Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CCV

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Mike Carey, Scott Hampton, James Hodgkins, Warren Pleece, Chris Weston
‹Diabeł na progu›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDiabeł na progu
Scenariusz
Data wydaniastyczeń 2008
RysunkiScott Hampton, Chris Weston, James Hodgkins, Warren Pleece
Wydawca Egmont
CyklLucyfer
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk

Szatan powrócił jeszcze potężniejszy!
[Mike Carey, Scott Hampton, James Hodgkins, Warren Pleece, Chris Weston „Diabeł na progu” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
"Lucyfer” Mike’a Careya to seria odpryskowa „Sandmana”, którą pobłogosławił sam Neil Gaiman. Starał się zresztą bardzo o to, aby ów upadły archanioł został pełnoprawnym komiksowym bohaterem. I po kilku latach dopiął swego. Z czego powinniśmy się zresztą cieszyć, gdyż pierwszy tom cyklu – „Diabeł na progu” – dowodzi, że „Sandman” zyskał godnego następcę.

Sebastian Chosiński

Szatan powrócił jeszcze potężniejszy!
[Mike Carey, Scott Hampton, James Hodgkins, Warren Pleece, Chris Weston „Diabeł na progu” - recenzja]

"Lucyfer” Mike’a Careya to seria odpryskowa „Sandmana”, którą pobłogosławił sam Neil Gaiman. Starał się zresztą bardzo o to, aby ów upadły archanioł został pełnoprawnym komiksowym bohaterem. I po kilku latach dopiął swego. Z czego powinniśmy się zresztą cieszyć, gdyż pierwszy tom cyklu – „Diabeł na progu” – dowodzi, że „Sandman” zyskał godnego następcę.

