Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

David Weber, John Ringo
‹Marsz ku gwiazdom›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMarsz ku gwiazdom
Tytuł oryginalnyMarch to the Stars
Data wydania10 czerwca 2004
Autorzy
PrzekładPrzemysław Bieliński
Wydawca ISA
CyklImperium Człowieka
ISBN83-7418-027-7
Format496s. 115×175mm
Cena32,90
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 33,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Marsz ku gwiazdom

Esensja.pl
Esensja.pl
David Weber, John Ringo
1 2 3 17 »
Prezentujemy pięć pierwszych rozdziałów powieści „Marsz ku gwiazdom” autorstwa Davida Webera i Johna Ringo. Jest to trzeci tom publikowanego przez wydawnictwo ISA cyklu opowiadającego o losach księcia Rogera MacClintocka.

David Weber, John Ringo

Marsz ku gwiazdom

Prezentujemy pięć pierwszych rozdziałów powieści „Marsz ku gwiazdom” autorstwa Davida Webera i Johna Ringo. Jest to trzeci tom publikowanego przez wydawnictwo ISA cyklu opowiadającego o losach księcia Rogera MacClintocka.

David Weber, John Ringo
‹Marsz ku gwiazdom›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMarsz ku gwiazdom
Tytuł oryginalnyMarch to the Stars
Data wydania10 czerwca 2004
Autorzy
PrzekładPrzemysław Bieliński
Wydawca ISA
CyklImperium Człowieka
ISBN83-7418-027-7
Format496s. 115×175mm
Cena32,90
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 33,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Książka ta jest dedykowana sierżantowi (później starszemu sierżantowi) Milesowi Rutherfordowi, który wziął w obroty pewną ofermę i zrobił z niej porządnego żołnierza. Wszelka zbieżność z rzeczywistością nazwisk i wydarzeń z tej książki jest dziełem przypadku.

