Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Kathleen Ann Goonan
‹Jazz Miasta Królowej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJazz Miasta Królowej
Tytuł oryginalnyQueen City Jazz
Data wydania14 grudnia 2004
Autor
PrzekładPiotr Budkiewicz
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN83-7298-688-6
Format520s. 125×183mm
Cena35,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Jazz Miasta Królowej

Esensja.pl
Esensja.pl
Kathleen Ann Goonan
« 1 2 3 4 5 6 8 »

Kathleen Ann Goonan

Jazz Miasta Królowej

– To nie musi się wiązać z reprodukcją – poinformował któregoś dnia Verity, gdy była mała i towarzyszyła mu podczas przycinania jabłoni. Praca dziewczynki polegała na bieganiu pod drzewami i zbieraniu chrustu na opał. – Te tchórzliwe istoty tego się jednak obawiają. Nie winię ich za to. Istnieją pewne niebezpieczeństwa, nie przeczę. Może po prostu mi się poszczęściło. Nigdy nie wiadomo, jakie będą tego konsekwencje, o nie, ha! Czasem stado smoków albo kobieta tak inteligentna, że niech się słońce schowa. Jak Tai Tai. Nie w tym rzecz, że to coś złego, ale Tai Tai chyba tak uważa. Biedactwo. Albo ludzie, którzy widzą pewne rzeczy inaczej. To jest problem. Teraz wszystkie geny są tak dziwnie przemieszane, że ludzie po prostu boją się tego, co im się może przytrafić. Przynajmniej ci ludzie. – Westchnął, ściął gałązkę i mówił dalej, jakby do siebie: – Tak czy owak, na pewno udaje im się kontrolować przyrost ludności. Verity, kiedy będziesz starsza, pamiętaj, że nie musisz tutaj mieszkać do końca życia. Ludzie tu są najlepsi na świecie, ale z pewnością nie jedyni, a jak na ciebie patrzę, to myślę, że taka dziewczyna chciałaby wiedzieć więcej niż inni.
Verity długo myślała o smokach, aż w końcu spytała o nie Ev.
– Nie słuchaj wszystkiego, co gada ten niemądry starzec – usłyszała w odpowiedzi.
Kiedy więc Russ opowiedział jej o Pszczołach, uznała jego słowa za jeszcze jedną bajkę, chociaż chyba wszyscy szejkerzy wierzyli, że Pszczoły naprawdę istnieją. Dla Verity była to jednak zwykła bujda, podobnie jak smoki.
Aż do teraz.
Wieczorem, podczas sprzątania ze stołu, wszyscy zachowywali się tak, jakby trafili do nieba. Krążyli po kuchni, wykonując harmonijne ruchy jak w tańcu. Blaze siedział przy swoich cymbałach („Usiłujesz znowu wymigać się od pracy?” – spytał Russ) i grał jakąś melodię z głowy. Potem zagrał coś Bacha, a wreszcie pieśń tratwiarzy. Sare nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby nie to, że nie podobała się jej treść utworu.
Mam ja mulicę imieniem Sal
Na piętnastej mili kanału Erie,
Ciężko pracuje, gdy ciągnie mnie w dal,
Na piętnastej mili kanału Erie.
Rzecz jasna, zagrał tę melodię tylko dlatego, że wszyscy znajdowali się w pobliżu. Blaze mrugnął do Verity, zamyślonej nad słowami piosenki i przerażającymi zdarzeniami, których była świadkiem w ciągu dnia. Nie miała pojęcia, czemu nikomu o nich nie powiedziała.
Pewnego wiosennego dnia Blaze zabrał trzynastoletnią Verity w okolice Miamisburga, aby pokazać jej stare koryto kanału.
– Ma dwieście lat – poinformował dziewczynę. – Patrz. – Ukląkł i wydobył jakiś lepki, czarny i kruchy przedmiot. – Asfalt. Kiedyś było tu także małe lotnisko. Wiesz, że bracia Wright mieszkali w Dayton? Jeden z prapraprapradziadków Russa – wszystko jedno, który – należał do ich klientów. Mieli sklep z rowerami. Myślę, że ta linia kolejowa wówczas funkcjonowała. Cztery środki transportu dostępne były równolegle.
