Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Brandon Sanderson
‹Elantris›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułElantris
Tytuł oryginalnyElantris
Data wydania14 września 2016
Autor
PrzekładAnna Studniarek
Wydawca MAG
CyklElantris, Cosmere
ISBN978-83-7480-667-1
Format784s. oprawa twarda
Cena49,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Elantris

Esensja.pl
Esensja.pl
Brandon Sanderson
« 1 2 3 »

Brandon Sanderson

Elantris

Smród był niemal obezwładniający. Wszechobecny szlam pachniał stęchlizną i zgnilizną, jak rozkładające się grzyby. Odór tak rozproszył Raodena, że niemal nadepnął na powykręcanego starca kulącego się pod murem budynku. Mężczyzna jęknął żałośnie i wyciągnął chudą rękę. Raoden spojrzał w dół i poczuł nagły chłód. „Starzec” mógł mieć najwyżej szesnaście lat. Jego pokryta warstwą brudu skóra była ciemna i poplamiona, ale twarz należała do dziecka, nie mężczyzny. Raoden wbrew własnej woli zrobił krok do tyłu.
Chłopiec, jakby zorientował się, że zaraz straci okazję, wyciągnął rękę do przodu z nagłą siłą zrodzoną z desperacji.
– Jedzenie? – wymamrotał, ukazując resztki zębów. – Proszę?
Po chwili opuścił rękę i osunął się na zimną kamienną ścianę. Wzrokiem jednak wciąż śledził Raodena. Smutne, pełne bólu oczy. Raoden widywał żebraków w uboższych dzielnicach miasta i pewnie wiele razy został oszukany. Ten chłopiec jednak nie udawał.
Raoden wyciągnął bochenek chleba z koszyka z ofiarą i podał go chłopcu. Niedowierzanie malujące się na jego twarzy było w jakiś sposób bardziej niepokojące niż rozpacz, którą zastąpiło. Ten stwór już dawno porzucił nadzieję, pewnie żebrał raczej z przyzwyczajenia niż dlatego, że na coś liczył.
Raoden odwrócił się plecami do chłopca i ruszył dalej wąską uliczką. Miał nadzieję, że miasto stanie się mniej koszmarne, gdy opuści główny plac – sądził, że być może warstwa brudu wynikała ze stosunkowo częstego użytkowania tych okolic. Mylił się – uliczkę pokrywała równie gruba warstwa szlamu, a może nawet grubsza.
Z tyłu dobiegł go stłumiony łoskot. Odwrócił się zaskoczony. W wejściu do bocznej uliczki stała grupka ciemnych postaci, otaczająca jakiś przedmiot na ziemi. Żebraka. Raoden przyglądał się z drżeniem, jak pięciu mężczyzn pożera bochenek chleba, ignorując żałosne krzyki okradzionego. W końcu jeden z nich – najwyraźniej zirytowany – opuścił prowizoryczną pałkę na kark chłopca. Trzask odbił się echem w wąskiej uliczce.
Mężczyźni zjedli chleb i odwrócili się, by spojrzeć na Raodena, który zrobił niepewny krok do tyłu. Najwyraźniej zbyt szybko założył, że nikt go nie śledzi. Pięciu mężczyzn powoli ruszyło do przodu, a Raoden zerwał się do biegu.
Zza jego pleców dochodziły odgłosy pościgu. Raoden uciekał w przerażeniu – jako książę nigdy wcześniej nie był do tego zmuszony. Biegł jak oszalały, spodziewając się, że wkrótce zabraknie mu tchu i poczuje kłucie w boku, jak to się zwykle działo, gdy zbytnio się wysilił. Nic takiego się nie stało. Po prostu zaczął się czuć potwornie zmęczony, tak słaby, że wiedział, iż wkrótce padnie na ziemię. Uczucie było straszne, jakby powoli opuszczało go życie.
