Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 kwietnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

John Brunner
‹Na fali szoku›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNa fali szoku
Tytuł oryginalnyShockwave Rider
Data wydania9 września 2015
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski
Wydawca MAG
SeriaArtefakty
ISBN978-83-7480-558-2
Format288s. oprawa twarda
Cena35,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Na fali szoku

Esensja.pl
Esensja.pl
John Brunner
1 2 »
Prezentujemy fragment powieści Johna Brunnera „Na fali szoku”. Książka ukazała sie dzisiaj nakładem wydawnictwa MAG w serii „Artefakty”.

John Brunner

Na fali szoku

Prezentujemy fragment powieści Johna Brunnera „Na fali szoku”. Książka ukazała sie dzisiaj nakładem wydawnictwa MAG w serii „Artefakty”.

John Brunner
‹Na fali szoku›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNa fali szoku
Tytuł oryginalnyShockwave Rider
Data wydania9 września 2015
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski
Wydawca MAG
SeriaArtefakty
ISBN978-83-7480-558-2
Format288s. oprawa twarda
Cena35,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Księga pierwsza
Podstawy radzenia sobie ze stresem
MYŚL NA DZIŚ
Ustąp im o włos, a zamienią twoje życie w piekło.

TRYB TRYWIALIZACJI DANYCH
Mężczyzna siedzący na krześle z nagiej stali również był nagi, podobnie jak białe ściany pokoju. Jego ciało i głowę całkowicie wygolono, pozostawiając jedynie rzęsy. Maleńkie kawałki taśmy klejącej utrzymywały na miejscu czujniki ulokowane w kilkunastu punktach na skórze czaszki, na skroniach blisko kącików oczu, po obu stronach ust, na gardle, nad sercem, nad splotem słonecznym i nad każdym ważniejszym zwojem nerwowym, aż po kostki.
Od każdego czujnika odchodził cienki jak nić pajęcza przewód wiodący do jedynego – poza stalowym krzesłem oraz dwoma innymi, miękko wyściełanymi – obiektu składającego się na umeblowanie pokoju. Była to konsola analizy danych, szeroka na metr, a wysoka na pół metra. Na jej pochyłym blacie umieszczono liczne ekrany i światła sygnalne, dobrze widoczne z jednego z wyściełanych krzeseł.
Dodatkowo, na sterczących z oparcia stalowego krzesła wysuwanych prętach rozmieszczono mikrofony oraz trójwymiarową kamerę.
Mężczyzna z ogoloną głową nie był w pokoju sam. Towarzyszyły mu trzy inne osoby: młoda kobieta w gładkim białym kombinezonie, sprawdzająca lokalizację czujników; chudy, czarny mężczyzna w modnym, ciemnoczerwonym trzyczęściowym garniturze, mający na piersi plakietkę ze zdjęciem oraz nazwiskiem Paul T. Freeman; oraz biały mężczyzna masywnej budowy, w wieku około pięćdziesięciu lat. Miał granatowy garnitur, a plakietka informowała, że nazywa się Ralph C. Hartz.
Hartz kontemplował ten widok przez dłuższy czas, nim wreszcie się odezwał.
– A więc to jest cwaniaczek, który osiągnął więcej niż pozostali, zrobił to szybciej i wytrzymał dłużej – odezwał się wreszcie.
– Haflinger faktycznie dokonał imponujących osiągnąć – przyznał łagodnym tonem Freeman. – Widział pan jego akta?
– Oczywiście. Dlatego tu jestem. To może być atawistyczne pragnienie, ale miałem ochotę zobaczyć na własne oczy faceta, który zaprezentował tak zdumiewające bogactwo nowych osobowości. Chyba łatwiej byłoby zapytać, czym się nie zajmował. Projektant utopii, doradca stylu życia, delficki hazardzista, konsultant do spraw sabotażu komputerowego, racjonalizator systemów i Bóg wie co jeszcze.
– A także kapłan – dodał Freeman. – Dzisiaj przejdziemy do tej dziedziny. Na uwagę zasługuje jednak nie liczba różnych zawodów, którymi się parał, ale kontrast między kolejnymi wersjami jego osobowości.
– Z pewnością należało oczekiwać, że będzie się starał możliwie jak najskuteczniej zatrzeć za sobą ślady?
– Nie w tym rzecz. Fakt, że wymykał się nam tak długo, świadczy, że nauczył się żyć z odruchową reakcją na przeciążenie, a nawet panować nad nią do pewnego stopnia, za pomocą dostępnych w handlu uspokajaczy, które ludzie tacy jak pan czy ja mogliby przyjmować na przykład dla złagodzenia szoku związanego z przeprowadzką. W dodatku nie mógł ich brać zbyt wiele.
– Hmm… – zastanowił się Hartz. – Ma pan rację, to zdumiewające. Czy jesteście gotowi rozpocząć dzisiejsze testy? Nie mogę spędzić w Tarnover zbyt wiele czasu.
– Tak, proszę pana, wszystko jest przygotowane – odparła, nie podnosząc wzroku, dziewczyna w kombinezonie ze sztucznego tworzywa, po czym ruszyła ku drzwiom. Freeman wskazał krzesło Hartzowi i gość na nim usiadł.
– Czy dajecie mu zastrzyki albo coś w tym rodzaju? – zapytał z powątpiewaniem. – Sprawia wrażenie głęboko uspokojonego.
– Nie, to nie jest kwestia medykamentów – odparł Freeman, sadowiąc się wygodnie na swoim krześle naprzeciwko konsoli. – Oddziałujemy prądem na ośrodki ruchu. No wie pan, to jedna z naszych specjalności. Wystarczy przesunąć ten przełącznik, a obiekt odzyska świadomość, choć rzecz jasna nie zdolność chodzenia. W wystarczającym stopniu, by mógł udzielać szczegółowych odpowiedzi. Swoją drogą, zanim go uruchomię, powinienem w skrócie zrelacjonować ostatnie wydarzenia. Wczoraj przerwałem w chwili, gdy natrafiłem na coś, co wyglądało na szczególnie mocno obciążony obraz. Dlatego cofnę go do tej samej daty i znowu zaprezentuję tę wizję. Zobaczymy, co się stanie.
– Co to był za obraz?
– Dziewczynka w wieku około dziesięciu lat uciekająca co sił w nogach przez ciemność.

