Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

R. Scott Bakker
‹Wojownik-Prorok›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWojownik-Prorok
Tytuł oryginalnyThe Warrior-Prophet
Data wydania7 kwietnia 2006
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
CyklKsiążę Nicości
ISBN83-7480-010-0
Format500s. 135×205mm
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Wojownik-Prorok

Esensja.pl
Esensja.pl
R. Scott Bakker
1 2 3 4 »
Prezentujemy fragment drugiegi tomu cyklu „Książę Nicości” R. Scotta Bakkera „Wojownik-Prorok”. Objęta patronatem Esensji książka ukaże sie nakładem wydawnictwa MAG.

R. Scott Bakker

Wojownik-Prorok

Prezentujemy fragment drugiegi tomu cyklu „Książę Nicości” R. Scotta Bakkera „Wojownik-Prorok”. Objęta patronatem Esensji książka ukaże sie nakładem wydawnictwa MAG.

R. Scott Bakker
‹Wojownik-Prorok›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWojownik-Prorok
Tytuł oryginalnyThe Warrior-Prophet
Data wydania7 kwietnia 2006
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
CyklKsiążę Nicości
ISBN83-7480-010-0
Format500s. 135×205mm
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Anwurat
Gdzie święci mają ludzi za głupców, tam szaleńcy rządzą światem.
– Protathis, „Kozie serce”
Schyłek lata, 4111 Rok Kła, Shigek
Wyschnięte koryto rzeki przecinało równinę głębokim rowem. Cnaiür przez jakiś czas jechał po jego dnie i postanowił wyjechać na górę dopiero gdy zaczęło się wić jak żyły starca. Na brzegu ściągnął wodze i osadził karego w miejscu. Nad nim wznosiły się przybrzeżne wzgórza, wciąż od podnóży aż po wierzchołki spowite obłokiem miałkiego jak kreda pyłu. Na zachód od niego niedobitki ainońskiego kontyngentu powoli cofały się na równinę. Na wschodzie tysiące spanikowanych żołnierzy biegiem przecinały pofałdowane łąki. Całkiem niedaleko, na niewielkim wzniesieniu, dostrzegł oddział piechoty w długich kiltach z czarnej skóry obszytych metalowymi pierścieniami, bez hełmów i bez broni. Jedni żołnierze siedzieli, inni na stojąco rozbierali się ze zbroi, ale wszyscy – nie licząc tych, którzy płakali z twarzą w dłoniach – w oszołomieniu patrzyli w stronę okrytych kurzawą wzgórz.
Co się stało z ainońską jazdą?
Dalej na wschodzie, gdzie turkusowo-akwamarynowy pas Meneanoru znikał za burą podstawą wzgórz, Kianowie szerokim strumieniem wlewali się na plażę. Nie musiał widzieć herbów, żeby wiedzieć, kogo ma przed sobą: to Cinganjehoi prowadził grandów Eumarny na ziemię niczyją…
Gdzie podziały się odwody? Gdzie Gotian i rycerze shrialu? Gdzie Gaidekki, Werijen Wielkie Serce, Athjeäri i reszta?!
Gardło zacisnęło mu się boleśnie. Zgrzytnął zębami.
Znowu to samo.
Kiyuth.
Tylko że tym razem to on był Xunnuritem. To on był aroganckim osłem!
Wytarł pot z oczu i odprowadził wzrokiem fanimów, od których oddzielał go odległy szereg krzewów i karłowatych drzew. Pędzili jak niekończąca się fala przypływu…
Obóz. Jadą do obozu…
Krzyknął przeraźliwie, spiął konia ostrogami i pognał na wschód.
Serwë.

