Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Mortka
‹Wojna runów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWojna runów
Data wydania1 grudnia 2004
Autor
Wydawca RUNA
CyklTrylogia Nordycka
ISBN83-89595-13-3
Format416s. 125×185mm
Cena28,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Wojna runów

Esensja.pl
Esensja.pl
Marcin Mortka
1 2 »
Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Marcina Mortki „Wojna runów”. Ksiązka ukaże się 1 grudnia nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.

Marcin Mortka

Wojna runów

Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Marcina Mortki „Wojna runów”. Ksiązka ukaże się 1 grudnia nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.

Marcin Mortka
‹Wojna runów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWojna runów
Data wydania1 grudnia 2004
Autor
Wydawca RUNA
CyklTrylogia Nordycka
ISBN83-89595-13-3
Format416s. 125×185mm
Cena28,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Klęcząca na śniegu Kriss drżała.
Świat wokół niej milczał. Koronami ośnieżonych świerków nie poruszał najlżejszy powiew wiatru, a jedynym słyszalnym odgłosem był szloch dziewczyny, cichy i zduszony. Nawet teraz, zrozpaczona i przerażona do granic, bała się płakać głośno, by nie naruszyć pradawnej ciszy Bezimiennej Doliny. Bała się gniewu wielkiego jesionu.
Góry szybko zlewały się z mrokiem nadchodzącego wieczoru. W oczach zapłakanej Kriss naraz wydały się zwalistymi sylwetkami olbrzymów, obojętnych na drobną, bezsilną istotę, kajającą się z pokorą przed ogromnym drzewem. Przeniosła wzrok na jesion, teraz groźny, milczący, ciemniejący wraz z górskim lasem. Odeszła gdzieś światłość, którą promieniował jeszcze chwilę temu. Bezimienna Dolina ponownie stawała się zwykłą doliną.
Wizja jednakże nadal tkwiła wśród jej myśli i Kriss wiedziała, że długo nie odejdzie.
Nie usłyszała kroków za swymi plecami, mimo że mężczyzna wcale nie starał się iść cicho – gdy tylko dostrzegł skuloną sylwetkę, puścił się biegiem. U jego boku sadził susami wielki, muskularny wilk.
– Kriss! – krzyknął przybysz.
Spod opadłego kaptura ukazała się poważna twarz bez zarostu i oczy pełne przerażenia.
– Kriss! – wyszeptał, pomagając dziewczynie usiąść. Z trudem uniosła głowę i spojrzała na niego z półprzytomnym, gorzkim uśmiechem. Wilk polizał policzek Kriss i położył łeb na jej kolanach.
– Wiedziałam, że za mną idziesz… – wyszeptała. – Sverre, ja znów widziałam…
Człowiek nazwany Sverre zacisnął zęby. Wściekłość walczyła w nim o lepsze z ulgą.
– Kriss, jesteś szalona! – wycedził. – Dlaczego przychodzisz tu sama? Przecież wiesz… Wiesz, że te twoje… Te wizje potrafią osłabić ciało, a w górach…
– Dlaczego jestem tu sama? – Uśmiechnęła się blado, nie otwierając oczu. – Sverre, rozejrzyj się! Przecież nikt już nie pozostał!
– Jestem ja, jest Skygge. – Jego dłoń zmierzwiła sierść na wilczym łbie. – Jest też Gunnar, są inni. Kriss, nie możesz…
– Gdzie są inni? – zapytała sennie dziewczyna. – Gdzie? Wyrzekli się swego dziedzictwa, zapomnieli o swych korzeniach, porzucili nas… Żyją z dala od świata legend. Są teraz zwykłymi ludźmi, mają zwykłe problemy… To dobry wybór, lepiej zrobili od tych, którzy… Którzy poszli za Czarnym Złem.
– Jak Ragnar. – Sverre zacisnął zęby. – Wciąż nie mogę uwierzyć w jego zdradę!
Wilk targnął łbem, a w żółtych oczach błysnęła nienawiść. Chrapliwe, złowrogie szczeknięcie, niczym ostrzeżenie, poniosło się echem nad koronami drzew.
