Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CLXXXIX

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Dave Gibbons, Alan Moore
‹Strażnicy #1›

Strażnicy #1
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułStrażnicy #1
Tytuł oryginalnyWatchmen
Scenariusz
Data wydaniasierpień 2003
RysunkiDave Gibbons
PrzekładJacek Drewnowski
Wydawca Egmont
CyklStrażnicy
ISBN-1083-237-9706-4
Format170×260mm
Cena24,90
GatunekSF, superhero
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk

Szara strefa moralności
[Dave Gibbons, Alan Moore „Strażnicy #1” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Strażnicy” to najgorszy komiks świata. Ostrzegam, że nie powinien po niego sięgać żaden czytelnik planujący jeszcze kiedyś przyjemny kontakt z historiami obrazkowymi. Straci przyjemność z lektury znakomitej większości komiksów, które po prostu nie dorastają „Strażnikom” do pięt. Nie wyobrażam sobie, by można było dla gatunku zrobić coś gorszego niż to, co zrobił tu Alan Moore.

Michał Chaciński

Szara strefa moralności
[Dave Gibbons, Alan Moore „Strażnicy #1” - recenzja]

„Strażnicy” to najgorszy komiks świata. Ostrzegam, że nie powinien po niego sięgać żaden czytelnik planujący jeszcze kiedyś przyjemny kontakt z historiami obrazkowymi. Straci przyjemność z lektury znakomitej większości komiksów, które po prostu nie dorastają „Strażnikom” do pięt. Nie wyobrażam sobie, by można było dla gatunku zrobić coś gorszego niż to, co zrobił tu Alan Moore.