Mike Carey, Scott Hampton, James Hodgkins, Warren Pleece, Chris Weston
‹Diabeł na progu›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDiabeł na progu
Scenariusz
Data wydaniastyczeń 2008
RysunkiScott Hampton, Chris Weston, James Hodgkins, Warren Pleece
Wydawca Egmont
CyklLucyfer
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Lucyfer – głównym bohaterem komiksu? Tylko na pozór pomysł ten może wydawać się absurdalny. Skoro powstawały o panu Piekieł filmy (jak chociażby słynny „Harry Angel”, w którym grany przez Roberta de Niro Lucyfer żyje – jak gdyby nigdy nic – pomiędzy ludźmi), mogą powstawać również komiksy. Tym bardziej że postać Gwiazdy Zarannej (czy też Niosącego Światło, co jest dosłownym tłumaczeniem jego imienia z łaciny) pojawiała się już wcześniej – choć w zdecydowanie drugoplanowej roli – na kartach Gaimanowskiego „Sandmana”. We wstępie do „Diabła u progu” Neil Gaiman wspomina zresztą, jak długo namawiał różnych autorów do zlitowania się nad Lucyferem i poświęcenia mu oddzielnej serii. Po latach udało mu się wreszcie przekonać do tego pomysłu Mike’a Careya. I, jeśli wierzyć twórcy „Gwiezdnego pyłu”, trafił w dziesiątkę. Bo przecież stwierdzenia: „Lucyfer Mike’a Careya jest jeszcze bardziej uroczym i niebezpiecznym manipulatorem, niż mogłem marzyć” nie da się odczytać inaczej, niż jako pełną aprobatę… Czy Gaiman nie przesadził? Przeczytawszy pierwszy tom „Lucyfera” trzeba uczciwie przyznać, że – nie! Careyowi udało się bowiem dokonać rzeczy arcytrudnej – pożyczył bohatera od innego autora, by uczynić go główną postacią własnego cyklu, przy czym – nie rezygnując z nawiązań do głównej serii (czytaj: „Sandmana”) – stworzył własne, oryginalne uniwersum. Pytanie tylko, czy kolejne tomy będą równie udane?
„Diabeł na progu” zawiera trzy opowieści: dwie nieco dłuższe („Diabelska alternatywa” oraz „Wróżba z sześciu kart”) oraz jedną króciutką („Zrodzona z umarłymi”). Dają one niezłe pojęcie o tym, jak może wyglądać cała seria. I nie ukrywam, że stanowią smakowitą przystawkę, po której ma się ochotę na więcej. Znacznie więcej! Początek „Diabelskiej alternatywy” nawiązuje bezpośrednio do „Pory mgieł” (w polskim wydaniu był to szósty i siódmy album „Sandmana”), w której to Lucyfer postanowił opuścić Piekło, oddając je we władanie Morfeuszowi. Sam natomiast udał się do… Miasta Aniołów (Los Angeles), aby kierować barem „Światło” („Lux”). Było to typowe dla Gaimana mrugnięcie okiem do czytelnika. Takich mrugnięć nie brakuje też zresztą w „Lucyferze”. Carey idealnie bowiem wpisał się w klimat „Sandmana”. Idąc ścieżkami wytyczonymi przez mistrza, nie ma jednak najmniejszych oporów, aby schodzić w bok, wprowadzać nowe elementy, rozbudowywać scenografię świata, w którym Gaiman umieścił osieroconego przez siebie bohatera. Pierwsza opowieść jest zresztą swoistym hołdem złożonym „ojcu chrzestnemu” Lucyfera. Sporo w niej nawiązań do głównej serii. Oto pewnego dnia w prowadzonym przez Gwiazdę Zaranną barze pojawia się wysłannik Niebios, Amenadiel, i składa dawnemu władcy Piekieł intratną ofertę. Lucyfer przyjmuje ją, co jednak oznacza, że musi zrezygnować ze spokojnego życia właściciela baru i – chcąc nie chcąc – podjąć po raz kolejny wyrafinowaną grę, w której pisana mu jest wielce dwuznaczna rola. Ale do tej zdążył się już w końcu przyzwyczaić.
Akcja „Wróżby z sześciu kart” rozgrywa się w zdemoralizowanym Hamburgu, a mówiąc konkretnej – w cieszącej się wyjątkowo złą sławą dzielnicy St. Pauli. To właśnie tam Lucyfer będzie szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania. By jednak je uzyskać, ponownie zostanie zmuszony ingerować w życie zwykłych ludzi. Gdziekolwiek zresztą się pojawi, poruszy prawdziwą lawinę zdarzeń. Żywiąc się ludzkimi emocjami, a raczej na nich pasożytując, jednych ocali przed moralnym upadkiem, innych pogrąży w piekielnych otchłaniach. Uwaga Gaimana o jego manipulatorskich zdolnościach nie jest przesadzona. Dorzucona jako bonus trzecia historia, czyli „Zrodzona z umarłymi”, zdaje się być typowym horrorem z potępioną duszą powracającą na ziemię, aby dokonać zemsty na zbrodniarzu. I byłby nim rzeczywiście, gdyby nie pojawiająca się w finale postać głównego bohatera cyklu. Jego obecność nadaje historii bowiem dodatkowy smaczek, przewrotnie ją puentując.
Głównym atutem „Lucyfera” jest kapitalny scenariusz. Careyowi udało się stworzyć wielowątkowe opowieści, które wciągają czytelnika równie skutecznie jak morskie wiry. Dialogi skrzą się od aluzji i dygresji, bywają dowcipne i sarkastyczne. Rozmowy, które Lucyfer prowadzi z Amenadielem w „Diabelskiej alternatywie” i z Meleosem we „Wróżbie z sześciu kart”, to prawdziwe mistrzostwo. A gdy zdajemy sobie sprawę, że niektóre ze zdań wypowiada – niedawny jeszcze – władca Piekieł, nabierają one dodatkowego ironicznego smaczku. Scenarzysta nie idzie jednak na łatwiznę. Lucyfer Careya, choć zaczerpnięty z opowieści Gaimana, żyje własnym życiem – przeszłość, choć niemożliwością jest, aby całkowicie się od niej oderwał, zdaje się być dlań zamkniętym rozdziałem. Niosącego Światło bardziej interesuje to, co dzieje się tu i teraz („Diabelska alternatywa”), oraz to, co wydarzy się w niedalekiej przyszłości („Wróżba z sześciu kart”). Jak więc widać, życie wśród śmiertelników przypadło mu do gustu. Czy jednak na dłuższą metę wystarczy mu cierpliwości? Czy nie znudzi mu się ciągłe manipulowanie ludźmi, do czego jest poniekąd zmuszany okolicznościami? O tym zapewne przekonamy się niebawem z kolejnych tomów cyklu.
Mocną stroną „Sandmana” był nie tylko scenariusz (za który w całości odpowiadał Gaiman), ale także rysunki (autorstwa kilku grafików). Nie inaczej jest z „Lucyferem”. Pierwszą historię zilustrował Scott Hampton, drugą – Chris Weston i James Hodgkins, trzecią natomiast Dean Ormston. I każda z nich jest inna. Hampton zrezygnował z uwzględniania szczegółów. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że mamy do czynienia jedynie z podkoloryzowanymi szkicami. Jest to jednak zabieg jak najbardziej świadomy. Dzięki rozmyciu barw udało się bowiem rysownikowi stworzyć odpowiedni dla przedstawionej opowieści oniryczny klimat grozy. Weston i Hodgkins z kolei pozostali wierni bardzo realistycznej, typowej dla komiksu frankofońskiego kresce. Ale też inaczej być nie mogło – jakoś nie mogę sobie wyobrazić ulic i nocnych klubów Hamburga narysowanych w bardzo podobnej do Enkiego Bilala stylistyce Hamptona. Ormston natomiast bezsprzecznie inspirował się mangą – przynajmniej jeśli chodzi o przedstawienie postaci. Nawet jego Lucyfer – choć wciąż będący (zabójczo) przystojnym blondynem – jest nieco inny od wcześniej zaprezentowanych wizerunków ekspana Piekieł. Purystom taka różnorodność może przeszkadzać, ja nie mam nic przeciwko. W końcu w teologii, antropozofii czy literaturze też nie ma tylko jednego wizerunku Szatana.
koniec
25 lutego 2008