Prolog
Ciało było w stanie zaawansowanego rozkładu. Czas i przeróżne mardukańskie odpowiedniki owadów zrobiły swoje, pozostawiając szkielet ze zwisającymi strzępami skóry i ścięgien. Temu Jin chciałby móc powiedzieć, że to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział, ale byłoby to kłamstwo.
Odwrócił jedną rękę szkieletu i przesunął nad nią sensorem. W przypominającym katakumby grobowcu było gorąco i duszno, zwłaszcza że weszło tu z nim jeszcze trzech członków oddziału i jeden olbrzymi Mardukanin. Upały na Marduku zawsze były dotkliwe – w „umiarkowanych” strefach klimatycznych średnia temperatura utrzymywała się w granicach trzydziestu pięciu stopni – ale grobowiec przypominał dusznym smrodem rozkładu (nie wspominając o smrodzie trzech nie mytych dupków, z którymi Jin tu wszedł) przedsionek piekła.
I to już zamieszkały.
Nie było wątpliwości, że jego mieszkańcy byli kiedyś imperialnymi marines. A przynajmniej ludźmi wyposażonymi w wojskowe nanopakiety Imperium. Ocalałe nanity były zakodowane i sensor niemal krzyczał: „imperialni”. Pytanie tylko, skąd się tu wzięli… i po co. Jin był w stanie wyobrazić sobie kilka powodów, a wszystkie śmierdziały jeszcze gorzej niż trupy w grobowcu.
– Zapytaj ich jeszcze raz, magiku – powiedział nosowym głosem Dara. Dowódca oddziału przez chwilę charczał, a potem kaszlnął, splunął i wysmarkał się na podłogę. Marduk wykańczał jego zatoki. – Mów po ichniemu. Upewnij się, że wszystko ci powiedzieli.
Jin spojrzał na górującego nad nimi Mardukanina i przepuścił pytanie przez swojego tootsa. Implant umiejscowiony w jego żuchwie wybrał odpowiednie słowa, przetłumaczył je na miejscowy mardukański dialekt i dostosował głos do wypowiedzenia ich.
– Mój światły przywódca życzy sobie, abyście jeszcze raz upewnili go, że nikt nie przeżył.
Sposób mówienia Mardukan nie był taki sam, jak ludzi. Mieli mniej mięśni twarzy i często ich mowę zastępowała gestykulacja czterech rąk. Ale w przypadku tego Mardukanina mowa ciała też niewiele dawała, co mogło po części wynikać z tego, że brakowało mu jednego ramienia od łokcia w dół. Teraz w tym miejscu był ostry jak brzytwa hak. Dara musi być głupi lub zadufany w sobie, albo jedno i drugie, żeby po raz piąty pytać przedstawiciela Voitan, czy kłamie.
– Niestety – powiedział T’Leen Targ z pełnym żalu, acz ostrożnym wymachem ramion (i haka) – nikt nie przeżył. Kilku wytrzymało parę dni, ale oni również umarli. Zrobiliśmy dla nich wszystko, co było w naszej mocy. Gdybyśmy tylko przybyli dzień wcześniej! Bitwa była wspaniała; wasi przyjaciele toczyli bój z hordą Kranolta liczniejszą niż gwiazdy na niebie! Przyparli ich do murów miasta i ścinali swoimi potężnymi ognistymi lancami! Gdyby nasze posiłki dotarły wcześniej, niektórzy mogliby przeżyć! Ale niestety przybyliśmy za późno. Wasi przyjaciele złamali jednak potęgę Kranolta, za co Voitan jest i będzie wdzięczne po wieki wieków. Właśnie w dowód wdzięczności umieściliśmy ich tutaj, z naszymi własnymi czcigodnymi zmarłymi, w nadziei, że któregoś dnia ich pobratymcy przyjdą ich szukać. I oto jesteście!
– Znowu to samo – powiedział Jin, odwracając się do dowódcy.
– A gdzie jest broń? Gdzie sprzęt? – spytał Dara. W przeciwieństwie do technika był wyposażony tylko w cywilny seryjny toots, który nie był w stanie obsłużyć jedynego dostępnego translatora. Urządzenie miało załadowany lokalny słownik dialektu używanego w pobliżu portu, ale nie potrafiło dać sobie rady z innymi, a system Jina nie mógł przesłać plików z danymi.
– Coś musiało ocaleć – ciągnął dowódca oddziału. – W ostatnim mieście powinno tego być więcej. Gdzie to się podziało?
– Mój światły przywódca pyta o broń i wyposażenie naszych drogich przyjaciół – powiedział Jin. Technik komunikacyjny dość aktywnie kontaktował się z tubylcami, zarówno w porcie, jak i podczas koszmarnej podróży do miejsca ostatniego spoczynku ludzkich rozbitków. I ze wszystkich, których spotkał, ten niepokoił go najbardziej. Wolałby nawet znów być w dżungli. A to o czymś świadczy.
Marduk był niewiarygodnie gorącą, wilgotną i stabilną planetą. Prawie całą jego powierzchnię pokrywały dżungle, pełne najniebezpieczniejszych ze znanych we wszechświecie drapieżników. Wydawało się, że ekipa poszukiwawcza – albo oddział eliminatorów, zależy, jak na to spojrzeć – napotkała je wszystkie podczas swojej podróży.
Atmosferyczne latacze zaniosły ich z portu do wyschniętego jeziora, gdzie wcześniej wylądowały cztery bojowe promy. Nie było jednak żadnych śladów wskazujących, jaka jednostka nimi przyleciała ani skąd. Wszystkie zostały skrupulatnie wyczyszczone, a ich komputery sformatowane. Po prostu: cztery imperialne promy desantowe, całkowicie bez paliwa, na środku pięciu tysięcy kilometrów kwadratowych soli.
