Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Kate Griffin
‹Nocny Burmistrz›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNocny Burmistrz
Tytuł oryginalnyThe Midnight Mayor
Data wydania23 marca 2011
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski
Wydawca MAG
CyklMatthew Swift
ISBN978-83-7480-203-1
Format560s. 135×202mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Nocny Burmistrz

Esensja.pl
Esensja.pl
Kate Griffin
1 2 3 5 »
Prezentujemy fragment powieści Kate Griffin „Nocny Burmistrz”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa MAG.

Kate Griffin

Nocny Burmistrz

Prezentujemy fragment powieści Kate Griffin „Nocny Burmistrz”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa MAG.

Kate Griffin
‹Nocny Burmistrz›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNocny Burmistrz
Tytuł oryginalnyThe Midnight Mayor
Data wydania23 marca 2011
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski
Wydawca MAG
CyklMatthew Swift
ISBN978-83-7480-203-1
Format560s. 135×202mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Wstęp
Heavymetalowe widma
W którym czarnoksiężnik z zaskoczeniem zauważa, że go przeklęto, poparzono, napiętnowano, ścigano i skazano bez żadnego wyraźnego powodu, a w dodatku ma na nogach cudze buty.

Telefon zadzwonił.
Odebrałem go.
A potem…
…to skomplikowane.
• • •
Ból.
Brak miejsca na cokolwiek innego.
Tylko ból.
Minęło trochę czasu.
Nie wiem ile. Zegarek się spalił, przywarł do nadgarstka. Nie było tam zegarów. Komórka została w torbie, ale nie miałem jej na ramieniu. Nie leżała też w pobliżu. Uniosłem głowę. Krzepnąca krew puściła z trzaskiem jak rzep. Zobaczyłem własne nogi. Miałem na nich cudze buty. Minęła dłuższa chwila, nim sobie przypomniałem dlaczego.
Uniosłem głowę nieco wyżej.
Torba leżała na ziemi. Spadła jednak w niewielkiej odległości ode mnie. Wysypały się z niej puszki z farbą i stare skarpetki. Nad nią kołysała się słuchawka. Krew skapywała z niej na ziemię. To musiała być moja krew. Nie widziałem tu żadnego innego kandydata.
Położyłem głowę na betonie i zamknąłem oczy.
Minęło jeszcze trochę czasu.
Zaczął padać deszcz. Porządna nocna ulewa, wyczuwająca chłód wiatru i pragnąca stać się śniegiem. Zorientowałem się, że moja lewa ręka, ta, którą nie odebrałem telefonu, wykonuje podstawowe polecenia. Powiedziałem „rusz się” i się ruszyła. Powiedziałem „sprawdź, czy nic się nie złamało” i sprawdziła. Złamań nie było. Nawet krew spływająca mi po karku była tylko tanim efektem. Są dwa rodzaje ran głowy – te, które wyglądają na groźniejsze niż w rzeczywistości, i śmiertelne. Nie zginąłem po raz drugi.
Pozwoliłem lewej ręce odpocząć.
Wiatr niósł strugi deszczu pod kątem czterdziestu pięciu stopni. W mroku było je widać jako taflę rozświetloną sodowym blaskiem latarni usytuowanej na granicy tego skrawka wybetonowanej pustki. Słyszałem bębnienie kropel o dachy i szum spływającej rynsztokami wody, z którą niesprzątany od trzech tygodni syf spływał do kanalizacji. Deszcz był błogosławieństwem. Unieśliśmy drżącą prawą rękę ku chłodnej wodzie, by zmyła nam krew z palców. Później, gdy wilgoć zaczęła przesiąkać przez płaszcz, palący ból ustąpił miejsca wnikającemu w kości zimnu.
Pora było uciec z deszczu, a to znaczyło, że trzeba wstać.
Herkules nie mógłby nam niczym zaimponować. Muhammad Ali byłby pod wrażeniem.
Wstaliśmy.
W połowie tej czynności moje kolano pośliznęło się na mok­rym betonie. Prawa dłoń uderzyła o szorstką powierzchnię i omal nie krzyknęliśmy.
W tym punkcie Terminator dałby za wygraną i poszedł spać. Templariusze przełożyliby resztę na jutro.
Wstałem. Otaczający mnie świat przechodził od krwawej czerwieni do szafirowego błękitu i z powrotem. Dogasająca latarnia bzyczała jak komar. W plastikowej osłonie żarówki zebrała się woda, rzucająca na czarno‑srebrną ulicę falujące cienie. Powlokłem się do telefonu. Podniosłem wyblakłą torbę z plastikowego włókna udającego bawełnę i przerzuciłem ją sobie przez ramię. Słuchawka kołysała się bezwładnie na przewodzie. Dobiegał z niej najbardziej samotny dźwięk na świecie:
Piiiiiiiiiiiiiiii…
W szczelinę między aparatem telefonicznym a ścianą wetknięto wizytówki z ofertami takimi jak:
!!!SEKSSEKSSEKSSEKSSEKS!!
Albo:
** FAJNA WESOŁA BLONDYNKA **
Albo:
CHCESZ SKOŃCZYĆ ZE WSZYSTKIM?
ZADZWOŃ DO SAMARYTANÓW.