DLA CELÓW IDENTYFIKACJI
Aktualnie nazywam się Arthur Edward Lazarus. Z zawodu jestem duchownym, mam czterdzieści sześć lat i żyję w celibacie. Jestem założycielem i właścicielem Kościoła Nieskończonej Intuicji. Budynek jest skonwertowanym (skuteczna konwersja to z pewnością najlepszy sposób na założenie Kościoła) kinem samochodowym w pobliżu Toledo w stanie Ohio. Stał pusty przez wiele lat, nie dlatego, że ludzie nie oglądają już filmów – nadal się je kręci, ponieważ zawsze są chętni na szerokooekranowe porno tego typu, które sprawia, że trójwymiarowy przekaz pirackich satelitów w mgnieniu oka zamienia się w śnieżenie – ale dlatego, że znajduje się na spornych ziemiach między terytorium protestanckiego szczepu Billykingów a Graalowcami, którzy są katolikami. Nikt nie chce, żeby wyszczepowano jego nieruchomość. Szczepy jednak z reguły szanują kościoły, a terytorium najbliższej muzułmańskiej grupy, Dzieci Dżihadu, znajduje się dziesięć mil dalej na zachód.
Rzecz jasna, mój kod zaczyna się od 4GH. Już od sześciu lat.
Notatka dla przyszłych osobowości: sprawdźcie, czy nastąpiła jakaś zmiana w statusie 4GH, a zwłaszcza, czy wprowadzono coś lepszego… takie komplikacje należy śledzić z najwyższą uwagą.