Raoden w desperacji rzucił za siebie koszyk. Niezręczny ruch wytrącił go z równowagi, a niezauważone wcześniej pęknięcie chodnika sprawiło, że zatoczył się do przodu i uderzył w masę butwiejącego drewna. Drewno – które niegdyś mogło być stertą skrzyń – załamało się, łagodząc jego upadek.
Usiadł szybko, rozrzucając dookoła kawałki pulpy. Napastnicy jednak przestali zwracać na niego uwagę. Pięciu mężczyzn kucało w szlamie, zbierając rozrzucone warzywa i ziarno z kamienia i ciemnych kałuż. Raoden poczuł mdłości, kiedy jeden z mężczyzn wsunął palec w pęknięcie, wyciągnął garść czegoś, co było w większości mułem, a nie ziarnem, i wepchnął całość do ust. Po jego brodzie spływała brązowawa ślina, wylewająca się z ust, które przypominały wypełniony błotem kociołek gotujący się na ogniu.
Jeden z mężczyzn zerknął na Raodena. Stwór zawarczał i sięgnął po niemal zapomnianą pałkę. Raoden rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu broni i znalazł kawałek drewna, który był nieco mniej zbutwiały od reszty. Niepewnie chwycił broń, próbując robić wrażenie groźnego.
Zbir się zawahał. Chwilę później jego uwagę przyciągnął dobiegający z tyłu okrzyk radości – jeden z pozostałych znalazł buteleczkę wina. Późniejsza szarpanina najwyraźniej sprawiła, że mężczyźni zupełnie zapomnieli o Raodenie i cała piątka wkrótce zniknęła – czterech goniło tego, który miał na tyle szczęścia lub był na tyle głupi, że uciekł z cennym trunkiem.
Raoden siedział w resztkach drewna i czuł się zupełnie przytłoczony. Tym się właśnie stałeś…
– Wygląda na to, że o tobie zapomnieli, sule – zauważył ktoś.
Raoden podskoczył i spojrzał w stronę, z której dobiegał głos. Na oddalonych o kilka kroków schodach spoczywał mężczyzna, jego łysa głowa odbijała blask porannego słońca. Bez wątpienia był Elantryjczykiem, ale przed przemianą musiał należeć do innej rasy – nie pochodził z Arelonu, jak sam Raoden. Skórę mężczyzny znaczyły charakterystyczne czarne plamy Shaodu, ale pozostałe fragmenty nie były blade, tylko ciemnobrązowe.
Raoden napiął się, przygotowując się na niebezpieczeństwo, ale w tym mężczyźnie nie było ani pierwotnej dzikości, ani niedołężnej słabości, którą Raoden widział w pozostałych. Wysoki i mocnej budowy miał duże dłonie i bystre spojrzenie. Patrzył na Raodena z namysłem.
Raoden odetchnął z ulgą.
– Kimkolwiek jesteś, cieszę się, że cię widzę. Zaczynałem już sądzić, że wszyscy tutaj są albo umierający, albo szaleni.
– Nie możemy być umierający – prychnął mężczyzna. – Już jesteśmy martwi. Kolo?
– Kolo. – Obce słowo brzmiało nieco znajomo, podobnie jak silny akcent mężczyzny. – Nie pochodzisz z Arelonu?
Mężczyzna pokręcił głową.
– Jestem Galladon, pochodzę z suwerennej krainy Duladel, a ostatnio mieszkam w Elantris, kraju szlamu, szaleństwa i wiecznego potępienia. Miło mi cię poznać.
– Duladel? Ale Shaod wpływa jedynie na mieszkańców Arelonu.
Podniósł się i otrzepał z kawałków drewna w różnym stopniu rozkładu, krzywiąc się z bólu stłuczonego palca. Pokrywał go szlam, a smród Elantris unosił się teraz również z niego.
– Mieszkańcy Duladelu są mieszańcami. Tych z Arelonu, Fjordenu, Teodu… znajdziesz tam wszystkich. Ja…