Miałem na szyi szalik; zauważyłem, że jego koniec jest nadpalony. Zaciągnąłem go mocniej i schowałem pod płaszcz o beżowawym kolorze, na deszczu przeradzającym się w brązowawy. Bolała nas głowa. Wszystko nas bolało. Tak wiele części naszego ciała domagało się uwagi, że trudno je było zidentyfikować. W torbie miałem solidnie sfatygowaną apteczkę. Znalazłem bandaż i owinąłem nim prawą rękę. Widziałem tylko krew, deszcz i ciało koloru gniewnej purpury, obrzmiałe tak bardzo, że trudno było określić, gdzie się zaczynają palce. Żeby bandaż nie spadł, włożyłem czarną rękawiczkę bez palców. Ucisk zwiększył ból, ale to było korzystne. Pozwalało zlokalizować cierpienie, nie zauważać sygnałów płynących z innych miejsc.
Rozejrzałem się wkoło.
Byłem w stacji obsługi. Wiedziałem o tym dzięki zwróconemu w stronę ulicy brudnemu szyldowi barwy słabej herbaty. Napis głosił: „MYJNIA I CZĘŚCI ZAMIENNE”. Nie było żadnych innych znaków wskazujących na funkcję tego miejsca. Tylko betonowa podłoga pod gołym niebem, cztery ściany z blachy falistej i łańcuch zamykający wjazd. Nie widziałem żadnego sprzętu poza telefonem i kilkoma porzuconymi wiadrami. Ze szczelin w betonie wyrastały chwasty. Rozerwana plastikowa płyta, mogąca kiedyś być dachem, łomotała na wietrze.
Nieopodal przejechała ciężarówka. Dźwięk rozpryskujących wodę kół zawsze wydaje się bardziej odległy, niż jest w rzeczywistości. Tak późną nocą, czy może tak wczesnym rankiem, po ulicach jeżdżą właściwie wyłącznie ciężarówki, dostarczające do supermarketów świeżą żywność, którą ułoży się na półkach za niesprzedanymi resztkami z wczoraj. Ciężarówki i nocne autobusy, w których każdy pasażer jest podejrzany, choćby dlatego, że nie śpi, a wszyscy kierowcy to szaleńcy słyszący zew piątego biegu, gdy tylko wjadą na pustą ulicę.
Głowę wypełniał nam ból. Czułem pulsowanie każdej tętnicy. Dręczyły nas mdłości. Spojrzałem na słuchawkę, a potem wyciągnąłem rękę, kostkami dłoni do przodu, bo bałem się musnąć ją palcami. Dotknąłbym słuchawki, ale powstrzymał mnie dźwięk, czy raczej jego brak.
Płynące z niej piiiiiiiiiiiiiiii umilkło nagle.
Cofnąłem odruchowo rękę. Słuchawka zwisała bezwładnie jak zdechła kałamarnica. Wytężyłem słuch. Szum deszczu, brzęczenie gotowej zgasnąć latarni. Cofnąłem się o kilka kroków, osłaniając prawą dłoń. Nie spuszczałem wzroku z telefonu.
Szum deszczu, brzęczenie latarni, odległy świst opon…
I co jeszcze?
Przymknęliśmy oczy, nasłuchując uważnie.
Szum deszczu, brzęczenie latarni, świst opon, tupot szczurów pod ziemią, kroki miejskiego lisa, króla środka drogi, szelest gołębia moszczącego się w rynnie na dachu i co jeszcze? Buczenie przewodów elektrycznych tuż na granicy słyszalności, zapach deszczu, ta niewiarygodnie czysta woń usuwająca na kilka minut wszelkie zanieczyszczenia powietrza, stukot drzwi frontowych gdzieś daleko, trzeszczenie niewyłączonego na noc radia, zawodzenie alarmu samochodowego, śpiewne wycie syreny, w wielkiej dali babachbabachbabach pociągu towarowego zmierzającego na stację Willesden Junction i… i…
Tak jest, na samej granicy percepcji, wykryłem coś niezwykłego.
Brzmiało to tak:
Czi-cziczi czi-cziczi czi-cziczi bum bum czi-cziczi czi-cziczi czi-cziczi bum bum…
Nie potrafiłem określić, co to może być. Przeraził nas fakt naszej ignorancji. Potrzebowaliśmy broni.
Czi-cziczi czi-cziczi czi-cziczi. Dźwięk nasilał się z każdą chwilą. Czi-cziczi czi-cziczi czi-cziczi. Nie musieliśmy już nawet zamykać oczu, by go usłyszeć. Był coraz bliżej. Czi-cziczi czi-cziczi…
Brzęcząca lampa pękła w końcu i zgasła. Sodowy oranż przeszedł w migotliwy błękit widoczny w samym środku. Potem pochłonęła go ciemność. W wielkim mieście łatwo zapomnieć, jak ciemna potrafi być prawdziwa noc.
Ruszyłem przed siebie. Przeszedłem nad łańcuchem. Wyszedłem na ulicę.
Na jej drugim końcu, kilkaset jardów ode mnie, dostrzegłem jakieś skryte w cieniach sylwetki.
Zwracały się ku mnie.
Odwróciłem się w drugą stronę. Gdybym miał na nogach własne buty, zacząłbym biec.
• • •
Byłem w Willesden.
Jezu.
W Willesden to znaczy wszędzie i nigdzie.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Londyńska litania
— Beatrycze Nowicka

Czarnoksiężnik w cudzych butach
— Anna Kańtoch

Tegoż twórcy

Miasto, magia, Matthew Swift
— Beatrycze Nowicka

Ogniu krocz ze mną
— Beatrycze Nowicka

Trzy miasta i trzej magowie – część druga
— Beatrycze Nowicka

Uciekający czarnoksiężnik 3
— Anna Kańtoch

Zemsta w rytmie miasta
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.