Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Kathleen Ann Goonan
‹Jazz Miasta Królowej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJazz Miasta Królowej
Tytuł oryginalnyQueen City Jazz
Data wydania14 grudnia 2004
Autor
PrzekładPiotr Budkiewicz
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN83-7298-688-6
Format520s. 125×183mm
Cena35,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 36,97 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Jazz Miasta Królowej

Esensja.pl
Esensja.pl
Kathleen Ann Goonan
1 2 3 8 »
Prezentujemy fragment objętej patronatem Esensji powieści Kathleen Ann Goonan „Jazz Miasta Królowej”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Kathleen Ann Goonan

Jazz Miasta Królowej

Prezentujemy fragment objętej patronatem Esensji powieści Kathleen Ann Goonan „Jazz Miasta Królowej”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Kathleen Ann Goonan
‹Jazz Miasta Królowej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJazz Miasta Królowej
Tytuł oryginalnyQueen City Jazz
Data wydania14 grudnia 2004
Autor
PrzekładPiotr Budkiewicz
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN83-7298-688-6
Format520s. 125×183mm
Cena35,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 36,97 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dla Josepha

Dziękuję moim czytelnikom: Steve’owi Brownowi, który wierzył w tę książkę i wybrał imię Verity, oraz Wandzie Collins, Sage Walker, Pam Noles i Beverly Suarez-Beard. Ponadto składam podziękowania Virginii Kidd, której zapał pomógł mi dokończyć pracę, oraz Davidowi Hartwellowi, którego uwagi okazały się nieocenione.
Szczególnie gorąco dziękuję mężowi, Josephowi Michaelowi Mansy’emu, za wsparcie, słowa zachęty i pomoc naukową, także Tomowi Goonanowi za liczne sugestie o charakterze historycznym i technicznym, Johnowi Cramerowi za pomysł, który nadał sens książce, Amy Roberts, za pomoc duchową, i wreszcie Irmie, Mary i Susie Goonan.
Podczas pracy nad książką towarzyszyło mi wspomnienie po Russellu i Verze Goonan, a także Clarensie i Evie Knott – oraz ich domach rodzinnych – podobnie jak pamięć o Stevie Hibberdzie.

Osobliwe przyszłości pozostają niezgłębione, kryjąc światy dla nas niewyobrażalne.
Eric Drexler, „Engines of Creation”

W Nowym Orleanie – gdyby można było dotrzeć do Nowego Orleanu – muzyka nigdy nie bywa zbyt głośna.
Annie Dillard, „An American Childhood”

1
To dar
Niekiedy rozpościerają ręce, a potem biegną – lasami – przez pola, pokonują płoty, bagna, wszystko…
Ludzie zwani szejkerami