Dave Gibbons, Alan Moore
‹Strażnicy #1›

Strażnicy #1
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułStrażnicy #1
Tytuł oryginalnyWatchmen
Scenariusz
Data wydaniasierpień 2003
RysunkiDave Gibbons
PrzekładJacek Drewnowski
Wydawca Egmont
CyklStrażnicy
ISBN-1083-237-9706-4
Format170×260mm
Cena24,90
GatunekSF, superhero
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Jeśli jednak ktoś się nie boi, znajdzie w „Strażnikach” rzecz zupełnie wyjątkową, rzadką hybrydę krytycznie komentującą własny gatunek, rozwijającą go, a mimo to zrozumiałą dla czytelników nie mających o nim pojęcia. To zresztą chyba stała cecha najlepszych dokonań popkulturowych – prowadząc dialog ze znawcami tematu, pokonują ograniczenia i trafiają do odbiorcy-ignoranta.
Dla znawców
Moore wymyślił „Strażników” jako krytyczną rozprawę ze światem superbohaterów. Pomysł nie był zupełnie nowy – kilka lat wcześniej dokładnie to samo zrobił z Marvelmanem. Zresztą to samo robi przez całą swoją karierę – sprawdza, na ile dawne schematy opowieści o superbohaterach wytrzymują krytykę współczesnego, dorosłego czytelnika. O ile jednak Marvelman był tworem oryginalnym, „Strażnicy” są przeróbką konkretnego wszechświata – superbohaterów wydawnictwa Charlton Comics. Prawa do postaci Charlton zostały na początku lat 80. wykupione przez DC Comics i Moore chciał z tego faktu skorzystać przy pracy nad „Strażnikami”, tworzonymi właśnie dla DC. Pomysł odrzucił jeden z szefów DC (były szef Charlton), planujący wykorzystać te same postacie w tradycyjnych komiksach. Słusznie przeczuwał, że postmodernistyczna przeróbka Moore′a definitywnie przekreśli tę możliwość. W rezultacie Moore przerobił najważniejsze postaci na własne potrzeby. Innymi słowy, zerżnął cudze pomysły za zgodą posiadaczy praw. Dzięki temu część amerykańskich czytelników komiksów była w stanie rozpoznać znane postaci pod nowymi nazwami.
Wprowadzenie superbohaterów w realistyczny świat samo w sobie wielce oryginalne nie jest (eksperymenty tego typu pojawiały się w komiksie już wcześniej – Spider-man wielokrotnie wylatywał na bruk z powodu braku kasy na czynsz), ale do czasów Moore′a nikt nie zaproponował wizji tak kompletnej. Jego pomysł to nie tylko wpisanie superbohaterów w lata 80. – to przede wszystkim wtłoczenie ich w ciała zwykłych ludzi. Z perspektywy dzisiejszego czytelnika, który przetrawił i wypluł już dziesiątki spostmodernizowanych herosów, to chyba najważniejsza cecha „Strażników”, dzięki której ten komiks nadal działa tak mocno. Moore postawił pytanie, kim byliby superbohaterzy, gdyby usunąć z ich czysto komiksowej psychiki ten najbardziej ograniczający element – przywiązanie do strony dobra lub zła. Szara strefa relatywizmu moralnego robi ze „Strażników” komiks dla dorosłego czytelnika. Kluczowa jest tu oczywiście postać Komedianta, ale warto też zwrócić uwagę na to, jak Moore potraktował czarne charaktery – Moloch, który po latach nie ma już zamiaru nikogo męczyć, czy wspomniany zupełnie mimochodem Kapitan Rzeź – masochista, który rozmyślnie narażał się mścicielom. Moore wykreślił tę różnicę, która od zawsze dzieliła w komiksie superbohaterów, superłotrów i ludzi. Większość postaci w „Strażnikach” ma w sobie coś z każdej z tych grup.
Moore narusza też nienaruszalną zwykle warstwę komiksów o superbohaterach: statyczny charakter losu postaci. Czytelnik przyzwyczajony jest do tego, że Superman, Batman czy Spider-Man walczą na śmierć i życie, ale… śmierci nigdy nie bierze się poważnie pod uwagę. Heros musi przeżyć, by seria toczyła się dalej. Komiksowa rewolucja z lat 80. zmieniła to podejście (choć akurat Miller w „Powrocie Mrocznego Rycerza” dał się jeszcze zwabić na ciemną stronę mocy i wykorzystał ograny chwyt z pozorną śmiercią Batmana). Teraz superbohaterowie mogą się nie tylko starzeć, ale i umierać. W „Strażnikach” nawet ta nowatorska myśl jest ledwie punktem wyjścia. Zaczynamy od śmierci jednego z „nieśmiertelnych” – to sygnał dla wyrobionego czytelnika komiksu, że dalej może wydarzyć się absolutnie wszystko.
Warto podkreślić jeszcze jeden element – Moore ładnie wykorzystał typowo komiksową gradację możliwości postaci. Czytelnik komiksów przyzwyczajony jest do pytań „kto jest silniejszy”. W komiksach o superbohaterach ciągły napływ bohaterów pozytywnych i negatywnych w naturalny sposób konfrontuje ze sobą poszczególne postaci. Moore zakpił z tej tradycji. Między postaci, które w typowo komiksowy sposób mają jakąś konkretną cechę (choć wcale nie konkretną umiejętność! wyróżnikiem jest tu zwykle sam strój), wprowadził postać pozbawioną ograniczeń. Oczywiste, że kto miałby po swojej stronie Dr. Manhattana, ten byłby zwycięzcą. Ale Moore w typowo dla siebie sarkastyczny sposób robi z Dr. Manhattana postać zupełnie oderwaną od ideologii – nie zainteresowaną sprawami innych herosów, w ogóle oderwaną od reszty ludzkości, prawie nieludzką. Sugeruje, że przy takich możliwościach tylko frajerzy bawią się w bzdetne pojedynki. Naprawdę wielcy widzieliby świat w zupełnie innym świetle. Ludzie byliby dla nich mało ważni.
