Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

‹Niebezpieczne wizje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiebezpieczne wizje
Tytuł oryginalnyDangerous Visions
Data wydaniagrudzień 2002
PrzekładEwa Wojtczak, Dariusz Wojtczak, Jolanta Pers, Jarosław Cieśla, Agnieszka Jacewicz, Maria Gębicka-Frąc, Ewa Joss-Wichman
RedakcjaHarlan Ellison
Wydawca Solaris
ISBN83-88431-65-X
Format682s. 125x195mm
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Zabawka dla Juliette

Esensja.pl
Esensja.pl
Robert Bloch
1 2 »
Prezentując wydaną przez Solaris antologię „Niebezpieczne wizje” pod redakcją Harlana Ellisona, przedstawiamy jegoż wstęp do zamieszczonego w niej opowiadania Roberta Blocha „Zabawka dla Juliette”, jak i samą treść tegoż krótkiego tekstu. Esensja objęła patronat medialny nad tą publikacją.

Robert Bloch

Zabawka dla Juliette

Prezentując wydaną przez Solaris antologię „Niebezpieczne wizje” pod redakcją Harlana Ellisona, przedstawiamy jegoż wstęp do zamieszczonego w niej opowiadania Roberta Blocha „Zabawka dla Juliette”, jak i samą treść tegoż krótkiego tekstu. Esensja objęła patronat medialny nad tą publikacją.

‹Niebezpieczne wizje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiebezpieczne wizje
Tytuł oryginalnyDangerous Visions
Data wydaniagrudzień 2002
PrzekładEwa Wojtczak, Dariusz Wojtczak, Jolanta Pers, Jarosław Cieśla, Agnieszka Jacewicz, Maria Gębicka-Frąc, Ewa Joss-Wichman
RedakcjaHarlan Ellison
Wydawca Solaris
ISBN83-88431-65-X
Format682s. 125x195mm
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Wprowadzenie do „Zabawki dla Juliette”:
Opowiadanie Zabawka dla Juliette jest wręcz modelowym przykładem literackiego „sprzężenia zwrotnego”. Niedawno pewien redaktor serialu telewizyjnego nadawanego w czasie najlepszej oglądalności pilnie potrzebował scenariusza do nowego odcinka. Zamiast czekać na natchnienie, humor i wolny czas zatrudnionego na umowę zlecenie scenarzysty, usiadł i sam napisał scenariusz, który miał zostać nakręcony w ciągu kilku dni. Gdy skończył, natychmiast wysłał tekst do departamentu prawnego studia. Dla ustalenia praw autorskich i tak dalej… Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do niego wściekły prawnik. Okazało się, że redaktor - który z literaturą fantastyczną stykał się niezwykle rzadko i to wyłącznie poza gruntem zawodowym - niemal scenę po scenie i słowo w słowo (łącznie z tytułem) nieświadomie skopiował bardzo znane opowiadanie z tego gatunku. Kiedy prawnik wytknął mu fakt ewidentnego plagiatu, redaktor zbladł, a po chwili przypomniał sobie, że rzeczywiście czytał ową historię jakieś piętnaście lat wcześniej. Prawa do ekranizacji opowiadania odkupiono pospiesznie od sławnego pisarza fantasy. Muszę w tym miejscu coś dodać: zakładam, iż redaktor nie kłamał, gdy się zaklinał, że podczas pisania scenariusza nie miał bladego pojęcia o istnieniu literackiego pierwowzoru. Wierzę mu, ponieważ tego rodzaju nieświadome plagiaty są na porządku dziennym w pisarskim światku. Jest nieuniknione, że teksty, które czytają autorzy (a czytają ich mnóstwo), w jakiś sposób na nich oddziaływają i często twórcy zapamiętują luźne pomysły, strzępki scen bądź fragmenty charakterystyki bohaterów, które później mimowolnie przenoszą do własnych opowieści - motywy te najczęściej bywają zmodyfikowane i wkomponowane w zupełnie nowe realia, niemniej jednak w sposób bezpośredni zostały zapożyczone z pracy innego pisarza. Żadną miarą nie można tego typu dialogu pomiędzy różnymi utworami nazwać plagiatem, chociaż w moim wywodzie tkwi częściowa odpowiedź na pytanie, które przeróżnej maści idioci zadają nierzadko autorom na przyjęciach: „Skąd pan czerpie inspirację?”.
