w ręką. Otóż widział woja.
Figury świętych miały zastąpić pogańskie bałwany i tego nie możesz zakwestionować.

TY"twoją główną wadą jest wypowiadanie się i to z wielkim uporem o sprawach, o których masz pojęcie niewielkie lub wręcz zerowe"

Cóż, korzystam z wolności słowa w Internecie. Na pewno da się to rozwiązać. Esensja powinna przy wpisywaniu komentarzy wprowadzić ankietę typu: jakie tytuły uniwersyteckie i z jakich dziedzin masz. Jeżeli ktoś nie ma co najmniej doktoratu z dziedziny o której jest artykuł, jego komentarze będą uwalane.

TY Bo widzisz, ja nie wypowiadam się - jak napisałeś z właściwym sobie lekkim podejściem do wypowiadanych słów - o "wszechdziedzinach". Nie, wypowiadam się tylko w tych dziedzinach, w których mam jakąś orientację, np. o historii średniowiecza, gdzie orientację dały mi lata studiów na kierunku historia, historia sztuki, i historia na poziomie doktoranckim.

W tej dyskusji wypowiadasz się też na temat językoznawstwa, religii i mitologii. Wiedza historyczna jest w tym przydatna, tak jak matematyka dla fizyka. Niemniej matematyka nie jest fizyką.

TY Co do językoznawców, to jak dobrze poszukasz, to wszystko uzasadnisz (jak słowiańskie pochodzenie Hunów - patrz Bańkowski). Więc nie chodzi tu o jednego językoznawcę i jego wypocinę, ale raczej o coś, co ma poparcie w środowisku.

Nie podaję uzasadnienia: źle. Podaję uzasadnienie: też źle. Otóż nie mam w zwojach mózgowych skatalogowanych cytatów i książek, które kiedyś czytałem, w dodatku z przypisami. O konotacjach słowa "mir" czytałem pewnie w innych źrółąch i to powtórzyłem (zaznaczając, że jest to "możliwe"). Cytat, który podałem znalazłem ad hoc i zgadza się z tym, co czytałem gdzieś wcześniej.
Stety/niestety, wbrew powszechnej opinii, nie wszystko jest w Internecie.

27 VI 2020   13:24:08

@Pawel M.
Wzburzyło Cię, że nazwałem "zamek" i "pałac" synonimami. Być może zaciekawi Cię fakt, że w języku francuskim oba te obiekty określamy tym samym terminem czyli "le château" (słowo powszechnie znane z etykietek francuskiego wina).A we Francji (jak wiesz lepiej ode mnie) zamki budowano znacznie wcześniej niż w Polsce.

Le château możesz powiedzieć na średniowieczny Krak des Chevaliers w Syrii, na pałac królewski w Wersalu i na Château de Frontenac w Quebeku, któy jest neogotyckim hotelem zbudowanym w XIX wieku.
Żeby odróżnić budowlę obronną od innego "le château" używa się terminu "le château fort" (zamek mocny, ufortyfikowany). Niemniej jest to nadal le château.

Słowo "le palais", tłumaczone jako pałac (z łącińskiego palatium) jest używane w zupełnie innym kontekście. Są to budynki użyteczności publicznej (np. le Palais de la Justice Pałac Sprawiedliwości albo Palais de l'Élysée Pałac Elizejski siedziba głowy państwa).

27 VI 2020   13:47:18

Odnośnie Wielkiego Wybuchu.
To prawda, ale po dodaniu nadisototy to tylko przesuwa pytanie na wyższy poziom - skąd z kolei ona się wzięła, jaka jest, dlaczego taka, a nie inna.
Cóż, może po śmierci się dowiemy. A może nie.
Jedynie żal, że jeśli nic nie ma, to się nie dowiemy, że nic nie ma, tak, jak nie pamiętamy, kiedy zapadamy w sen.

27 VI 2020   16:38:24

"Zaczynał się kształtować to bardzo ogólnikowy termin, nieprawdaż? A jak sobie to wyobrażasz? Jakiś książę albo król zadekretował w XII wieku"

Nie - najpierw musiały się ukształtować chociaż pierwociny narodu. Niektórzy historycy uznają, że takowym początkiem były wojny Chrobrego umożliwiające styczność wojów z różnych terenów (czyli lata 1002-1018). Osobiście sądzę, że to optymistyczne założenie, a początki narodu należy widzieć w czasach po kryzysie lat 30. XI w. - państwo odbudowane na nowych zasadach, z nową, innego typu elitą, z większą równowagą między dzielnicami, a przede wszystkim ze zmienianą stolicą, bo najpierw był Kraków, potem Płock, potem pewnie Wrocław (kiedy Krzywousty władał tylko na Śląsku i w Małopolsce, ale prowadził politykę zwróconą głównie na zachód i północ, więc Wrocław zdaje się lepszym miejscem, niż Kraków).

