Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 września 2021
w Esensji w Esensjopedii

‹Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKroki w nieznane. Almanach fantastyki 2005
Data wydania6 grudnia 2005
RedakcjaKonrad Walewski, Lech Jęczmyk
Wydawca Solaris
CyklKroki w Nieznane
ISBN83-89951-34-7
Format512s. oprawa twarda
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Kroki w Nieznane: Nocą w Telewizyjnym Mieście

Esensja.pl
Esensja.pl
Paul di Filippo
1 2 3 »
Prezetujemy opowiadanie Paula di Filippo „Nocą w Telewizyjnym Mieście”, pochodzące z antologii „Kroki w Nieznane”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Solaris. Książka jest objęta patronatem medialnym „Esensji”.

Paul di Filippo

Kroki w Nieznane: Nocą w Telewizyjnym Mieście

Prezetujemy opowiadanie Paula di Filippo „Nocą w Telewizyjnym Mieście”, pochodzące z antologii „Kroki w Nieznane”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Solaris. Książka jest objęta patronatem medialnym „Esensji”.

‹Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKroki w nieznane. Almanach fantastyki 2005
Data wydania6 grudnia 2005
RedakcjaKonrad Walewski, Lech Jęczmyk
Wydawca Solaris
CyklKroki w Nieznane
ISBN83-89951-34-7
Format512s. oprawa twarda
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
No superancko, bączki, walicie mi światłem po gałach! Nie widzicie, że nigdzie się nie wybieram? Trzeba wam Hubble’a do tego? Jestem jak nadprzewodnik, total zero oporu. Weźcie sobie na wstrzymanie!
Co tam, bączku, mamroczesz? Turbinka w plecaku ci rzęzi, nie możesz się przebić z sygnałem. Jak tu wlazłem? Normalnie, po ścianie. Ale już mi dendryty zdychają, więc nie wiem, kurwa, jak stąd zejść!
Była sobota, dzień jakich wiele. Dosłownie kilka godzin wcześniej, o szóstej wieczorem, siedziałem w barze metamlecznym „Luz Blus”, gdzie użalałem się nad sobą z paru naprawdę ważnych powodów. Upadłem tak nisko, że głupia bakteria mogłaby patrzeć na mnie z góry. Czemu? Bo nie należałem do żadnego składu, nie miałem lufki ani hajsu. Przyszłość widziałem raczej w czarnych kolorach. Czułem się tak dennie, że chętnie bym odjechał na najgorszym mózgojebcu, jakim truli w tym barze.
Zagadałem do stolika, żeby dał mi listę. No tak, te same kocie szczyny i wywary z robaków, choć była jedna nowość o nazwie Drętwa Dziewiątka. Zamówiłem na próbę i zaraz dostałem zimne, spienione mleko z cynamonową posypką. Wypiłem wszystko w dwóch łykach, cały ten obrzydliwy przecier z neurotrofin i białek transportujących, konglomerat makrocząsteczek łańcuchowych – pomysł jakiegoś walniętego biomagika na niebiańskie delicje w plastikowym kubku. Poczułem się tak, jakby ktoś mi zalał oczy paliwem do wahadłowców, a mimo to widziałem przed sobą przyszłość wstrętniejszą niż wygolony zad szczura.
No właśnie, w barach metamlecznych nie przymulisz się dobrym psychotropem ani przypalaczem, co najwyżej dostaniesz jakąś kiłę dla dzieci, holobity dozwolone od lat zero w górę. Marzy ci się towar spod lady? Chcesz porządnego kopa? Musisz należeć do składu, najlepiej takiego, w którym robi na legalu kumaty doktorek z dobrym sprzętem. Może być Fermenta, Wellcome, Cetus. Ortho też ujdzie w tłumie.