Poul Anderson przed kilkoma miesiącami przysłał mi kartkę z wyjaśnieniem, że właśnie napisał opowiadanie i już miał je opublikować, kiedy nagle uprzytomnił sobie, że tematyka jego utworu przypomina mu pewną moją historię. Przeczytał ją mniej więcej miesiąc temu podczas zjazdu pisarzy, w którym obaj uczestniczyliśmy. Dodał, że jego opowiadanie jedynie luźno nawiązuje do fabuły mojego tekstu, chciał mnie jednakże uprzedzić o tym podobieństwie, by uniknąć ewentualnych późniejszych zarzutów. Konkluzja listu od Poula była właściwie natury retorycznej. Jestem wprawdzie człowiekiem dość zarozumiałym, lecz nigdy nie posunąłbym się do twierdzenia, iż Poul Anderson musi ode mnie „ściągać” pomysły. I druga, podobna sytuacja - rok temu na Światowym Konwencie Science Fiction w Cleveland przedstawiono mi pewnego znanego niemieckiego fana tego gatunku, Toma Schlücka. (Toma zaproszono gościnnie jako „honorowego fana”, zgodnie z tradycją wymiany członków fandomów, organizowanej przez Transatlantycki Fundusz Fanów.) Tom uścisnął mi dłoń, a po chwili wręczył wydaną w miękkiej oprawie niemiecką książkę science fiction. Początkowo nie rozumiałem powodów otrzymania tego daru, wobec czego mój rozmówca otworzył tomik, który okazał się zbiorem opowiadań napisanych pod pseudonimem przez bardzo znanego niemieckiego miłośnika sf, Waltera Ernstinga. Na stronie przedtytułowej dostrzegłem dedykację: „Dla Harlana Ellisona z podziękowaniem i wyrazami szacunku.” Ciągle niczego nie pojmowałem, więc Tom pokazał mi pierwsze opowiadanie, zatytułowane Die Sonnenbombe. Pod tytułem widniał napis: „Nach einer idee von Harlan Ellison”. Zmarszczyłem brwi, gdyż nadal nie wiedziałem, o co chodzi. Rozpoznałem swoje nazwisko, które wygląda identycznie we wszystkich językach z wyjątkiem rosyjskiego, chińskiego, hebrajskiego czy sanskrytu, nie znałem jednak niemieckiego i obawiam się, że stałem jak baran. Tom wyjaśnił mi w końcu, że zasadnicza idea historii, którą napisałem w 1957 roku (Run for the Stars) zainspirowała Ernstinga do stworzenia opowiadania Die Sonnenbombe. To również było literackie „sprzężenie zwrotne”. Mimo iż dzieliło nas pół świata… Poczułem głębokie wzruszenie i jeszcze coś więcej: potwierdzenie sensowności mojej pracy. Każdy, nawet najmarniejszy pisarz żywi przecież nadzieję, iż jego utwory go przeżyją i będą w jakiś sposób wpływać na innych ludzi. Nie jest to oczywiście podstawowy cel pisarstwa, ale coś w rodzaju sekretnego pragnienia porównywalnego z utajoną motywacją każdego ojca, który płodzi dzieci, by jego nazwisko nie umarło wraz z nim. A wtedy w moich rękach tkwił namacalny dowód, że pomysł wyczarowany przez mój umysł dotarł do innego pisarza i zainspirował jego wyobraźnię do stworzenia nowego tekstu. Uznałem opowiadanie Niemca za najautentyczniejszą z możliwych formę hołdu wobec mojej twórczości. Z pewnością nie był to plagiat, lecz właśnie literackie „sprzężenie zwrotne”. Przykłady podobnego układu „akcja-reakcja” można w świecie pisarskim mnożyć, a niektóre nawet stały się legendą. Bywają tematem seminariów pisarskich, warsztatów, konferencji i nieskończonej wymiany listów między twórcami. Cóż to wszystko ma wspólnego z Robertem Blochem, autorem poniższego opowiadania? Bardzo wiele.