W swojej krytyce superbohaterów Moore zarzuca im najgorsze: to, że przestali spełniać jakąkolwiek rolę w społeczeństwie, przestali być przydatni dla zwykłego człowieka. Cały komiks opowiada o wewnętrznych sporach między herosami, przez których ludzie tylko cierpią – w zasadzie nie został im do pokonania nikt ze starych łotrów, zatem obrócili się przeciwko sobie. Nie zdradzę nic więcej tym czytelnikom, którzy znają tylko polski pierwszy tom opowieści, jeśli powiem, że główna myśl „Strażników” zawarta jest w wymownej frazie, malowanej na murach: Who watches the watchmen? (czyli angielska wersja łacińskiego Quis custodied ipsos custodes – Kto strzeże strażników, tzn. kto obroni społeczeństwo przed tymi, których wyznaczono do jego obrony). Superbohaterowie stali się dla szarego człowieka równie niezrozumiali i groźni jak czarne charaktery. Niegdysiejsi obrońcy zmienili się w nieudaczników (Nocny Puchacz), świrów rozdzieranych przez własne demony (Rorschach), żądnych władzy i pieniędzy magnatów (Ozymandias), cynicznych manipulatorów (Komediant) czy neurotycznych staruchów tracących poczucie tego, co dobre i złe (Jedwabna Zjawa).
Ludzkość jest samotna. Superbohaterowie również. Skoro ci ostatni symbolizują władzę i autorytet, nietrudno zrozumieć, co o współczesnym świecie mówi tu między wierszami Moore. Warto pamiętać, że pisał „Strażników” w tym dziwnym momencie ubiegłego wieku, w którym nie wiadomo było, czy desperacja nie popchnie Związku Radzieckiego do wywołania atomowej zagłady, zaś w Wielkiej Brytanii – rodzinnym kraju Moore′a, zdawało się, że decyzje Margaret Thatcher coraz mniej przypominają rządy demokratyczne. O możliwych konsekwencjach tego ostatniego Moore napisał zresztą parę lat wcześniej zupełnie inne arcydzieło: „V for Vendetta”. W podtekście „Strażnicy” są opowieścią o kryzysie autorytetów współczesnego świata. I paradoksalnie, na polskim rynku komiks ukazuje się w momencie, w którym ta podtekstowa warstwa przemawia wyjątkowo silnie.
Dla laików
Na najprostszym fabularnym poziomie „Strażnicy” to historia o rozpadzie grupy dawnych przyjaciół. Moore wykorzystuje tu schemat, znany z filmów prezentujących spotkanie po latach dawnych szkolnych kolegów („Wielki chłód”, „Powrót siódemki z Secaucus”). W obrębie pierwszych kilku rozdziałów mamy tutaj nie tylko retrospekcję do czasów świetności, kiedy cała „klasa” trzymała się razem – mamy też wspólne zdjęcie, wspominkowe rozmowy o tym, co kto robił, wyraźnie zarysowane postacie „klasowych łobuzów” i „aktywistów”, a także gorzkie konstatacje po rozpadzie grupy, która niczym dzieciaki ze szkoły, przechodzi z fazy naiwności do fazy dojrzałości i cynizmu.
Dla Moore′a to znowu tylko początek. Przejście na kolejny poziom – prezentacja obecnej sytuacji kolejnych bohaterów – zmienia „Strażników” w historię o utracie ideałów. I to kolejny element, dzięki któremu komiks Moore′a to utwór dla dorosłych. Rysunek kolejnych postaci jest na tyle odmienny, by czytelnik znalazł między nimi osoby podobne do siebie. Byłeś w szkole amoralnym łobuzem? Uprzejmym facetem, zadowolonym z życia? Idealistą oddanym sprawie? Byłaś laską należącą do grupy z braku innych pomysłów? Każda z tych postaci ma swój odpowiednik w grupie. Z wiekiem każda z nich obrała inną ścieżkę i Moore znowu odnosi się tutaj do doświadczeń dorosłego człowieka. Ktoś wyzbył się ideałów, uważając je za bzdurne (Komediant), ktoś żałuje, że się im sprzeniewierzył (Nocny Puchacz), kto inny trzyma się ich, nie dbając o opinię dziwaka (Rorschach), jeszcze kto inny odkrywa, że te dawne naiwne czasy były najlepszym momentem jego życia (Jedwabna Zjawa). Trudno uwierzyć, że to wszystko toczy się w komiksie, nie w „zwykłym” dramacie.
Dla każdego
I na znawcach, i na laikach powinna natomiast zrobić wrażenie narracja Moore′a. Dwie rzeczy przede wszystkim. Po pierwsze, jego znak rozpoznawczy – kontrapunkt, którym kontrastuje wypowiedź pojawiającą się przy jednej okazji z obrazkiem prezentującym inny moment fabuły. Jeden i drugi komentuje, często komicznie, oba wątki. Polska wersja na szczęście nie zgubiła na przykład żarcików językowych Moore′a – jak ten na 4 panelu pierwszego rozdziału (obraz spadającej ofiary i hasło „Może wyrzucimy…”). Chociaż są miejsca, w których angielska wersja brzmi znacznie celniej i lepiej (rozdział 3, panele od 12 do 16)