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wolności!
Marcin Knyszyński

6 V 2021

Wydawnictwo Egmont kontynuuje zasilanie polskiego rynku komiksowego najróżniejszymi, coraz bardziej ekskluzywnymi i „grubymi” wydaniami zbiorczymi. Jedną z najważniejszych premier kwietnia jest pierwszy z trzech tomów „Lucyfera” ze scenariuszem Mike’a Careya. Oto jedna z najpotężniejszych istot w uniwersum Detective Comics – przyobleczona w ludzką postać knuje swoje własne, przerastające nasze rozumienie, plany.

więcej »

Przyjaciel sprzed lat
Sebastian Chosiński

5 V 2021

Bycie grabarzem – och, sorry!… przedsiębiorcą pogrzebowym na Dzikim Zachodzie to skrajnie niebezpieczne zajęcie. Klientów nie brakuje, ale nierzadko zapewnienie im godnego pochówku wiąże się z ogromnym ryzykiem – oczywiście dla żyjących, nie nieboszczyka. Jonas Crow przekonuje się o tym boleśnie w każdym kolejnym tomie serii „Undertaker”. Album „Biały Indianin” nie jest pod tym względem wyjątkiem.

więcej »

Ku utopii
Marcin Knyszyński

4 V 2021

„Authority” powraca! Najbardziej bezwzględna grupa superbohaterska uniwersum „Wildstorm” wkracza w dwudziesty pierwszy wiek. Już bez swojej szefowej, niesamowitej Jenny Sparks, ale za to ze wsparciem opinii publicznej i w blasku jupiterów. Warren Ellis i Bryan Hitch oddają pałeczkę swoim następcom – po dwunastu numerach przestali pisać i rysować „Authority”. Oczywiście szkoda, ale na szczęście kontynuatorzy ich dzieła stanęli na wysokości zadania.

więcej »

Polecamy

Na wielbłądzie boli tyłek

Tajemnica złotej maczety:

Na wielbłądzie boli tyłek
— Konrad Wągrowski

Z Łosiem na łowy
— Konrad Wągrowski

Przybywając do PRL-owskiego raju
— Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Wolności!
— Marcin Knyszyński

Ku utopii
— Marcin Knyszyński

Zbrodnia to niesłychana – „czarnuch” chciał zabić pana!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Przyjaciel sprzed lat
— Sebastian Chosiński

Gdyby Puebla leżała na Śląsku…
— Sebastian Chosiński

Krwawe Puerto Blanco
— Sebastian Chosiński

Odkrywanie wewnętrznego Kosmosu
— Sebastian Chosiński

Kaplica w Berezie
— Sebastian Chosiński

Fajnie napić się Koka-Koli
— Sebastian Chosiński

Zdradzony i poniżony
— Sebastian Chosiński

Gdy ostatni zabrzmiał dzwonek…
— Sebastian Chosiński

W brunatnym jądrze ciemności
— Sebastian Chosiński

O świecie, którego już nie ma
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.