Ale jak się rzekło, nie byłem w żadnym składzie i nie zapowiadało się, by ktoś chciał mnie przyjąć. Nie żebym miał się pakować do pierwszego lepszego, gdy przyjdzie zaproszenie. Niektóre składy są dla mnie niestrawne.
No więc tak sobie siedziałem z głową nabitą ciekłym tlenem, całkiem jak Challenger przed startem, zdołowany wydaniem resztki hajsu na kiepskiego drinka. Zlizywałem cynamon z brzegu kubka, gdy do środka wparzył mój kumpel Casio.
Casio miał z piętnaście lat, a więc był ode mnie trochę młodszy, do tego biały, chudy i bardziej zapryszczony od robotnika w fabryce dioksyn. Gdyby w końcu zaczął używać Epikremu, miałby skórę czystą jak normalny człowiek. Nosił koszulkę z imipolexu, która puchła w różnych miejscach, jakby kłębiły się pod nią jakieś śluzorośla, pergaminowe spodnie i z dziesięć żelowych bransoletek na lewej ręce. W brązowe włosy wszczepił kilka światłowodów.
– Siemka, Dez. – Potarliśmy się pięściami. – Jak żyjesz?
Casio też nie należał do żadnego składu, ale jego to chyba tak nie dołowało. Zawsze uśmiechnięty, zadowolony, wyluzowany. Może zawdzięczał to swojej muzyce, która była dla niego całym życiem, dawała mu jakiś punkt oparcia. Nigdy nie widziałem go w złym humorze. Czasem to mam ochotę wydusić z niego, co tam w sobie kisi.
– Szkoda gadać, bączku… Życie jest puste jak przeczyszczony brzuch tajwańskiego niemowlaka z z-wirusem.
Casio przysunął sobie krzesło.
– Poprztykałeś się z Chuckie?
Jęknąłem. Sam nie wiem, po co go ściemniałem o mnie i o Chuckie. Musiałem być wtedy ostro sfazowany.
– Z łaski swojej zapomnij, co mówiłem o Charlotte, okej? Nic między nami nie było. Nic, kumasz?
Casio zrobił głupkowatą minę.
– Nic? Co ty bredzisz? Myślałem, że to twoja najlepsza lufka, tyle o niej gadałeś…
– Ale ty mieszasz, bąku. Byliśmy nawaleni w trzy dupy!
Z jego koszulki wylazła długa, falista łodyga, z której na końcu zrobiła się kulka. Później toto się schowało.
– Kurna, Dez, dopiero teraz mi mówisz? Kiedy już obskoczyłem całe TV City z radosną nowiną?
Żołądek mi spuchł jak biceps przekoksowanego mięśniaka i podszedł pod samo gardło.
– Bąku, nie… Powiedz, że to nieprawda…
– Kurna, Dez, przepraszam…
No i siedziałem w gównie po uszy, klocki pływały mi koło nosa. Widziałem to wyraźnie, jak naszą M31 przez teleskop Hubble’a.
Chuckie była lufką Turbo, a ten – frontmenem Body Artists, ci zaś – najlepszym składem w Telewizyjnym Mieście. Liczyłem się dla nich tyle co brud pod nogami, zawsze zresztą bosymi.
Wstałem od stolika, bo w barze zrobiło mi się jakoś duszno. Wszyscy wiedzieli, że tutaj zawijam.
– Muszę się dotlenić, Casio. Idziesz ze mną?
– Jasne.
Na T Street – szerokim jak Park Ave bulwarze, biegnącym z północy na południe, głównym deptaku w mieście (ciągnął się od 59 do 72 ulicy) – roiło się od obywateli i zielonych, morfów i golów. Pewnie szukali serca sobotniej nocy, jak w piosence tego chrypiącego grzyba. Światła wielkiego miasta błyskały na wszystkie możliwe sposoby, ale samo TV City wydawało się dziś jakieś stare pod neoneonowym czerwono-bursztynowo-zielono-niebieskim makijażem. Minimetropolii nad brzegami rzeki Hudson stuknęła trzydziestka i chociaż było to nic w porównaniu z resztą Nuevo Yorku, powoli zaczynała już dziadzieć. Wyobraziłem sobie, że mam prawie dwa razy tyle lat co teraz. No tak, też już będę wapniakiem.