– Wierzysz w to, że powrócą ci, którzy nas zdradzili? – zapytał mężczyzna. – Że powrócą wraz z Czarnym Złem?
– Wiara nie ma tu nic do rzeczy… Ja właśnie to widziałam, Sverre. Oni wrócą, silni, zjednoczeni. Wybiją nas, zabiorą Bezimienną Dolinę. Okiełznają Króla Gór.
Spojrzenie Sverrego mimowolnie skierowało się ku czarnemu, rozłożystemu drzewu pośrodku polany. Zapadał już zmrok i konary nikły stopniowo w ciemnościach, lecz jego ogrom wciąż budził nabożny szacunek. Mężczyzna podświadomie pochylił głowę.
– Została nas garstka… – Kriss płakała. – Ledwie paru…
– Co… – Sverre się zawahał. – Co tym razem powiedział ci Król Gór?
– Nie wiem. – Znów zamknęła oczy, pozwalając łzom sunąć po brudnych policzkach. – Nie rozumiem wszystkiego… Powiedział mi, że niedługo nasze ziemie zaroją się od ludzi, których jedynym zadaniem będzie zabijać. Wśród nich wszakże znajdzie się trzech, których przeznaczenie skieruje ku Bezimiennej Dolinie. Jednego przywiedzie chciwość, drugiego nienawiść, a trzeciego… W sercu trzeciego nie znajdziesz zła, choć będzie on usynowiony przez śmierć. On bowiem poznał dobrze jej tajemnice i kaprysy, lepiej od kogokolwiek z żyjących. On położy kres naszym wahaniom i cierpieniom, Sverre. On położy kres wszystkiemu.
• • •
Reflektor na duńskim brzegu raz jeszcze zamigotał natarczywie, domagając się odpowiedzi. Wojtek sapnął i przeklął go w myślach.
– Ciągle to samo – mruknął ktoś za jego plecami. – What ship i what ship. Mógłby chociaż…
– Cisza na mostku – półgłosem odezwał się dowódca, komandor podporucznik Eugeniusz Wilczak. – Kurs bez zmian.
Narzekanie ucichło natychmiast i na mostku zapadła absolutna niemal cisza, przerywana jedynie mruknięciami oficera nawigacyjnego i cichymi komendami dowódcy. Wojtek przetarł oczy, zmęczone od wpatrywania się w mrok nad cieśniną Sund. Za nic w świecie nie chciał być teraz w skórze obserwatorów na pomoście bojowym, których zadaniem było lokalizowanie pław i latarniowców. Ziewnął szeroko, rad, że nikt go nie widzi. Na okręcie wprowadzono bowiem całkowite zaciemnienie, jedynie nad stanowiskiem nawigacyjnym i radiowym paliły się lampy, a pojedyncze czerwone światło pozycyjne idącej przed nimi „Błyskawicy” niemalże nikło w mroku.
Podporucznik Wojciech Śnieżewski, drugi oficer artyleryjski niszczyciela ORP „Grom”, czuł ogarniającą go senność. Był wysokim, szczupłym człowiekiem o gładkiej twarzy, niemalże bez śladów zarostu. Krótkie, jasne włosy czesał na bok, co wraz z wiecznie zaróżowionymi policzkami i ciemnoniebieskimi oczyma nadawało mu wygląd cherubinka, człowieka, który nigdy nie wydorośleje. Jego ruchy były jednak oszczędne i pewne, a cała sylwetka emanowała energią i witalnością.
A przynajmniej tak było, gdy mógł się w jakikolwiek sposób wykazać. W tej chwili czuł się bowiem całkiem niepotrzebny.
Nie na wiele mógł pomóc zespołowi nawigacyjnemu, który prowadził okręt wśród mielizn płytkiego Sundu. Był w końcu oficerem artyleryjskim i do niego należało kierowanie ogniem dział, na co jednakże wciąż było za wcześnie. Choć nawet najwięksi optymiści dawno stracili nadzieję na uniknięcie konfliktu z Niemcami, oficjalne wypowiedzenie wojny jeszcze nie nastąpiło. Polskie okręty wciąż nie miały prawa do otwarcia ognia.
Przeklęty pech, zaklął bezgłośnie. Ledwie kilka godzin temu minęli dywizjon okrętów na kontrkursie. Niszczyciele, może lekkie krążowniki, nikt nie wątpił, że to Niemcy. Sunęli nieśpiesznie, w szyku liniowym, nieświadomi, że skryci w mroku Polacy odprowadzają ich lufami dział i wyrzutni torpedowych.
