Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Kathleen Ann Goonan
‹Jazz Miasta Królowej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJazz Miasta Królowej
Tytuł oryginalnyQueen City Jazz
Data wydania14 grudnia 2004
Autor
PrzekładPiotr Budkiewicz
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN83-7298-688-6
Format520s. 125×183mm
Cena35,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Jazz Miasta Królowej

Esensja.pl
Esensja.pl
Kathleen Ann Goonan
« 1 2 3 4 8 »

Kathleen Ann Goonan

Jazz Miasta Królowej

Podążała wzdłuż koryta rzeki.
Pszczoła.
Verity wpatrywała się w nią tak intensywnie, że oczy zaczęły ją szczypać od zalewającego je potu. Stała siedem metrów od stromego wzgórza nad rzeką. Chciała biec, ukryć się, lecz nie mogła oderwać nóg od ziemi. Jej serce skurczyło się ze strachu, kiedy stopniowo uświadamiała sobie wielkość owada.
Verity drżała od brzęczenia, kiedy Pszczoła zwolniła i unosiła się w pobliżu, nad głównym nurtem rzeki, jakieś dziesięć metrów nad powierzchnią wody. Dziewczyna poczuła podmuch wiatru, wzbudzany przez skrzydła, które wydawały jednocześnie głośny, przyjemny i wibrujący dźwięk. Miała wrażenie, że siła tego odgłosu unosi ją w powietrze.
Jasnozłote i brązowe pasy na tułowiu Pszczoły połyskiwały w świetle słońca. Inne części ciała owada były czarne i lśniące. Wpatrzone w Verity oczy skojarzyły się jej z sercem rudbekii. W powietrzu wibrowały wizje, wymieniane przez Pszczołę i Verity. Cairo skoczyła na równe nogi, szczekając.
Verity ujrzała twarz mężczyzny, oderwaną od tułowia i nierozpoznawalną. Ociekała krwią. Fragmenty mózgu wymieszały się z żółtawymi odpryskami kości. Jedyne oko wpatrywało się martwo w przestrzeń. Verity ogarnęła zgroza, lecz nie mogła odwrócić wzroku.
W umyśle dziewczyny pojawił się obraz martwej kobiety w białym pokoju. Jej bladą twarz oblewały strumienie pulsujących, zielonych i niebieskich świateł. Verity czuła głęboki ból i niewytłumaczalne poczucie winy.
W następnej chwili stała na krawędzi głębokiej przepaści, otoczonej wysokimi budynkami. Daleko w dole płynęły rzeki światła. Po drugiej stronie otchłani w nocnym wietrze unosiła się niewiarygodnie wielka tęcza, wypełniając Verity radością. Nagle zapadł mrok. Verity nie miała wątpliwości, że ciemności już nigdy nie ustąpią.
Ocknęła się, słysząc własny, bolesny krzyk. Znowu zaczynała normalnie widzieć. Ujrzała pole, rzekę, niebo.
Oraz Pszczołę.
Wibrujące skrzydła stworzenia wzbudzały wiatr, który zwiewał włosy z jej twarzy. Od razu uświadomiła sobie, że dotarły do niej obrazy z Cincinnati, lecz nie pojmowała, dlaczego pojawiły się w jej umyśle, co oznaczały i dlaczego sprawiły jej ból.
Nagle zrozumiała, co się za chwilę stanie.
– Nie! – wrzasnęła, gdy Pszczoła wzbiła się wysoko w błękitne niebo i błyskawicznie zanurkowała, z głośnym pluskiem wpadając w rzekę Great Miami.
Verity popędziła do urwiska. Ostre zarośla boleśnie kaleczyły jej nagie ramiona i darły ubranie, gdy częściowo zbiegała, częściowo zsuwała się w dół, wzbijając kurz i kaszląc.
Skoczyła do rzeki, która porwała ją z sobą. Czuła strach: zwykle pływali w górze rzeki, w bezpiecznej zatoczce. Nie zdarzało się im kąpać w głównym nurcie.
Pszczoła wpadła w wir w odległości pięćdziesięciu metrów w dół rzeki. Obracała się powoli, a jej cienkie nogi sterczały nad powierzchnią wody. Verity uświadomiła sobie, że owad jest martwy. Zginął od uderzenia w taflę wody lub się utopił – nie wiedziała, co spowodowało śmierć, lecz ogarnął ją smutek.
Przez chwilę młóciła nogami, walcząc z mroczną falą krwi, wypełniającą jej umysł. Otaczał ją chłodny, czysty nurt, zastanawiała się, jak by to było zanurzyć się głęboko i nigdy nie wypłynąć, tkwić blisko dna, wykonując mocne ruchy, nie wynurzać się na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza, tylko odetchnąć wspaniałą, zimną, zieloną wodą.
Ostatnia myśl Pszczoły ją opuściła. Zadrżała.
Odzyskała świadomość, słysząc szaleńcze szczekanie Cairo. Unosiła się na wodzie, kierując się ku Cincinnati.