MAHER‑SHALAL‑HASH‑BAZ
Biegła, oślepiona smutkiem, pod niebem pyszniącym się tysiącem dodatkowych gwiazd. Każda z nich poruszała się po firmamencie szybciej niż minutowa wskazówka. Powietrze czerwcowej nocy drażniło jej gardło, bolały ją wszystkie mięśnie nóg, brzucha, a nawet rąk, lecz mimo to nadal pędziła tak szybko, jak tylko mogła. Było tak gorąco, że łzy cieknące jej z oczu natychmiast wysychały.
Czasami biegła po mniej więcej równej drodze, nieremontowanej od lat, lecz nadal nadającej się do użytku, w innych zaś chwilach przez rumowisko, być może pozostałe po fabrykach, których właściciele przenieśli działalność na orbitę, albo po domach mieszkalnych wyszczepowanych podczas jakiś dawnych zamieszek.
W ciemności przed nią majaczyły latarnie oraz oświetlone bilbordy przy autostradzie. Trzy znaki reklamowały kościół i oferowały darmowe delfickie doradztwo zarejestrowanym członkom kongregacji.
Rozejrzała się szaleńczo, zamrugała, by odzyskać jasność widzenia, i ujrzała monstrualną, wielobarwną kopułę, wyglądającą jak lampion wykonany z nadymki rozdętej tak bardzo, że zrobiła się większa od wieloryba.

• • •
Śledzący ją z dyskretnej odległości mężczyzna w elektrycznym samochodzie, kierujący się lokalizatorem ukrytym w papierowym fartuchu, który był wszystkim, co miała na sobie poza sandałami, stłumił ziewnięcie. Miał nadzieję, że tej akurat niedzieli pościg nie okaże się szczególnie długi ani nudny.