Z miejsca wylądowania promów wyraźny ślad prowadził w góry. Ekipa poszukiwawcza ruszyła tym tropem, lecąc nisko aż do skraju nizinnych dżungli, gdzie ślad po prostu… znikał w zielonym piekle.
Dara poprosił o pozwolenie powrotu do bazy, którego mu nie udzielono. Było bardzo mało prawdopodobne – delikatnie mówiąc – by załogi promów dotarły do cywilizacji. Pomijając już lokalną faunę i florę, miejsce lądowania znajdowało się po przeciwnej stronie planety niż port, i jeśli rozbitkowie nie przywieźli ze sobą wystarczającego zapasu uzupełnień diety, musieli umrzeć z głodu przed końcem podróży. Ale cokolwiek się stało, trzeba było poznać ich los. I to wcale nie dlatego, że ktoś się o nich martwił, lecz dlatego, że jeśli istniał choćby cień szansy, iż uda im się dotrzeć do bazy albo – co gorsza – uciec z planety, należało ich wyeliminować.
Nikt nie powiedział tego na głos, i między innymi dlatego technik nie był pewny, czy przeżyje tę misję. „Oficjalnym” celem poszukiwań było po prostu uratowanie rozbitków, ale skład oddziału skłaniał do przypuszczeń, że naprawdę chodzi o wyeliminowanie zagrożenia. Dara był człowiekiem gubernatora do brudnej roboty. Wszystkie pomniejsze „problemy”, które można było rozwiązać przy użyciu siły albo w wyniku czyjegoś tajemniczego zniknięcia, były powierzane dowódcy oddziału. Poza tym nie nadawał się specjalnie do niczego innego, co udowadniał po raz kolejny, nie widząc oczywistych rzeczy, które miał przed samym nosem.
Reszta oddziału była ulepiona z tej samej gliny. Wszystkich czternastu – było siedemnastu… zanim dopadła ich lokalna fauna – należało do zwerbowanej na miejscu „gwardii”, a każdy z nich był poszukiwany listami gończymi na tej czy innej planecie. Zdając sobie sprawę, że utrzymanie regularnych jednostek na planetach trzeciej klasy było co najmniej trudne, daleka stolica Imperium pozostawiała dobór personelu w gestii gubernatorów. Gubernator Brown zatrudniał przede wszystkim ludzi, których nazywano „Schultzami” i co do których można było mieć pewność, że nigdy niczego nie widzą, nie słyszą ani nie robią. Jednak czasami pojawiały się prawdziwe problemy. Do radzenia sobie z nimi gubernator stworzył „siły specjalnego reagowania”, składające się – delikatnie mówiąc – z mętów. O ile, oczywiście, ktoś chciałby obrazić męty.
Jin zdawał sobie sprawę, że nie jest „oficjalnym” członkiem tego oddziału i że obecna misja może być sprawdzianem przed przyjęciem. Z wielu powodów było to bardzo korzystne, ale jednocześnie stwarzało jeden poważny problem: groźbę walki z marines. A Jin miał kilka powodów – wcale nie najmniej znaczącym z nich było prawdopodobieństwo przeistoczenia się w kulę plazmy – aby nie chcieć walczyć z marines, ale niestety wszystko ku temu zmierzało.
Teraz jednak wydawało się, że niepotrzebnie się zamartwiał. Ostatni marines zginęli w samotnej walce z barbarzyńcami, zanim ich „cywilizowani” sprzymierzeńcy zdążyli im przyjść z pomocą.
Jasne, parsknął w myślach z pogardą. Albo gdzieś poszli, a ci tutaj ich kryją… albo miejscowi sami ich wykończyli i zwalają to na tych „Kranolta”. Trzeba ustalić, o którą z tych możliwości chodzi.
– Niestety – powtórzył tubylec. Wydaje się bardzo lubić to słowo, pomyślał złośliwie Jin, kiedy Targ wyciągnął ramię w stronę odległej dżungli. – Kranolta zabrali ze sobą cały ich sprzęt. Nie zostawili niczego, co moglibyśmy przekazać ich przyjaciołom. To znaczy wam.
I wierzcie w to albo nie, jak chcecie, pomyślał Jin. W tej całej sprawie była olbrzymia, niejasna dziura, a on musiał ją zatkać. I mieć nadzieję, że jego wysiłki nie ujrzą światła dziennego.
– Szumowiniak twierdzi, że barbarzyńcy wywalili cały sprzęt do rzeki – przetłumaczył.
– Niech to szlag! – warknął Dara. – To znaczy, że jest zniszczony i nie odnajdziemy powerpacków! Nawet z uszkodzonego sprzętu dałoby się coś wyciągnąć.
Co za kretyn, pomyślał Jin. Dara musiał chować się za drzwiami, kiedy Pan Bóg rozdawał rozum.
1 2 3 17 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Angielscy łucznicy kontra obcy
— Beatrycze Nowicka

Kosmiczne nudy
— Michał Foerster

W razie wątpliwości – strzelać
— Michał Kubalski

Tam jest rozrywka
— Eryk Remiezowicz

O jedną planetę za daleko
— Janusz A. Urbanowicz

Idzie ku lepszemu
— Grzegorz Wiśniewski

Krótko o książkach: Marzec 2002
— Magda Fabrykowska, Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Eryk Remiezowicz

Odpowiedź jest oczywista
— Magda Fabrykowska

Krótko o książkach: Listopad 2001
— Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Joanna Słupek

Obszernie o niczym
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.