To co widział poganin patrząc na św. Wojciecha jest poza tematem tej dyskusji - masz wielki talent do rozmywania tematu licznymi off topami. Nie za bardzo mam czas na gmatwanie się w milion wątków pobocznych.

"Wzburzyło Cię, że nazwałem "zamek" i "pałac" synonimami. Być może zaciekawi Cię fakt, że w języku francuskim oba te obiekty określamy tym samym terminem czyli "le château"

Ja widzę, że zamek to "château fort", a pałac to "palais" - dość bliskie naszemu "palatium", czyli budowli łączącej cechy zamku z cechami pałacu, a na dodatek jeszcze z cechami kościelnymi. A jeśli znasz francuski, to ichnia Wiki tak tłumaczy różnicę między tymi typami budowli: "Il faut noter la différence entre le palais et le château. À l'origine, le château était le domicile du protecteur de la région, il avait donc une utilité protectrice, le palais représentait le pouvoir d'un homme politique, économique ou autres. Par la suite, l'appellation de palais fut réservée à une résidence urbaine, alors que le château était généralement rural: ainsi on parle du palais du Louvre ou du Palais-Royal, mais des châteaux de Versailles ou de Fontainebleau". Ale nie dyskutujemy tu o języku francuskim.

« 1 6 7 8 9 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Zdekapitatowany Dekapitator
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

4 VII 2020

„Head Lopper i rycerze Venorii”, czyli trzeci tom serii o Norgalu Dekapitatorze, uwypukla prawdę, którą Andrew MacLean od początku próbował ukryć. A mianowicie, że komiks ten to w gruncie rzeczy dość stereotypowe fantasy, dla niepoznaki podrasowane oryginalną szatą graficzną.

więcej »

Historia w obrazkach: Nie wszystko święte, co o świętym
Sebastian Chosiński

3 VII 2020

Sztampowa i bez polotu jest ta komiksowa biografia papieża Jana Pawła II. Kiedy natomiast pojawiają się w niej odniesienia do historii Polski po 1945 roku, robi się momentami wręcz szkodliwa. Sprawcą całego nieszczęścia jest francuski scenarzysta Olivier Dobremel, a jego wtop nie ratują nawet przyzwoite rysunki Włocha Fabrizia Fiorentiniego.

więcej »

Daleko jeszcze?
Paweł Ciołkiewicz

2 VII 2020

„Oskar Ed. Mój największy sen” to opowieść wymykająca się prostym interpretacjom. Na najbardziej podstawowym poziomie jest to historia o pewnej, długiej rodzinnej wyprawie. Mąż, żona i syn jadą samochodem w jakieś tajemnicze, wybrane przez ojca miejsce. Podczas podróży rodzice nieustannie się kłócą, a dzieciak stara się jakoś to wszystko przetrzymać, pogrążając się w dziwacznych fantazjach. Jednak sama wyprawa jest jedynie pretekstem do stworzenia całkowicie odrealnionej opowieści o… no (...)

więcej »

Polecamy

Szczęśliwy finał

Pilot śmigłowca:

Szczęśliwy finał
— Marcin Osuch

Trochę jak Blueberry
— Marcin Osuch

Nasz polski superman
— Marcin Osuch

Pilot punktuje, „Pilot” dołuje
— Marcin Osuch

W końcu to komiks
— Marcin Osuch

Pożegnanie z Rosińskim
— Marcin Osuch

Rozkaz to rozkaz
— Marcin Osuch

Kapitan zmienia trasę
— Marcin Osuch

Latający dyliżans
— Marcin Osuch

Nie lataj, synku, nisko i powoli
— Marcin Osuch

Zobacz też

Tegoż twórcy

Krótko o komiksach: Więcej macek
— Beatrycze Nowicka

Magiapunk
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Dziedzictwo cesarzowej-szamanki
— Beatrycze Nowicka

Krótko o komiksach: Monstressa #1: Przebudzenie
— Beatrycze Nowicka

Gdy wszyscy chcą cię zabić, czyli seks i przemoc minus seks
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Kobieta kobiecie półwilkiem
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Tegoż autora

Skrzyżowanie konia z pająkiem
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ale co z tą papugą?
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Latająca głowa księcia Neptuna
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ślub bednarki i drwala online
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Koń się naprawdę uśmiał
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Szczęście kruche jak porcelana, czyli dziwna niechęć do rysowania nóg
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Czas jest konstruktem umysłu
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Na Bieszczady nie ma rady…
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Krew, seks i zaczarowane smartfony
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Jak rozpoznać nerwicę lękową
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.