ZYSKI NA MAŁYCH W BRZUCHU WIELKIEJ RYBY
Wielebny Lazarus nie tylko odprawiał w kościele nabożeństwa, lecz również w nim mieszkał. Jego domem była przyczepa parkingowa stojąca za kosmoramicznym ołtarzem – dawnym ekranem kinowym o wysokości dwudziestu metrów. Jak inaczej ktoś o powołaniu duchownego mógłby sobie zapewnić tak wiele prywatności i tak dużo miejsca?
Otoczony nieustannym szumem sprężarki nadmuchującej wielobarwną plastikową kopułę – trzysta na dwieście metrów szerokości i dziewięćdziesiąt wysokości – siedział sam za biurkiem w przednim przedziale przyczepy, który był jego maleńkim biurem, i liczył zyski z dzisiejszych datków. Czuł się zaniepokojony. Jego układ z coleyową grupą zapewniającą muzykę podczas nabożeństw opierał się na procencie od zysków, musiał jednak zagwarantować im tysiaka, a frekwencja spadała, odkąd kościół utracił wabik nowości. Dzisiaj zjawiło się zaledwie około siedmiuset osób. Kiedy wracali autostradą, nawet nie spowodowali korka.
Co więcej, po raz pierwszy od chwili założenia Kościoła przed dziewięcioma miesiącami, w datkach było więcej kuponów niż gotówki. Obrót tej ostatniej nie był już zbyt wielki – przynajmniej na tym kontynencie – pomijając strefy dotowanej rezygnacji, gdzie ludzie otrzymywali federalne dofinansowanie w zamian za obywanie się bez niektórych co kosztowniejszych dwudziestopierwszowiecznych gadżetów. Jednakże otwieranie połączenia z kredytowanymi federalnymi komputerami w niedzielę, gdy miały oficjalny dzień przestoju, wymagało dopłaty wykraczającej poza możliwości większości Kościołów, w tym również tego, którym kierował Lazarus. Dlatego wierni z reguły pamiętali o tym, by przynieść monety, banknoty albo książeczki z kuponami, które otrzymywali przy zapisie do kongregacji.
Kłopot z tymi kuponami – Lazarusa nauczyło tego smutne doświadczenie – polegał na tym, że gdy jutro odeśle je do banku, połowa wróci ze stemplem „nieważne”. Na im większą sumę opiewały, tym bardziej było to prawdopodobne. Niektóre mogły pochodzić od ludzi, którzy narobili już tak wiele bezsensownych ­długów, że komputery zabroniły im wydawania pieniędzy na wszystko poza towarami niezbędnymi do życia; każdy nowy Kościół z zasady przyciągał liczne ofiary szoku. Niektóre mogły jednak zostać unieważnione dopiero potem, na skutek rodzinnej kłótni.
– Skredytowałeś mu ile? Mój Boże, co ja zrobiłam, żeby zasłużyć na takiego pacana? Masz natychmiast unieważnić te kupony!
Niemniej niektórzy ludzie wykazali się nieświadomą hojnością. Zebrał stosik ponad pięćdziesięciu miedzianych dolarów, wartych trzysta dla każdej firmy elektronicznej, ponieważ rudy z plane­toid były ubogie w dobre przewodniki elektryczności. Sprzedawanie gotówki na złom było nielegalne, ale wszyscy to robili, zapewniając, że na strychu kupionego od nieznajomych domu znaleźli stare rondle albo wykopali na podwórku bezużyteczne kable.
Na publicznych tablicach delfickich wysoką pozycję zajmowała obecnie przepowiednia, że następne dolary będą plastikowe, a ich trwałość wyniesie rok, góra dwa lata. No cóż, im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej stają się biodegradowalne…
Wsypał pieniądze do wytapiarki, nie licząc ich, ponieważ ważny był jedynie ciężar sztaby, którą w ten sposób uzyska. Potem zajął się drugim zadaniem, które musiał wykonać, nim zakończy pracę – analizą delfickich formularzy wypełnionych dziś przez członków kongregacji. Było ich znacznie mniej niż w kwietniu. Wtedy spodziewałby się tysiąca czterystu albo tysiąca pięciuset, dziś zaś otrzymał zaledwie połowę tej liczby. Niemniej nawet siedemset formularzy plus garść opinii to było znacznie więcej niż mogła zgromadzić większość indywidualnych osób, zwłaszcza jeśli dopadła je ostra depresja albo jakiś inny kryzys związany ze stylem życia.
Z definicji wszyscy członkowie jego kongregacji byli ofiarami kryzysów związanych ze stylem życia.
Formularze były zestawami prostych zdań przedstawiających w streszczeniu jakiś problem natury osobistej. Pod wszystkimi z nich umieszczono wolną przestrzeń, na której każdy płacący członek kongregacji powinien zaproponować jego rozwiązanie. Dziś na formularzach umieszczono dziewięć pozycji, co było smutnym kontrastem w porównaniu z pięknymi dniami wiosny, gdy był zmuszony kontynuować formularz na drugiej stronie. Z pewnością rozeszły się już wieści, mówiące: „Dzisiaj kazał nam wydelfować dziewięć zadań, więc w następną niedzielę będziemy…?”.
Jak się nazywa przeciwieństwo kuli śniegowej? Kula odwilżowa?
Choć jego wybujałe nadzieje spełzły na niczym, był zdeterminowany nadal robić swoje. Był to winien samemu sobie, tym, którzy regularnie uczestniczyli w jego nabożeństwach, a nade wszystko tym, których szczere krzyki bólu dziś podsłuchał.
Punkt A na liście zlekceważył. Wymyślił ten problem jako atrakcyjną przynętę. Skandal tego rodzaju z pewnością mógł sprawić, że media w końcu przyciągną uwagę ludzi. Przynęta była niejasną nadzieją, że pewnego dnia, już wkrótce, zauważą jakiegoś newsa i będą mogli powiedzieć sobie nawzajem: „Hej, ten kawałek o dziobaku, którego zastrzelili za dobieranie się do własnej córki. Pamiętasz, jak kalkulowaliśmy to w kościele?
Więź z dniem wczorajszym, słaba, ale cenna.
Przeczytał z ironią to, co wykombinował: Jestem czternastoletnią dziewczyną. Mój ojciec jest ciągle pijany i próbuje się do mnie podłączyć, ale marnuje tyle kredytu na gorzałę, że nie starcza dla mnie na opłatę, kiedy wychodzę, i skonfiskowali mój…
Odpowiedzi były nudne i przewidywalne. Dziewczyna powinna się zwrócić do sądu z wnioskiem o uznanie za pełnoletnią; albo natychmiast powiedzieć o wszystkim matce; albo donieść anonimowo na ojca; albo postarać się, by zablokowano mu kredyt; albo zwiać z domu i zamieszkać w noclegowni dla nastolatów… i tak dalej.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

„Sen bowiem jest istnością też…”

Na rubieżach rzeczywistości:

„Sen bowiem jest istnością też…”
— Marcin Knyszyński

Imperium wcale się nie rozpadło
— Marcin Knyszyński

Lęk i odraza w Kalifornii
— Marcin Knyszyński

Las oblany słonecznym blaskiem
— Marcin Knyszyński

Dick jak Dickens
— Marcin Knyszyński

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Głupie owieczki i ekologia
— Dominika Cirocka

Cudzego nie znacie: Krótki przegląd książek
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.