– Skąd to wszystko wiesz? – spytała, wpatrując się w płytkie zagłębienie. – Wygląda jak zwykły rów. Ledwie go widać. W dodatku jest dość płytki.
– Nie musiał być głęboki – upierał się Blaze. – Nawet nie mógł. Kopanie rowów należało do męczących zajęć. Wtedy ludzie nie mieli zbyt wielu maszyn, podobnie jak teraz. Zresztą dna łodzi były płaskie. Muły ciągnęły barki. Możesz o tym poczytać w książce historycznej w bibliotece.
Blaze utrzymywał, że stare tory kolei parowej przebiegają przez południowo-wschodni róg domu. Twierdził też, że widywał pociąg widmo, który nie zatrzymywał się na wezwanie. Verity szwendała się po okolicy, aby odnaleźć ślady szyn, lecz nic nie znalazła. Blaze miał bzika na punkcie pociągów. Kiedy miasta uczuliły się na siebie, przecinające Amerykę Północną tunele Maglev wysadzono, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Mimo to Blaze bezustannie usiłował dociec, czy pociągi kiedykolwiek wyjeżdżały w Dayton na powierzchnię ziemi, a jeśli tak, to gdzie.
– Pokaż mi książkę i zaznacz stronę, na której jest mowa o kanale – zażądała Verity. Najlepszym rozwiązaniem było sprawdzenie źródeł informacji Blaze’a. Wskoczyła do rowu, który nazywał korytem kanału, i wylądowała na wysokiej, suchej trawie. Tupnęła głośno, aby odstraszyć węże, mogące się czaić w pobliżu. Niekiedy przyłapywała go na zmyślaniu, ale gdy była młodsza, wierzyła w każde jego słowo i teraz było jej głupio. Często opowiadał o stacji kolejowej w Cincinnati, choć było to niedorzecznością.
– Może i tak zrobię, Demonie – zaperzył się, złapał ją za chude ręce i mocno ścisnął. Wpatrywał się w jej źrenice zielonymi oczami, które nie mrugały. Potem rzucił się pędem przed siebie. – Ścigamy się do domu! – krzyknął, a jego głos śmiesznie się załamał. Rzecz jasna, wygrał. Darami Blaze’a były: baseball, muzyka, opieka nad trzema końmi do orki i pięcioma wspaniałymi, szybkimi wierzchowcami, a także bardzo szybki bieg. To mnóstwo darów, zważywszy, że Verity dysponowała tylko jednym: darem tańca.
Wytarła naczynia i wyjrzała przez okno nad zlewem, przyglądając się nocnemu niebu, zroszonemu gwiazdami nowego wieczoru, łagodnymi w odróżnieniu od intensywnych i jasnych gwiazd zimowej nocy. Wszyscy już skończyli swoje zajęcia i przygotowywali pokój do wieczornej medytacji. Russ oświadczył, że ze względu na Ożywienie w Cincinnati całą tą męczącą robotą zajmowała się nano.
– Ale nigdy nie wiadomo, jak będzie później – dodał z uśmiechem i mrugnął, jakby wszyscy najbardziej się bali tego, że zrobi następny dowcip. Kiedyś wsiadł do pociągu Maglev i zapuścił się aż do Denver. Stało się to w najlepszym okresie końca Lat Kwiatów. Księga Blaze’a pełna była opowieści Russa, nabazgranych tak niewyraźnie, że Verity nie mogła ich odczytać.
A jej księga?
Wytarła ostatnie naczynie i odłożyła je na półkę. Oczyściła blat i wsunęła drucianą suszarkę pod zlew. Wszystko wysprzątała. Zgasiła światło i na moment pogrążyła się w ciemności, nasłuchując nocnych dźwięków zza otwartego okna. Sad szumiał na łagodnym wietrze, śpiewały umierające świerszcze. Zastanawiała się nad tym, co teraz wpisać do księgi.
Oczywiście Pszczołę fruwającą jej nad głową, lecz jak mogła opisać sposób, w jaki owad mierzył ją dziwnymi i cudownymi oczami?
Jej księga pełna była rysunków, na których trudno było przedstawić pewne rzeczy, lecz – być może – łatwiej zaprezentować inne. Zawsze się na tym kończyło. Na rysunkach. Czasami zastanawiała się: dlaczego? Czemu nie używała słów, jak Blaze, albo liczb, jak Sare i Tai Tai?