Gwałtownie odepchnęła się nogami i obróciła ku filarowi starego mostu kolei Maglev. Następnie zdyszana wygramoliła się na brzeg. Utykała w śliskim mule, a Cairo tańczyła wokół niej, liżąc ją po twarzy, wysyłając obraz, który ją rozbawił: pustą miskę.
Uściskała psa i głęboko odetchnęła jego zapachem. Rozgrzana, krótka sierść o czarnej barwie drapała ją lekko w nagie ramiona. Cairo delikatnie zacisnęła pysk na przedramieniu Verity i zwolniła uścisk, pozostawiając drobne, białe ślady zębów na skórze swojej pani.
Verity wstała. Czekała ją długa wędrówka z powrotem na pole, a przed zapadnięciem zmroku musiała jeszcze skosić prawie cztery ary zboża.
W tamtej chwili, gdy wyżymała koszulę, wydarzył się drugi cud w dniu, który później nazwała dniem cudów, chociaż były one mroczne, osobliwe i niepokojące. Z Pisma wiedziała jednak, czym jest cud: czymś niezrozumiałym, przerażającym, czymś, co wskazuje kierunek i jaśnieje w mroku nocy niczym kamień radiowy.
Usłyszała cichy śpiew. Nie zapadł jeszcze zmrok, kończył się najgorętszy okres lata, było upalnie i bezwietrznie, wręcz duszno. Właśnie dlatego usłyszała tratwiarzy, nie tyle słowa, ile melodię, wznoszącą się i opadającą.
Stała na brzegu, ociekając wodą, zdyszana, gdy wyłonili się zza zakrętu, za którym leżało Dayton: dobre Miasto do zdobywania takich przedmiotów, jak słoiki na przetwory, a także bezpieczne, bo nigdy nie było Ożywione. Niemniej John i tak się go lękał.
Doliczyła się dziesięciu. Wszyscy stali, patrząc przed siebie: Norleańczycy. Musieli oddalić się od Starej Ohio w pobliżu Steubenville, na trasie do Wirginii Zachodniej. Około sześćdziesięciu lat temu podczas trzęsienia ziemi otworzyło się stare łożysko Ohio, które niegdyś, pod koniec ostatniego zlodowacenia, znajdowało się na południe od lodowca. Część rzeki ponownie wypełniła dawne koryto i zasiliła Great Miami. Tak przynajmniej twierdził Blaze. Jego zdaniem Stara Ohio wciąż toczyła wody blisko powierzchni, pod farmą, i dlatego ich studnia miała głębokość zaledwie trzech metrów, a żwir w Bear Creek był krągły, gładki i składał się z kamieni morenowych, obrobionych przez lodowiec.
John oświadczył, że trzęsienie ziemi, które nastąpiło przed jego urodzinami, było jednym ze Znaków.
Tratwiarze rzadko jednak obierali tę drogę – a przynajmniej nie przepływali tędy wtajemniczeni. Trasa była znacznie bardziej niebezpieczna, świeże klify osypywały się do rzeki, nie brakowało tu wysp. Większość podróżnych wpadała zwykle na mieliznę na długo, zanim udało się im dotrzeć w dół nowego odgałęzienia.
Verity wpatrywała się w górę rzeki, obserwując nadpływającą tratwę. Na środku pokładu stał szałas – wszystkie tratwy miały takie schronienie, jedno lub więcej w zależności od rozmiaru.
U rumpla stała wysoka kobieta. Nagle pochyliła się nad drążkiem. Może to ona krzyczała i łkała.
Verity nawet nie drgnęła, wiedząc, że na jej oczach rozgrywa się coś ważnego. Nigdy nie widziała tratwiarzy, kiedy była sama. Wcześniej zdarzyło się to tylko dwukrotnie, gdy obok stał Blaze. Odciągnął ją wtedy i mruknął szorstko, że nie powinna tego oglądać, a w ogóle to muszą trzymać się z dala od zarażonych.
Jeden z podróżnych – Verity uznała, że kobieta – osunął się na pokład. Sterniczka puściła drążek i potrząsnęła leżącą, lecz upiorny śpiew nie ustał. Stojąca z krzykiem kilka razy brutalnie kopnęła towarzyszkę, przesuwając ją ku burcie, a na koniec zepchnęła ją z tratwy. Ofiara zniknęła pod powierzchnią wody. Tratwa wpadła w wir i obróciła się, Verity zaś obejrzała podobną scenę jeszcze raz, kiedy drugie ciało z głuchym pluskiem lądowało w toni. Kobieta przenikliwie krzyknęła, a ludzie, którzy pozostali na pokładzie, zaśpiewali radośnie.
Cairo położyła uszy po sobie i popędziła w górę rzeki, jakby w oddali dostrzegła lisa.
Słońce stało wysoko niczym ogromna kula czystego, stłumionego dźwięku, rozbrzmiewającego echem w Verity, kiedy, tuż za mostem, dostrzegła trzecie ciało spychane do wody.