Jeden
Prawdziwa prostota
John był błękitny, jednolity jak odległe, niebieskie światło na niszczejących torach kolei Maglev. Mimo zakazu Evangeline, Verity i Cairo powędrowały nią któregoś wiosennego dnia, kiedy Verity miała zaledwie dziesięć lat. Teraz wpatrywała się w światło z zadumą, myśląc o Johnie. Jak wyjaśnił, kolej wciąż otrzymywała tajny sygnał, zaprogramowany w jej procesorach i aktywowany przez moc skupioną w bateriach słonecznych.
Verity zsunęła słomkowy kapelusz na ramiona i teraz zwisał na sznurku wokół jej szyi. Przez dłuższy czas patrzyła na światło, aż wreszcie Cairo, jej suka, kilka razy okazała niepokój, wysyłając obraz domu. W odległości ośmiu kilometrów od rzeki Great Miami, na niskim wzgórzu, dobrze widocznym na tle błyszczącej zieleni morza soi i kukurydzy, wznosił się biały, prosty dom o konstrukcji szkieletowej. Pismo zezwalało na użytkowanie energii słonecznej, pod warunkiem, że nie była ona Ożywiona, dlatego mieli na dachu kilka starych ogniw, które John sprowadził z odległego Columbusa.
W dzieciństwie Verity wybrała się w drogę z Johnem, kusząc konia obrazami owsa, chociaż John twierdził, że zwierzę szło ze strachu przed jego batem. Puste, zdezaktywowane Miasto głośno ich zganiło za odłączenie ogniw. Verity była przestraszona, ale zafascynowana. Błagała, aby wracali, lecz John bał się jeszcze bardziej od niej, a zresztą droga trwała kilka dni. Z Columbusa wywieźli tylko jeden ładunek przedmiotów. Cincinnati leżało bliżej, lecz wciąż jeszcze żyło, a Pismo kategorycznie zabraniało kontaktu z Ożywionym Miastem. John niechętnie odnosił się do pomysłu podróży do Dayton, chociaż leżało ono w odległości zaledwie szesnastu kilometrów od Wzgórza Szejkerów.
Kiedy ludzie byli kolorami, Sare przybierała barwę żółtą niczym ciepła, złota kasza kukurydziana, świeżo zmielona w młynie nad Bear Creek, albo słońce, które dopiero co wstało nad polami i lasami zachodniego Ohio. Evangeline, bliźniaczka Sare, była twarda i zielona jak szmaragdowy pierścionek na prawej dłoni Verity. Obydwie miały około czterdziestki.
Blaze, dziewiętnastolatek, był nieujarzmiony niczym pomarańczowy, jesienny zachód słońca, widziany przez czarne gałęzie opustoszałego sadu tuż przed nadejściem burzy. Również ów dźwięk był nieodłączną cechą tego młodego człowieka: gwałtowny szum gałęzi, poruszanych wiatrem z równin na zachodzie, który mroził niebo nagłym chłodem. Verity uwielbiała zmiany pogody, a także jej podobieństwo do ludzi. Kiedyś podłączyła się do jednego ze starych programów pogodowych i przez kilka godzin w przyspieszonym tempie przeglądała wieloletnie zapisy układów burzowych, aż w końcu John gwałtownie otworzył drzwi do zaciemnionej na wieczór biblioteki i zerwał połączenie. W nieprzyjemnych słowach poinformował Verity, że może czytać wszystko, co zechce, ale od tego ma się trzymać z daleka i nie musi nic więcej wiedzieć. Wpadła w złość. Wyjaśniła Johnowi, że pogoda jest niesłychanie ważna dla rolników, na co on odparł, że ta pogoda ma już sto lat i przez ten czas dużo się wydarzyło.
Mimo to później często kryła się w kącie biblioteki i ponownie podłączała. Russ twierdził, że to nie szkodzi. Wszystko w bibliotece było przeznaczone dla nich. John nie był szefem, tylko tak mu się niekiedy wydawało. Drobnych guzków za jej uszami – tam się podłączała – nie odkryto do chwili, kiedy została oczyszczona, zweryfikowana i wywieziona z Edgetown, nieopodal Cincinnati. Miała wówczas prawdopodobnie trzy lata.
Sare opowiedziała Verity, w jaki sposób natrafiła na guzki. Stało się to już drugiego dnia jej pobytu z nimi. Sare plotła jej warkocze, kiedy małym palcem wymacała narośl po prawej stronie głowy.
– Zadrżałam – wspominała. – Potem odgarnęłam ci włosy, żeby lepiej zobaczyć. Nie należę do mięczaków, ale wtedy o mało nie zemdlałam.