W roku 1943 Robert Bloch opublikował opowiadanie pod tytułem Yours Truly, Jack the Ripper. Przedrukowywano je szereg razy, pojawiało się wielokrotnie w antologiach, przerabiano je na scenariusze radiowe i telewizyjne… i wielokroć podrabiano. Przeczytałem je w roku 1953 i od tej pory tkwiło w mojej głowie. Często też z przyjemnością wspominam jego adaptację sceniczną w Molle Mystery Theater. Akcja owego opowiadania bazowała na pomyśle, że Kuba Rozpruwacz dzięki swoim rytualnym zabójstwom zawarł pokój z bogami mroku i ci pozwolili mu żyć wiecznie. Kuba stał się nieśmiertelny, a Bloch na zimno i metodycznie prześledził szlak późniejszych (w okresie pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat) morderstw dokonanych według podobnego schematu, niemal w każdym większym mieście świata. Myśl, że Kuba Rozpruwacz - którego nigdy nie schwytano - mógłby żyć dalej, przez wszystkie te lata nie opuszczała mojej pamięci i odżyła niespodziewanie, gdy zacząłem przygotowywać tę antologię. Zadzwoniłem więc do Roberta Blocha i zasugerowałem, że skoro Kuba jest nieśmiertelny, może mógłby się pojawić w świecie przyszłości. Wizja osobnika z zamglonej i brudnej ulicy Whitechapel, mroczna postać człowieka zwanego Skórzanym Fartuchem, czającego się w sterylnym i zautomatyzowanym mieście przyszłości, była anachronizmem, który mnie zafascynował. Bobowi Blochowi temat również się spodobał, oświadczył zatem, że natychmiast zabiera się za pisanie. Gdy dostałem jego opowiadanie, bez wahania je kupiłem, gdyż było (przepraszam za wyrażenie) rozkoszne. Tyle że… wizja Kuby Rozpruwacza grasującego w świecie przyszłości nadal tkwiła w moich myślach, stanowiąc prawdziwie niezdrową obsesję. Ostatecznie spytałem Boba, czy nie przeszkodzi mu, jeśli napiszę do tej antologii opowiadanie, którego akcja zaczyna się w momencie, w którym skończyła się w jego opowieści. Nie przeszkadzało mu. Był to kolejny modelowy niemal przypadek literackiego „sprzężenia zwrotnego” i to nawet podwójnego. I - ponownie - najautentyczniejsza forma hołdu. Bloch dosłownie rozpętał twórczy proces w umyśle innego pisarza, czyli u mnie.
Wynikiem tego obustronnego „sprzężenia” jest historia, która znajduje się w antologii tuż za opowiadaniem Roberta Blocha. Bob uprzejmie i łaskawie zgodził się też napisać wstęp do mojego opowiadania, w ramach rewanżu za mój wstęp do jego opowieści. Oba wstępy, opowiadania i posłowia wydają się stopione w jednolitą całość, stanowiąc, wspanialszą niż milion uczonych analiz spod piór literackich krytyków, demonstrację ożywczego przepływu idei, a także twórczych interakcji, jakie czasami zachodzą pomiędzy pisarzami.