Po drugie, fantastycznie przemyślane ilustracje. Jak wiadomo, Moore jest w tej kwestii niesłychanie drobiazgowy – do każdego obrazka dodaje szczegółowy opis dla grafika, z informacjami co ma się znaleźć na panelu. „Strażnicy” mają dzięki temu posmak najlepszych cech literatury i filmu – przede wszystkim przemyślanego oddania szczegółu. W dialogach pada hasło o subkulturze knot-tops (w polskiej wersji: supły) i w komiksie w kilku miejscach widać takie postaci gdzieś w tle obrazków. Główne hasło komiksu – Who watches the watchmen – nie zostało nigdzie wyraźnie wyeksponowane, ale wydaje się wszechobecne. Wciąż gdzieś kawałkami wyziera z murów miasta, jakby przypominając o rozpaczliwej sytuacji między samymi Strażnikami (potwierdzanej przez ich wewnętrzne konflikty i końcowe wyjaśnienie zagadki całego komiksu). A już po zakończeniu lektury i poznaniu odpowiedzi na zadawane pytania, kolejna lektura zdradza, że ślady prowadzące do zagadki są w komiksie obecne praktycznie od samego początku. Do tego elementy, które Moore zawsze stosował z wielkim powodzeniem: niespodziewane wprowadzenie zapierających dech w piersi obrazów (np. nagły szok panelu 20 w pierwszym rozdziale, powielany później w zakończeniu każdego odcinka „Ligi niezwykłych dżentelmenów”) i montaż, w którym podobne do siebie obrazki, twarze, pozycje ciała łączą fragmenty fabuły z zupełnie innych momentów w czasie (panel 9, 12 i 15 drugiego rozdziału; to z kolei Moore wykorzystał później m.in. w „Zabójczym żarcie” i „From Hell”).
Natomiast poza samą fabułą „Strażnicy” to również mistrzostwo językowe. To zresztą oczywista uwaga dla każdego, kto choć raz sięgnął po komiks Moore′a w oryginale. No właśnie – w oryginale. Niestety, w polskiej wersji językowej Moore sprawia jednak nieco inne wrażenie – mniej poetyckie, mniej zwarte, chwilami trąci nawet pretensjonalnością. Wydaje mi się, że dopiero lektura oryginału pokazuje, jak znakomicie Moore panuje nad językiem, jak zaskakująco potrafi z jednakowym mistrzostwem wycisnąć poezję z wypowiedzi wykształconego lekarza i ulicznego pijaczka. W tym kontekście zawsze przerażające wydawało mi się jego wyznanie, że nie potrafi weryfikować własnych tekstów – pisze je jednym ciągiem, odkłada, nie wraca do nich i wysyła pierwszą wersję do wydawcy. Tylko monstrualny talent jest w stanie przy pierwszym podejściu napisać rzeczy tak kompletne.
Dla Polaków
Język „Strażników” w oczywisty sposób stawia wyzwanie tłumaczowi. I tutaj mamy miłe zaskoczenie. Z komiksami Egmontu nigdy nic nie wiadomo (koszmarne „Miasto grzechu”, zgwałcone językowo przez Tomasza Kreczmara, fatalny „Powrót Mrocznego Rycerza” zarżnięty przez tego samego oprawcę, a z drugiej strony świetny przekład „Sandmana” Pauliny Braiter-Ziemkiewicz). Przekład „Strażników” autorstwa Jacka Drewnowskiego przy weryfikacji naszego esensyjnego kolegi, Tomasza Sidorkiewicza, okazał się bardzo przyzwoity. Rzucił mi się w oczy w zasadzie tylko jeden prosty błąd (panel 4: „Must be getting a cold” nie znaczy „Chyba robi się zimno”, tylko „Chyba się przeziębiłem”), zupełnie bez znaczenia dla odbioru całości. Drewnowski ładnie oddał zmienny styl Moore′a – quasi-poetyckie, złowieszcze zapiski w pamiętniku Rorschacha, lekko drętwe, staroświeckie pisanie Hollisa Masona we fragmentach jego autobiografii, elokwentne wypowiedzi Conrada Veidta itd. Miejmy nadzieję, że w następnych tomach będzie równie dobrze (pojawią się m.in. fragmenty artykułów z brukowca, quasi-naukowy artykuł ornitologiczny, wywiad, oficjalne dokumenty itd.).
Edytorsko polskie wydanie „Strażników” tylko nieznacznie różni się od wersji angielskiej. Barwy są odrobinę mniej nasycone, co jest chyba wynikiem zastosowania słabszego jakościowo papieru. Jedyny poważny zarzut mam do liternictwa pamiętnika Rorschacha. Czcionka wybrana przez Egmont wygląda źle. W wersji angielskiej zastosowano czcionkę bardzo podobną do zwykłych liter z reszty komiksu. Tutaj można było zrobić podobnie. Tym bardziej że teksty Rorschacha i tak podane są zawsze na żółtym tle, co odróżnia je od reszty.
Do lektury
Trafił do nas wreszcie komiks, który jest być może najważniejszym dokonaniem w historii komiksu. Po prostu świetnie. A do tego Moore′a można czytać kilka razy i wciąż odkrywać w nim coś nowego. Czyli w sumie jeśli ktoś straci przyjemność z czytania innych komiksów z powodu tego dzieła, nie ma co rozpaczać. W ostateczności można przez następnych kilka miesięcy w kółko czytać „Strażników”.
koniec
1 sierpnia 2003