Rozległa się muzyka. Blaze zagrał kilka nut na organach i zaczęli śpiewać:
Z Matczynej miłości poczęta,
Nim światy zaistniały,
Jest Alfą i Omegą,
Jest źródłem i finałem.
Z rzeczy, które są i były
Ujrzy przyszłe lata
Na zawsze. Na zawsze.
Verity odwiesiła ręcznik i przyłączyła się w drugim wersie.
Po odśpiewaniu hymnu siedzieli cicho i nieruchomo na ławach w sali zebrań.
Verity czuła, jak przenika ją wielkie błogosławieństwo, rozkwita w niej niczym świetlisty pąk, który czerpie doskonałość z powietrza i oddaje ją natychmiast jej ciału, aby tam zbierało się wewnątrz kości, skoncentrowane, promienne, i gna wyżej, przez kręgosłup, by wreszcie rozwiać się gdzieś nad jej głową.
Verity zadrżała, lecz nie zwróciła na to uwagi. Opuściła głowę tak, że jej włosy otarły się o policzki. Drżała tak przez mniej więcej pięć minut, aż wreszcie tkwiące w niej światło nasiliło się i rozgrzało. Wiedziała, że gdyby otworzyła oczy, wszystko byłoby skąpane w jasności, a jeśli spojrzałaby na twarze osób wokół siebie, miałaby wrażenie, że zdarzało się to już miliony razy.
Światło pociągnęło ją za sobą na środek podłogi, wyprostowaną, lecz gibką. Czuła narastający w niej Taniec, który w pewnej chwili ją porwał.
Zawirowała, jakby jechała na łyżwach po Bear Creek. Obróciła się i nagle zamarła, wyciągnęła przed siebie ręce, spodem dłoni do góry, i zaczęła tańczyć, raz za razem wykonując skomplikowane kroki.
Z oddali usłyszała, że Blaze ponownie gra. Melodia brzęczała w jej uszach niczym rój pszczół, a potem wybuchła jak jaskrawe kwiaty. Uświadomiła sobie, że inni przyłączają się do niej, kolejno, jeden po drugim. Otworzyła oczy i przypatrywała się, jak wszyscy się rozpraszają i grupują, kręcą, wirują i w końcu nieruchomieją w jednej chwili, zupełnie jakby przedtem ćwiczyli. Ten Taniec, manifestacja jej daru, był jednak inny.
Tego samego wieczoru zapisała nowy Taniec w swojej księdze, jak zwykle za pomocą kół, iksów i strzałek. Składał się on z pięciu części, łatwych do zapamiętania. Mogła go przekazać innym, żeby dodali go do własnych zbiorów. Właściwie nie było to konieczne, lecz tego chciała.
Przekonali się, że są zgodni co do jej Tańców. Niekiedy podczas zebrania ktoś wstawał i tańczył kilka kroków, a inni, dobrze pamiętając układ, przyłączali się i przez pewien czas tworzyli coś niezwykłego. Taniec stanowił istotny element rytuałów starych szejkerów, lecz przed przybyciem Verity nowi szejkerzy korzystali wyłącznie z dawnych rysunków i opisów.
Zamknęła księgę. Dzień okazał się bardzo dobry. Najpierw cuda, potem dostała dar. Czy mogła pragnąć czegoś więcej?
Przebrała się na noc i zgasiła światło. Położyła się przy otwartym oknie, a potem sięgnęła pod poduszkę i dotknęła kamienia radiowego.
Tej nocy działał.
« 1 2 3 4 5 6 8 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym

W podziemnym kręgu:

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym
— Marcin Knyszyński

Bulwar Zachodzącego Słońca 2
— Marcin Knyszyński

Borat Dzong-Un z pasem szahida
— Marcin Knyszyński

Rozkład i rozkładówka
— Marcin Knyszyński

Nowoczesny mit
— Marcin Knyszyński

Horror rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Osaczona
— Marcin Knyszyński

Pan życia i śmierci
— Marcin Knyszyński

Jezus na miarę naszych czasów
— Marcin Knyszyński

Imitacje
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ot, ładne obrazki
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.