Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Michelle Lovric
‹Córka Laguny›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCórka Laguny
Tytuł oryginalnyThe Undrowned Child
Data wydania10 września 2010
Autor
PrzekładGrzegorz Komerski
Wydawca Jaguar
ISBN978-83-7686-019-0
Format400s.
Cena34,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Córka Laguny

Esensja.pl
Esensja.pl
Michelle Lovric
1 2 »
Prezentujemy fragment powieści Michelle Lovric „Córka Laguny”. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Jaguar.

Michelle Lovric

Córka Laguny

Prezentujemy fragment powieści Michelle Lovric „Córka Laguny”. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Jaguar.

Michelle Lovric
‹Córka Laguny›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCórka Laguny
Tytuł oryginalnyThe Undrowned Child
Data wydania10 września 2010
Autor
PrzekładGrzegorz Komerski
Wydawca Jaguar
ISBN978-83-7686-019-0
Format400s.
Cena34,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Opowieść o czarnej magii
Tego wieczora Wenecję oplotły gęste, przypominające ciasny bandaż, pasma mgły. Pierwsze zniknęły wysokie wieże kościołów. Potem miękka, biała pajęczyna pochłonęła pałace nad Canale Grande. Wkrótce nie było już widać zupełnie nic. Przechodnie pokonywali mosty niepewnie jak ślepcy, z wyciągniętymi przed siebie rękami. Przycichły wszystkie dźwięki, w tym posapywanie przebijających się przez czarne fale parowych promów.
W taką noc wpadnięcie do wody oznaczałoby niechybną śmierć, wołania o pomoc nie usłyszałby bowiem nikt.
W ciemnym zaułku, przy Fondamente Nuove, w nikłym kręgu rzucanego przez gazową latarnię światła, stało dziewięcioro członków pewnej rodziny. Wszyscy odświętnie ubrani, prowadzili właśnie ożywioną dyskusję ze starym gondolierem, kołyszącym się nieco niżej w swej łodzi.
– Po prostu musimy dostać się na Murano. Nasza córka ma dziś zostać ochrzczona w San Donato podczas nieszporów – tłumaczył schludny, poważnie wyglądający młody człowiek, tuląc do siebie noworodka w różowym czepku. Z dumą wyciągnął dziecko ku przewoźnikowi. Dziewczynka, jak na urodzoną w Wenecji przystało, radośnie gaworzyła słysząc chlupot fal kanału.
– Nie w taką mgłę.
– Podniesie się, gdy tylko odbijemy od brzegu – wtrącił się nagląco brat młodzieńca. Wszyscy oczekujący entuzjastycznie pokiwali głowami.
– Signori, dziś w Wenecji nikt donikąd nie popłynie – odparł gondolier.
– Ale na nas czeka ksiądz… – rzuciła błagalnym tonem siwowłosa kobieta, która musiała być matką młodych mężczyzn.
– Jeśli to prawda, signora, to gotów jestem połknąć swoje wiosło. Ojczulek zapewne zdaje sobie sprawę, że przy takiej pogodzie wypłynąłby tylko głupiec. – Gondolier ruchem ramienia wskazał wszechogarniającą biel.
Wtedy słodkim, cichym głosem odezwała się matka dziecka.
– Ale czy nie nazywasz się przypadkiem Giorgio Molin, signore? Jeśli tak, to moja kuzynka jest żoną brata twojego wuja, nieprawdaż?
Przewoźnik zajrzał pod czepek kobiety.
– Ajajaj! Marta! Najładniejsza dziewczyna w całej Wenecji. To ty postanowiłaś spędzić życie dusząc się w Archiwum – zagdakał. – Pomyśleć tylko, taki cud natury pośród nudnych bibliotekarzy! Zapewne dostawali palpitacji na sam twój widok!
Gdy gondolier wypowiedział słowo „Archiwum”, przez twarz Marty przemknął cień lęku. Rozejrzała się pospiesznie dokoła.
– Proszę nie wypowiadać tej nazwy na głos. Zwłaszcza dziś.
Skryta we mgle woda niespokojnie zafalowała.
Nagle niemowlę zachichotało i wyciągnęło ku przewoźnikowi maleńkie rączki.
– Patrzcie, ta mała poznaje swoich! – ucieszył się mężczyzna.
– Przepraszam najmocniej, drogi Giorgio, nie wiem, co się stało z moim dobrym wychowaniem – usprawiedliwiła się Marta, po czym przedstawiła swoją matkę, ojca, kuzyna, wuja, szwagra i teściów. – A to – uśmiechnęła się czule, spoglądając na schludnego i poważnego młodzieńca – jest Daniele, mój mąż. Jest jednym z bibliotekarzy, których raczyłeś wspomnieć.
Wymieniono zwyczajowe uprzejmości.
– A więc, czy nadal nie zechcesz nas zabrać, kuzynie Giorgio? – spytała wreszcie Marta Gasperin. – To dla mnie szalenie ważne.
– Cóż, rodzina to jednak rodzina… – westchnął gondolier.
– Rodzina to wszystko, co mamy – przytaknęła Marta Gasperin i pochyliła się, by ucałować starego przewoźnika. Zalał się rumieńcem. – Rodzina i książki, rzecz jasna – dodała z szelmowskim uśmiechem.
– Widzę, że cięty dowcip cię nie opuścił – mruknął Giorgio Molin, pomagając kobiecie wsiąść do gondoli. – Będziesz musiała uważać, żeby twoje dziecko nie wyrosło na mądralę. A u dziewczynki to wcale nie zaleta.