Zresztą, zostałem obdarowany przez Roberta Blocha czymś znacznie cenniejszym niż tylko pomysłem na opowiadanie. Po raz pierwszy ujrzałem tego wysokiego, eleganckiego, czarującego mężczyznę o ostrych rysach, w okularach i z papierosem w długiej lufce, przypominającego nieco arystokratycznym sposobem bycia Erica von Stroheima, na Konwencie Science Fiction Środkowego Zachodu w hotelu Beatley’s-on-the-Lake w Bellefontaine, stan Ohio, w 1951 roku. Miałem wtedy niespełna osiemnaście lat, byłem natrętny, niedoświadczony i chciałem wiedzieć wszystko o science fiction. Bloch był już wtedy od wielu lat żywą legendą. Mimo sławy oraz wielu powieści i opowiadań na koncie, zawsze był dostępny dla nawet najbardziej niechlujnie wyglądających fanów, pragnących wyłudzić historyjkę bądź artykuł dla kilku czytelników swojego fanzinu. Oczywiście gratis. Często pełnił na konwentach funkcję mistrza ceremonii, a jego dowcip był równocześnie słodki jak melasa i ostry jak maczeta. Znał wszystkich i wszyscy znali jego. I tu nagle do tego filaru literatury fantastycznej podchodzi nieopierzony mądrala, Ellison.
Nie przypominam sobie dokładnie tej naszej pierwszej rozmowy - zapewne z powodu upływu czasu, a może już w wieku lat trzydziestu trzech lat cierpię na starczą demencję… W każdym razie spotkanie musiało jednak przyciągnąć czyjeś spojrzenie, gdyż ktoś nam zrobił wówczas zdjęcie. Nadal mam odbitkę: jestem na nim napuszony niczym paw w godach, a Bloch patrzy na mnie ze szczególną miną, sugerującą jednocześnie życzliwość, tolerancję, rozbawione zakłopotanie i skrajne przerażenie. Od tej pory mam zaszczyt się mienić przyjacielem Roberta Blocha.
Przytoczę jeszcze jedną krótką anegdotę, zanim pozwolę Blochowi opowiedzieć o własnej karierze i dzieciństwie, a także o naturze przemocy. Gdy przyjechałem do Hollywood w roku 1962, byłem dosłownie bez dolara przy duszy (miałem dziesięć centów, żonę, syna i byliśmy tak spłukani, że jadąc przez Stany sponiewieranym fordem z 1951 roku przez ostatnie trzysta mil jedliśmy tylko kupione na przydrożnej stacji tanie orzechowe pralinki), a Robert Bloch - który sam również nie był rewelacyjnie sytuowany - pożyczył mi pieniądze na wynajęcie mieszkania i jedzenie. Czekał trzy lata na zwrot tej znacznej pożyczki, ani razu mi o niej nie przypominając. Jest jednym z najwspanialszych znanych mi ludzi, co może poświadczyć każdy, kto go spotkał. Z drugiej strony osobowość Blocha stanowi jedną z najbardziej zadziwiających dychotomii naszych czasów, albowiem tak łagodny, zabawny, empatyczny i spokojny człowiek jak Robert, pisze przecież porażająco makabryczne i niesamowite opowiadania, a produkuje je z zatrważającą regularnością. Choć tu przychodzi mi na myśl lament Sturgeona, że odkąd napisał jedno jedyne opowiadanie o gejach, wszyscy podejrzewają go o homoseksualizm. Bloch jako człowiek kompletnie nie pasuje do ponurych wizji, którymi nas raczy, wydaje się wręcz antytezą okropności, jakie przelewa na papier. (Proszę, by czytelnik przypomniał sobie te słowa, gdy przejdzie do mojej opowieści, która znajduje się za opowiadaniem Blocha.)
A teraz oddajmy głos Robertowi, który zarzuci nas wspomnieniami i zarazi dobrym humorem.