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Był sobie seks
Marcin Osuch

20 IX 2019

Pewnie wielu czytelników pamięta seriale animowane „Był sobie człowiek” albo „Było sobie życie”. Pierwiastek tamtych filmów znajdziemy w „Sex Story” acz oczywiście perspektywa i tematyka są nieco inne.

więcej »

Koniec gry
Paweł Ciołkiewicz

18 IX 2019

inał epickiej opowieści Briana Azzarello i Eduardo Risso robi wrażenie. Owszem, wszystko jest przedstawione w dość zawiły sposób, poziom brutalności znacznie wzrasta, ale jednak ostateczna rozgrywka wypada naprawdę imponująco.

więcej »

Bez nieba gwiaździstego, bez prawa moralnego
Sebastian Chosiński

16 IX 2019

Ależ to jest dobre! I przerażające. Wizja końca świata pokazana została tu w sposób syntetyczny – od szczegółu do ogółu – a więc zupełnie inaczej niż w publikowanych dotychczas opowieściach postapokaliptycznych. Zanim Jean-Christophe Chauzy powie, co się wydarzyło, musimy wraz z bohaterami „Reszty świata” przejść prawdziwą gehennę. A na końcu tej drogi czeka nas… tego zapewne dowiemy się z części drugiej cyklu.

więcej »

Polecamy

Dwanaście i pół fortepianu

Kadr, który…:

Dwanaście i pół fortepianu
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Nadchodzą złodupcy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Idę i powiewam
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ludzie nietoperze
— Paweł Ciołkiewicz

Z kategorii „cytaty”
— Wojciech Gołąbowski

Córy Iranu
— Paweł Ciołkiewicz

…i nie zawaham się…
— Wojciech Gołąbowski

Pytania ważne i ważniejsze
— Wojciech Gołąbowski

Docent tragarz
— Paweł Ciołkiewicz

Nie wyobrażaj sobie!
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Genialny komiks?
— Daniel Gizicki

Superbohaterowie są zmęczeni
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Boże, chroń Amerykę (przed superbohaterami)
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

„Ten film był dnem dna”, czyli historia ekranizacji prozy Stanisława Lema
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Great Scott!
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Alicja Kuciel, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (2)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Strach siedzi w nas, czyli kino grozy pod lupą (1)
— Michał Chaciński, Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Dwóch samurajów
— Michał Chaciński

Quiz: Czy nadajesz się na producenta filmowego?
— Michał Chaciński

Kill Bill - czwórgłos
— Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Więcej czasu, mniej Apokalipsy
— Michał Chaciński

Dorastanie w drodze
— Michał Chaciński

Druga bije pierwszą
— Michał Chaciński, Paweł Pluta, Eryk Remiezowicz, Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.