Raoden zaklął cicho, przerywając mu.
Galladon uniósł brew.
– Co się stało, sule? Drzazga w niewłaściwym miejscu? Przypuszczam, że żadne miejsce nie jest właściwe.
– Chodzi o mój palec u nogi! – Raoden ruszył niepewnym krokiem po kamieniach. – Coś z nim nie tak. Stłukłem go, kiedy upadłem, ale ból nie znika.
Galladon pokręcił głową z ponurą miną.
– Witaj w Elantris, sule. Jesteś martwy, więc twoje ciało nie naprawia się tak, jak powinno.
– Co takiego? – Raoden opadł na ziemię obok schodów Galladona.
Palec bolał wciąż tak samo mocno jak w chwili, kiedy go stłukł.
– Każdy ból, sule – szepnął Galladon. – Każde rozcięcie, każde zadrapanie, każdy siniec, każdy ból… pozostaną z tobą do chwili, gdy oszalejesz z udręki. Jak już mówiłem, witaj w Elantris.
– Jak wy to znosicie? – spytał Raoden, masując palec, co wcale nie pomagało. Takie głupie, nieważne stłuczenie, ale czuł, że z trudem powstrzymuje łzy.
– Nie znosimy. Albo jesteśmy bardzo ostrożni, albo kończymy tak, jak ci rulo na placu.
– Na placu… Idos Domi!
Raoden podniósł się i pokuśtykał w stronę placu. Znalazł żebrzącego chłopca w tym samym miejscu, w pobliżu wylotu alejki. Nadal żył… w pewnym sensie.
Oczy chłopca patrzyły tępo w przestrzeń, a źrenice drżały. Jego wargi poruszały się bezgłośnie, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Kark chłopca został zmiażdżony, a wielka rana z boku szyi ukazywała kręgi i tchawicę. Chłopiec próbował bezskutecznie oddychać przez tę masę.
Nagle Raoden stwierdził, że palec wcale go tak strasznie nie boli.
– Idos Domi… – szepnął i odwrócił głowę, czując mdłości.
Wyciągnął rękę i chwycił się ściany domu, by zachować równowagę. Opuścił głowę, próbując nie zwiększyć ilości szlamu na ziemi.
– Niewiele już mu pozostało – powiedział Galladon rzeczowo, kucając obok żebraka.
– Jak… – zaczął mówić Raoden, lecz przerwał, by powstrzymać kolejny atak nudności. Usiadł w błocku i po kilku oddechach dokończył: – Jak długo on będzie tak żył?
– Nadal nie rozumiesz, sule. – W głosie Galladona brzmiał smutek. – On nie jest żywy… nikt z nas nie jest. Dlatego tu jesteśmy. Kolo? Ten chłopiec na zawsze pozostanie w takim stanie. W końcu taka jest typowa długość wiecznego potępienia.
– Nic nie możemy zrobić?
Galladon wzruszył ramionami.
« 1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!

Stulecie Stanisława Lema:

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Miasto upadłych bogów
— Magdalena Kubasiewicz

Asertywna księżniczka i dobro ludu
— Anna Kańtoch

Tegoż twórcy

Są światy inne niż ten
— Magdalena Kubasiewicz

W świecie popiołu i tyranii
— Katarzyna Piekarz

Barwy magii
— Magdalena Kubasiewicz

Raz do Koła: Daleko jeszcze?
— Beatrycze Nowicka

Dokonać niemożliwego
— Katarzyna Piekarz

Nadpisywanie rzeczywistości
— Beatrycze Nowicka

Duże ilości fantasy naraz
— Kamil Armacki

Raz do Koła: Całkiem elegancki splot Ducha
— Beatrycze Nowicka

Esensja czyta: Sierpień 2013
— Kamil Armacki, Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady

Raz do Koła: Koło toczy się dalej
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.