Verity została zweryfikowana jako wolna od zarazy, a test wykonał Certyfikator, starzec z Edgetown. Dziewczyna nie pamiętała badania, lecz najprawdopodobniej zabrano ją do małego, czarnego budynku, a po pewnym czasie wyprowadzono. Szejkerzy nie mieli pojęcia, co się działo w budynku, ale głęboko ufali starcowi, który był przyjacielem ich od dawna nieżyjącej siostry. Chociaż Verity okazała się wolna od zarazy, guzki świadczyły o jej nienormalności, a przyczyny i skutki tej anomalii były szejkerom całkowicie nieznane, dlatego też należało się ich obawiać.
Niezwłocznie zwołali zebranie. Verity mogła sobie wyobrazić, jakie kłótnie wówczas wybuchły, lecz już obdarzono ją uczuciem i, rzecz jasna, zatrzymano, pomimo nieznanego niebezpieczeństwa.
Od czasu, gdy szejkerzy zaakceptowali Verity na Wzgórzu Szejkerów, nie ośmielili się powrócić do Edgetown, chociaż zmarły dwie starsze i czterech starszych, których należało zastąpić. Nigdy o tym nie mówili, lecz Verity wiedziała, że to wszystko przez nią. Guzki za jej uszami świadczyły o przeprowadzeniu jakichś manipulacji, mogących w nieznany sposób zainfekować szejkerów, a nawet doprowadzić ich do śmierci. Wzięli na siebie odpowiedzialność za Verity, lecz strach przed nieznanym powstrzymał ich przed powrotem do Edgetown po inne dzieci. Społeczność zmalała, choć jeszcze dwadzieścia lat wcześniej kwitła. Liczyła wtedy pięćdziesięciu braci, w większości starców. Ostatni z nich zmarli, kiedy Verity była dzieckiem.
Jak dotąd, przez wszystkie lata, Verity nie spowodowała jednak żadnego zagrożenia. Wydawała się całkiem normalna. Czuła, że ma szczęście, iż znalazła się na Wzgórzu Szejkerów. Tak jej powiedziano i wierzyła w to. Jej dni i noce stały się elementem większego cyklu życia szejkerów, związanego z ziemią i polegającego na oszczędnym gospodarowaniu i korzystaniu tylko z tego, co niezbędne. Szejkerzy po śmierci szli do nieba, ogromnie przypominającego Ohio: wszystko było uporządkowane i wypełnione żywym światłem. Verity dość często czuła, że wszyscy przez nie przechodzą, zwłaszcza wieczorem, kiedy przygotowywali kolację, a czasami przy zwózce siana. Większość szejkerów nie przepadała za Cairo. Kilka lat wcześniej suka wyszła z krzaków, merdając ogonem, i została psem Verity. Były nierozłączne.
Reszta rodziny Verity skrywała się w prywatnych pomieszczeniach, w których żyli bracia i siostry. Otaczały ją życzliwe twarze, przyjazne ramiona, głosy, które karciły lub częściej łagodnie poprawiały i instruowały, zżyta i zorganizowana społeczość, czuwająca nad nią. Dopiero gdy Verity skończyła szesnaście lat, wzięła udział w żniwach pszenżyta: samodzielnie, bo tamtego dnia Tai Tai źle się czuła.
Verity od dzieciństwa nie widziała Kwiatów, lecz często za nimi tęskniła. W takich chwilach szybciej oddychała i kłuło ją w klatce piersiowej, a w jej umyśle tworzyła się wizja, coraz bardziej natarczywa, niczym światło dnia. Z trudem mogła uwierzyć, że Pszczoły są niemal wielkości ludzi – o ile, rzecz jasna, w ogóle istniały – lecz w dniu żniw, gdy miała szesnaście lat, odkryła, że to prawda.
Plecy bolały ją od schylania się z kosą. Jej rower leżał pół kilometra dalej, na szczycie wysokiego brzegu równiny zalewowej, na której pracowała. Przerdzewiały, niebieski pojazd połyskiwał w słońcu. Oliwkowozielona rzeka Great Miami, ograniczona stromizną na końcu pola, migotała na całej powierzchni. Każdej wiosny wylewała, nawożąc ziemię, do której w rezultacie warto było jechać kwadrans rowerem. Po drugiej stronie rzeki rozpościerały się ruiny małego, starego miasteczka Miamisburg. Wywołana trzęsieniem ziemi powódź zmiotła większość domów. W rzece spoczywało kilka splątanych elementów zawalonego, żelaznego mostu.
Verity zwolniła tempo pracy, gdy jej ciało wyczuło obce wibracje, zanim jeszcze dotarły one do jej uszu. Cairo, odpoczywająca w chłodnej gęstwinie na skraju pola, uniosła się i zaskowytała.
Verity odwróciła głowę, osłoniła oczy dłonią i dostrzegła na tle słońca małą, czarną plamkę, która stopniowo rosła.
1 2 3 8 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Droga bez powrotu

Na rubieżach rzeczywistości:

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ot, ładne obrazki
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.