– Dziękuję, dziękuję uprzejmie – szeptali kolejno wujowie, ciotki i kuzyni, wsiadając do łodzi. Dla gondoli takiej jak ta, dziesięć osób stanowiło znaczące obciążenie. Gasperinowie byli jednak z dziada pradziada raczej niscy i wątłej budowy. Siadając na ławkach, starannie układali fałdy swoich świątecznych strojów.
Gdy Giorgio Malin odbił od murowanego nabrzeża, mgła wcale się nie uniosła. Przewoźnik stał zwrócony w kierunku Murano i ponuro patrzył przed siebie. W duchu stwierdził, że uprzejmość wymaga, by nie dzielił się złymi przeczuciami z krewnymi, którzy zaczęli właśnie wesoło rozprawiać o uroczystej kolacji, którą mieli spożyć po chrzcie.
Wokół nich wirowało skłębione, gęste i białe powietrze. Fale połykały ich słowa i śmiechy. Wszystkie te dźwięki tonęły w morzu i szły aż na samo dno, na którym od sześciuset lat spoczywał pewien spętany łańcuchami szkielet.
Zbielałe ze starości piszczele przeszedł dreszcz. Pustą przestrzeń między żebrami rozjaśnił czerwony blask. Kościane palce zadrgały i szmaragdowy pierścień posłał pomiędzy rozkołysane fale i wodorosty zielony promień światła. Niedługo potem na dnie laguny pojawiła się ciemna, wijąca się macka, dostatecznie długa, by objąć swym uściskiem cały dom.
Wyobraźcie sobie tych spokojnych, dobrotliwych ludzi w gondoli, krzepiących się wesołością pośród mgły, podających sobie maleńką dziewczynkę z jednych kochających rąk do drugich, całujących paluszki jej rąk i nóg, powtarzających jej imię szeptem, niczym modlitwę.
Do końca ich żywotów zostało ledwie kilka sekund.
Zbliżających się mew nikt nie zauważył. Szukając zwady i padliny, nadleciały w ciszy znad wysp na zatoce. W sytuacjach, gdy nie były w stanie znaleźć żadnego martwego stworzenia, którego ciałem mogły się pożywić, nie wahały się zabijać. Wenecjanie znali te ptaszyska jako magoghe – zażarte, przerażająco wielkie istoty o szarych grzbietach.
Ptaki musnęły dachy Murano i przeleciały nad cmentarną wyspą San Michele. Kiedy doleciała do nich woń świeżo pochowanych tam ludzi, ich dzioby zagrały złowrogo. Przez chwilę zawisły w powietrzu, raniąc fale swymi cieniami.
I wtedy w ich łbach rozległ się zew.
– Słudzy moi! Dziś w nocy dostaniecie świeże ciała!
Na żółtych dziobach magoghe wykwitła piana. Puste, zimne oczy łypnęły ponuro.
– O Panie – odezwały się w myślach ptaki. – Wskaż nam, co robić.
W odpowiedzi, z duszy pogrzebanego pod falami szkieletu, padły rozkazy, które wniknęły w ptasie umysły, sącząc w nie głód i wściekłość. Mewy krążyły nad falami, skrzecząc głośniej wraz z każdym oddechem.
Nad zdławioną przez mgłę zatoką agresywne wrzaski ginęły jednak natychmiast. Na Promie Parowym Numer 13 nie usłyszał ich nikt.
Prom odbił od Fondamente Nuove ledwie minutę po gondoli, na której pokładzie płynęła rodzina Gasperin. Nie powinien wyruszać w takiej mgle, ale kapitan sam pochodził z Murano i spieszno mu było dotrzeć tej nocy do domu. Trasę tę pokonywał przedtem już tysiące razy. Wiedział, że jeśli obierze północno-wschodni kurs przez lagunę i utrzyma stałą prędkość, za sześć minut przybije do molo wyspy Murano. Był pewien, że na jego drodze nie znajdzie się żaden inny statek, nie przy tak przeklętej pogodzie.
Gdyby w odpowiedniej chwili kapitan uniósł latarnię, mógłby zobaczyć smukłą, czarną gondolę mknącą wśród fal tuż przed jego promem. W tejże jednak chwili pierwsza z mew wytrąciła mu latarnię z dłoni. Chwilę później do jego kabiny wpadł tuzin innych ptaków. Dziobały go w oczy, szarpały ubranie. Mężczyzna padł na ster i osunął się na podłogę. Magoghe przesłoniły swą zgrają całe jego ciało. Na szczęście, gdy rozpoczęły swą paskudną ucztę, był już nieprzytomny.
W pasażerskiej kajucie wszyscy poczuli wyraźne szarpnięcie, które nastąpiło, gdy kapitan stracił kontrolę nad sterem. Może do czyichś uszu doleciał też nikły trzask drewna, gdy dziób vaporetto, niczym miecz rozrąbał gondolę signora Molina. Krzyki pasażerów promu zagłuszyły wołania członków rodziny Gasperin, wykrzykujących żałośnie swe imiona, gdy przepływał nad nimi prom. Mgnienie potem wielka zielona macka oplotła rozpłatany dziób gondoli i wciągnęła ją głęboko pod wodę.
Marta utonęła na samym końcu. Ostatnimi jej słowami, które uniosły się ponad obojętnymi falami były: „Ratujcie moje dziecko! Błagam, ratujcie moją dziewczynkę…”.
W tej samej chwili po zatoce poniósł się bezcielesny śmiech, dźwięk jeszcze bardziej gorzki i odpychający niż wrzaski magoghe. Rechot wzbił się nad mgłę i zabrzmiał echem na weneckim brzegu, niczym warkot nadciągającej burzy.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Styczeń 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Monika Twardowska-Wągrowska, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: Marzec 2003
— Marta Danowska, Małgorzata Marciocha, Eryk Remiezowicz, Karina Stefaniak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.