Wrzuty porobione na wszystkich bez wyjątku powierzchniach z miejscem do malowania wcale nie poprawiały wizerunku miasta. Co z tego, że ekipy porządkowe rozpylały na grafach robaki żrące farbę. Grafficiarze ze składów dalej mazali. Przeczytałem z Casio parę fajnych tekstów:
GENETYKA W SŁUŻBIE DLA FIUTA
PAL GAŁY
JEDNA DZIAŁKA I ZWAŁKA
ZGÓDŹ SIĘ, ZGŁOŚ SIĘ, ZGRAJ SIĘ
SYNU, SYNTETYZUJ SYNAPSY
NEURONY NA WYMIAR DLA KAŻDEGO KLIENTA
ZBURZ TEN MUR
AKSONOWA REWOLUCJA!
PODPOMPUJ RECEPTORY
– Dez, gdzie idziemy? – zapytał Casio i dał mi żelową bransoletę, żebym miał co żuć.
– Byle gdzie – odpowiedziałem niewyraźnie, mieląc w ustach metabolizującego pot symbionta o smaku truskawkowym. – Połazimy trochę, może zdarzy się coś fajnego.
Zastanawiałem się w kółko, czy jak wrócę na chatę, powita mnie Turbo ze swoim składem, żeby podziękować mi za opowiadanie farmazonów o jego lufce.
Zaraz napatoczyliśmy się na gościa, który przy krawężniku wysiadł z auta i zajrzał pod maskę. Dłubał śrubokrętem w ceramicznych bateriach, jakby chciał je naprawić w ten przedziwny sposób.
– Niezła bryczka, 132 konie mechaniczne? – zagadał do niego Casio. – Z fabryki w Malezji?
– No – odparł facet z ponurą miną.
– Słyszałem, że to straszne barachło.
Facet się wnerwił i pogroził nam śrubokrętem.
– Won stąd, śmierdziele! Nikt was nie pytał o zdanie!
Casio zdjął złotą żelową bransoletę i rzucił nią w faceta.
– Uciekaj! – krzyknął.
No i uciekliśmy. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem, cali zdyszani.
– Co to było? – spytałem.
– W sumie nic złego. Zgniłe jaja z superklejem.
Nieźleśmy się uchachali.
Później śledziliśmy dwóch golów. Mieli na sobie rządowe garnitury, więc pewnie jeszcze niedawno siedzieli w obozie dla internowanych – jednym z tych, co pływają gdzieś na oceanie. Myśleliśmy, że wysępimy od nich trochę hajsu, ale machnęliśmy ręką, bo jakoś tak dziwnie gadali:
– Gibamy na favelę?
– Zluzuj! Zjadłbym coś z ekspresu.
– Skąd weźmiemy?
– Szarpniemy.
– I pójdziemy w kabaty? Irytujesz mnie, bronko. Z mangi się urwałeś?
Potem tropiliśmy pulpeta. Nie dało się powiedzieć, czy to on, ona, czy jeszcze co innego. Nawkładało to na siebie tyle jedwabiu, że swobodnie mogłoby nim doposażyć klub spadochroniarski, a toczyło się bezpłciowo jak kaczka. Weszło do wypasionego hotelu Helmsley przy 65. Na spotkanie z klientem, jasna sprawa.
– Nie trawię pulpetów – stwierdził Casio. – Po co tyle żreć, skoro nikt cię nie zmusza? Zdrowia szkoda.
– Ciebie też nikt nie zmusza do hodowli głupich pryszczy.
Casio poczuł się dotknięty.
– Dez, to nie to samo. Ja wcale ich nie chcę. Tylko zapominam o kremie.
Sprawiłem mu przykrość i głupio mi się zrobiło. Obraziłem mojego jedynego zmiennika, choć był przy mnie, gdy próbowałem wyczaić, jak inteligentnie pograć z Turbo i jego składem.
Położyłem mu rękę na plecach.
– Sorki, bączku. Wykasuj na czysto, co ci powiedziałem, i chodź się zabawić. Zostało ci trochę hajsu?
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Jezus na miarę naszych czasów

W podziemnym kręgu:

Jezus na miarę naszych czasów
— Marcin Knyszyński

Imitacje
— Marcin Knyszyński

„Wolność”
— Marcin Knyszyński

Niektórzy po prostu chcą patrzeć, jak świat płonie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.