– W szkole podstawowej opuściłem sporo lekcji, ponieważ obracałem się w towarzystwie starszych i większych chłopaków, którzy wprowadzali mnie w brutalną dżunglę placu zabaw, wraz z jego sekretną hierarchią i zasadą nieustannego dręczenia słabych przez silnych. Na szczęście dla siebie, nigdy nie stałem się ofiarą ani też kompensującym agresją poczucie własnej niższości katem. W pewnym momencie za to odkryłem, że potrafię skłonić moich towarzyszy do grania w rozmaite, skomplikowane gry, dzięki którym spalaliśmy nadmiar chłopięcej energii. Kopaliśmy na przykład rowy na tylnym dziedzińcu i bawiliśmy się w wojnę lub „zmienialiśmy” otwarty ganek frontowy w pokład statku pirackiego, zaś schwytane ofiary musiały przejść po kładce (to znaczy po blacie stołu z jadalni) i skakać do oceanu, czyli na frontowy trawnik. Zauważyłem wszakże, iż te zabawy nie skupiają zainteresowania moich towarzyszy równie mocno jak gry stanowiące surogat przemocy. A po latach, gdy dojrzeliśmy do brutalnych, lecz niemal powszechnie czczonych dyscyplin sportowych, takich jak boks, zapasy, futbol czy inne aprobowane przez dorosłych zastępcze formy prawdziwej walki, wycofałem się w świat literatury, rysunku, dramatu i estetycznych rozkoszy teatru oraz filmu.
– Kiedy byłem ośmiolatkiem, okropnie mnie przeraziła niema wersja Upiora w operze, jednak równocześnie zafascynowało mnie kino i potęga sugestii tego świata iluzji. Zacząłem dużo czytać na temat przemocy w sztuce. W wieku lat piętnastu zacząłem korespondować z pisarzem fantasy, H.P. Lovecraftem, a ten zachęcił mnie do pisania. W szkole średniej odkryłem, że umiem rozśmieszać widownię, a później sobie uświadomiłem, że potrafię skłonić ludzi także do innych emocji.
– Jako siedemnastolatek sprzedałem swoje pierwsze opowiadanie do czasopisma „Weird Tales” i tak odnalazłem życiowe powołanie. Od tej pory opublikowałem z górą czterysta opowiadań, artykułów i krótkich powieści. Redagowałem kolumny literackie w czasopismach, wznowienia moich tekstów ukazały się w blisko stu antologiach w kraju i za granicą. Wydano dotąd dwadzieścia pięć moich książek: powieści i zbiorów opowiadań. W dodatku jako murzyn pisałem przemówienia i przeróżne artykuły dla polityków, a pewien okres życia przepracowałem w agencji reklamowej, tworząc teksty na każdy niemal temat. Dokonałem adaptacji trzydziestu dziewięciu moich własnych opowiadań na potrzeby radiowych słuchowisk, zaś w ostatnich latach skupiłem się głównie na scenariuszach dla telewizji i kina.
– Na początku spełniałem się niemal wyłącznie na polu fantasy, gdzie element przemocy jest otwarcie i wyraźnie produktem wyobraźni. Później jednak, będąc świadkiem masowej przemocy na niespotykaną dotąd skalę w trakcie drugiej wojny światowej, zacząłem badać przemoc u jej źródeł - na indywidualnym poziomie. Ciągle niechętny lub też niezdolny borykać się z teraźniejszością, wycofałem się w świat historii i "ponownie stworzyłem” - jako archetyp pozornie nonsensownej przemocy - okrytego niechlubną sławą seryjnego mordercę, który przedstawił się w tytule Yours Truly, Jack the Ripper. Opowiadanie to było niezliczoną ilość razy wznawiane i trafiło do wielu antologii, doczekało się też adaptacji radiowej, a w końcu i telewizyjnej. Podobno ostatnio wystawiono je w izraelskim teatrze. Z jakiegoś powodu pomysł żyjącego do chwili obecnej Kuby Rozpruwacza dotknął czułych miejsc w psychice moich odbiorców.
– Osobiście byłem daleki od lekkiego traktowania tego ucieleśnienia przemocy, toteż porzuciłem temat i dłużej go nie rozważałem. Trwała wojna, a gdy realna przemoc stała się niebezpiecznie bliska, skoncentrowałem się przez jakiś na humorze i science fiction. Dopiero w roku 1945 roku, kiedy ukazał się pierwszy zbiór moich opowiadań (The Opener of the Way), napisałem nowe. Nosiło tytuł One Way to Mars. Wykorzystałem kostium sf, by opisać psychotyczną amnezję współczesnego człowieka w kwestiach przemocy.