– Nie nosiłaś dzisiaj kapelusza – zauważyła Evangeline, kiedy wyczerpana Verity otworzyła prowadzące do domu siatkowe drzwi i puściła je, aby się za nią zatrzasnęły. Evangeline wierzchem dłoni dotknęła policzka Verity, po czym odsunęła rękę. – Poparzyłaś się, a twoja jasna cera tego nie znosi. Masz już za sobą trzy poparzenia, a jeszcze nie skończyłaś siedemnastu lat. Uważaj na siebie, dziewczyno! – Pokręciła głową, wracając do wbijania jaj do miski stojącej na blacie. Verity miała nadzieję, że to na placek.
Podłączyła się kiedyś do starej książki farmakologicznej i dowiedziała się, że w poprzednim stuleciu dramatycznie wzrosła zachorowalność na raka skóry, a przyczyną tego zjawiska był krótkotrwały rozbłysk na Słońcu, który doprowadził także do zerwania komunikacji radiowej. Wiedziała też, że istnieją lekarstwa na tę chorobę – miały one coś wspólnego z genami – których szejkerzy nie mogli stosować ze względu na zakaz w Piśmie. Tak czy owak, Evangeline przesadzała z troską o Verity.
– Przepraszam – mruknęła, nie wspominając o Pszczole ani o tratwiarzach, swoich osobistych cudach. Być może zachowała się samolubnie. Szejkerzy wymyśliliby jakiś sposób na ich zniknięcie. Może dzięki nim przestałaby je uważać za cuda, a może i oni uwierzyliby i zareagowali strachem albo złością.
Wieczorne słońce zalewało zachodnie okna, a utkane przez Blaze’a zasłony – w drobne, turkusowe trójkąty i różowe paski – jaśniały w dużej jadalni, wybrzuszając się pod wpływem podmuchów wiatru, leniwego niczym łagodny oddech żółwia.
« 1 2 3 4 8 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ot, ładne obrazki
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.