A może płynęli do Zatoki Gdańskiej? Może mieli rozkaz, by o świcie otworzyć ogień na Hel, Jastarnię czy Gdynię?
Boże, co my tu robimy, westchnął z rozpaczą, przymykając oczy. Z trudem przegonił z myśli wciąż uparcie migotające światło duńskiego reflektora i wsłuchał się w odgłosy okrętu. Pokład drżał lekko pod jego stopami, wprawiony w wibracje mocą potężnych motorów, a woda szumiała wzdłuż burt. Ktoś zaklął, podając poprawiony odczyt, ktoś z trzaskiem skrzesał ognia i zapalił papierosa. Choć cichy i zaciemniony, okręt żył własnym życiem.
Wspaniały, szary smok, uśmiechnął się gorzko w duchu Wojtek. Wspaniały i potężny, lecz skrępowany niewidzialnymi linami rozkazów.
Od zawsze nazywał „Groma” smokiem, choć nikomu się do tego nie przyznał, by nie uznano go za niepoprawnego marzyciela. Wiedział, że baśniowe określenia nie przystoją dorosłemu człowiekowi, a tym bardziej oficerowi okrętu wojennego, lecz z własną fantazją nawet nie próbował walczyć. Smoki, czarownice i zaklęte góry były najdroższą pamiątką z dzieciństwa, w którym pełno było opowieści, najpierw przekazywanych przez ojca, a później czytanych samodzielnie.
Nagle stanął mu przed oczyma beztroski obrazek z lat dziecięcych. Było słoneczne przedpołudnie, gdy ojciec zabrał go na spacer po krakowskich Plantach. Szli wolnym krokiem ludzi cieszących się życiem, opowiadali sobie zabawne historie i raz za razem wybuchali śmiechem. Mały Wojtek trzymał w jednej rączce ogromnego lizaka, a drugą ściskał dłoń ojca, co chwila wznosząc ku niemu główkę.
– Naprawdę tak było, tato? – pytał z niedowierzaniem, a ojciec śmiał się do rozpuku.
Ojciec… Tak dobrze pamiętał jego cierpliwą, zadumaną twarz i brodę, która zawsze drapała, gdy przychodził pocałować syna na dobranoc. Pamiętał grube okulary w rogowej oprawce, poplamione atramentem palce i wiecznie zmierzwione włosy. Pamiętał gabinet pełen książek, zadumę na jego twarzy, gdy oglądał stare zdjęcia rodzinne, i przerażenie, gdy syn w wieku osiemnastu lat oznajmił, że chce wstąpić do wojska.
A może to właśnie jemu zawdzięczam ten pomysł, pomyślał po raz setny. Może to jego opowieści o dawnych bohaterach i tryumfalnych zwycięstwach wyrobiły w duszy chłopca pragnienie zostania żołnierzem, czemu jako młodzieniec oprzeć się już nie umiał? Przecież nie było w nim ani śladu wojowniczości. Choć był dzieckiem żywym i zadziornym, zawsze unikał bójek czy śmielszych psot. Niejednokrotnie wściekał się na siebie, wyrzucając sobie w myślach od tchórzy i łajdaków bez honoru, ale fakt pozostawał faktem. Od walki stronił zawsze.
A teraz dowodzę artylerią na najnowocześniejszym polskim okręcie. Ojciec by się za głowę chwycił.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Czarowna wojenna przygoda
— Eryk Remiezowicz

Tegoż twórcy

Mała Esensja: Powrót trudny w dwójnasób
— Wojciech Gołąbowski

Mała Esensja: Zdziwniej i zdziwniej
— Wojciech Gołąbowski

Mała Esensja: Perypetie szkolne i ogrodowe
— Marcin Mroziuk

Krótko o książkach: Miasteczko Nonstead
— Jarosław Loretz

Ahoj marynarzu!
— Magdalena Kubasiewicz

Ostrze przeznaczenia
— Beatrycze Nowicka

Grzechot kości
— Beatrycze Nowicka

Wpadnij do wikingów
— Eryk Remiezowicz

Nie będzie Wiking pluł nam w twarz
— Michał Foerster

Ponure spojrzenie pirackiej papugi
— Ewa Pawelec

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.