– Rok później wydałem swoją pierwszą powieść, The Scarf - spisaną w pierwszej osobie relację wielokrotnego mordercy. Od tego czasu, nadal wprzęgając konwencje fantasy i science fiction w zadania satyry i społecznego krytycyzmu, poświeciłem wiele swoich opowiadań i prawie wszystkie powieści (Spiderweb, Shooting Star, The Kidnaper, The Wi1l to Kill, Psychoza, The Dead Beat, Firebug, The Couch, Terror) bezpośredniej analizie przemocy w naszym społeczeństwie.
Psychozę zainspirował gazetowy artykuł poświęcony pewnemu psychopatycznemu mordercy, działającemu w małym mieście leżącym niedaleko od tego, które zamieszkiwałem. Nie poznałem zbyt wielu szczegółów popełnionych przez owego mordercę zbrodni, lecz zastanowiłem się, jakiego typu osoba mogła ich dokonać… Człowiek ten na co dzień wiódł bowiem pozornie normalne życie spokojnego obywatela wśród niewielkiej, stereotypowo staroświeckiej i znanej z plotkarstwa małomiasteczkowej społeczności. W takich środowiskach zazwyczaj wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Przemyślawszy gruntownie uwarunkowania socjologiczne i rozmaite warianty hipotetycznej psychiki sprawcy, stworzyłem schizofreniczną postać, a w kilka lat później odkryłem, iż racjonalne podstawy, które dla niej skonstruowałem okazały się przerażająco bliskie aberracyjnej rzeczywistości.
– Niektóre z moich innych postaci również okazały się niepokojąco realne. Na przykład, kiedy napisałem The Scarf, redaktorzy nalegali na skreślenie krótkiego fragmentu powieści, w którym bohater daje upust nieco sadystycznej fantazji: wyobraził sobie mianowicie, co by się stało, gdyby wziął karabin o dużym zasięgu, wszedł na dach wysokiego budynku i zacząć strzelać do przypadkowych ludzi przechodzących ulicami w dole. Wówczas wydawcy uznali ten pomysł za „naciągany”, obecnie niestety życie okrutnie zweryfikowało ich opinię. Ale nie jest mi wcale z tego powodu do śmiechu…
– Nawiasem mówiąc, powieść The Scarf właśnie ukazała się w miękkiej oprawie. Oczywiście przejrzałem ją przed wznowieniem (po dwudziestu latach), by uaktualnić kilka slangowych fraz i aluzji do współczesności. Mój bohater natomiast nie potrzebował żadnych zmian; upływ czasu wykonał całą robotę za mnie. Dwadzieścia lat temu był czarnym charakterem, obecnie jawił się jako antybohater.
– Ponieważ przemoc bynajmniej obecnie nie zniknęła. Mało tego, ta przemoc, którą analizowałem, a niekiedy przewidywałem i prorokowałem, stała się dziś powszechniejsza i w pewnym stopniu została zaakceptowana. Jest to dla mnie znacznie bardziej przerażające niż wszystko, co potrafiłem sobie wyobrazić.
Tyle autorskiego komentarza. Próbując ujednolicić całość tomu i wierząc stanowczo, że opowiadanie Blocha niewiele traci, gdy znamy z góry pojawiającą się w zakończeniu rewelację, muszę dodać, iż powyższa przedmowa została skomponowana na potrzeby całej antologii. Namawiam do przeczytania zarówno Zabawki dla Juliette, posłowia Roberta Blocha, jak i jego wprowadzenia do następnego opowiadania - mojego autorstwa. Mamy tu bowiem do czynienia z klasycznym następstwem fabularnym, z pierwszeństwem chronologii przed pięknem…
A może Piękna przed Bestią.
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Rewolucja
— Konrad Wągrowski

Judasz
— John Brunner

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.