Na horyzoncie wrzało: pancerne szeregi ścierały się z hukiem i kotłowały we wściekłych zwarciach. W powietrzu niósł się nie tyle łoskot, co raczej odległy szmer bitwy – jak szum morza w muszli, pomyślał Martemus. Rozszalałego morza. Z zapartym tchem patrzył, jak pierwszy zabójca zachodzi księcia Kellhusa od tyłu, wznosi miecz do ciosu…
Chwila jak mgnienie oka. Martemus ledwie zdążył wciągnąć powietrze do płuc.
Prorok najzwyczajniej w świecie odwrócił się i złapał opadające ostrze między kciuk i palec wskazujący.
– Nie – powiedział.
Okręcił się na pięcie, wciąż w kucki, i niewiarygodnym kopnięciem posłał napastnika na piasek. Martemus nie zorientował się, kiedy miecz zabójcy znalazł się w lewej ręce Proroka, a ten – nie prostując się nawet – po prostu wbił go napastnikowi w szyję i przyszpilił go do ziemi.
Serce Martemusa zdążyło uderzyć tylko raz.
Drugi morderca rzucił się naprzód i wymierzył cios. Następne kopnięcie w przyklęku. Trzask. Głowa napastnika odskoczyła w tył. Miecz wypadł z odrętwiałych palców napastnika, a on sam osunął się na ziemię jak zrzucona z ramion szata. Martwy.
Zeumicki tancerz miecza opuścił tulwar i roześmiał się głośno.
– Cywilizowany człowiek – stwierdził basowym głosem.
Bez ostrzeżenia zakręcił tulwarem młyńca. Słońce zalśniło na ostrzu jak na posrebrzonych szprychach koła rydwanu.
Prorok wstał i z pochwy na plecach wyciągnął swój dziwny miecz o przedłużonej głowicy. Trzymając go w prawej ręce, oparł czubek o ziemię i strzelił grudką darni prosto w oczy Zeumiego. Tancerz miecza zaklął, potknął się i zatoczył do tyłu. Prorok zrobił wypad i wbił mu ostrze w podniebienie. Poczekał cierpliwie, aż trup zsunie się po klindze na ziemię.
Stał samotny na szczycie, za jego plecami toczyła się krwawa bitwa, a wiatr rozwiewał mu brodę i włosy. Odwrócił się do Martemusa. Przestąpił nad ciałem Zeumiego…
Podświetlony porannym słońcem. Objawienie. Żywy aspekt…
Zbyt straszny. Zbyt jasny.
Generał cofnął się, niezdarnie sięgając po miecz.
– Martemusie – powiedziało objawienie. Złapało go za przegub dłoni z mieczem.
– Proroku… – stęknął Martemus.
Objawienie się uśmiechnęło.
– Skauras wie, że to Scylvend nami dowodzi. Widział swazondowy sztandar.
Generał Martemus wytrzeszczył oczy. Nic nie rozumiał.
Wojownik-Prorok odwrócił się i ruchem głowy wskazał rozpościerający się w dole krajobraz. Nie został w nim żaden znajomy ślad frontu. Najpierw rozpoznał Martemus Proyasa i jego conriyańską kawalerię, przypartą do glinianych murów odległej wioski. Nagle z cienia sadów wynurzyło się kilka tysięcy kianeńskich jeźdźców pod trójkątną chorągwią Cuäxajego, sapatiszacha Khememy. Doskoczyli do Conriyan z flanki, przypieczętowując – zdaniem Martemusa – ich zgubę. Wciąż nie rozumiał, co Wojownik-Prorok ma na myśli. Spojrzał na Anwurat.
– Khirgwi… – mruknął.
Tysiące Khirgwich na sadzących długie susy wielbłądach werżnęły się jak w masło w pospiesznie ustawiony szyk conriyańskiej piechoty. Wzięli inrithich w kleszcze i mknęli w górę zbocza, prosto do swazondowego sztandaru…
Prosto na nich.
Przerażające wycie Khirgwich wybiło się ponad ogólną wrzawę.
– Musimy uciekać! – krzyknął Martemus.
– Nie – odparł Wojownik-Prorok. – Sztandar nie może upaść.
– Ale przecież upadnie! Już upadł!
Wojownik-Prorok uśmiechnął się, a w jego oczach zabłysła niezłomna wola walki.
– Więcej wiary, generale. – Położył dłoń w aureoli na ramieniu Martemusa. – Wojna to wiara.

Zamęt i groza owładnęły sercami Ainończyków. Kompletnie zdezorientowani, nawoływali się w chmurach kurzu i rozpaczliwie próbowali ustalić jakiś wspólny plan działania. Szybkie kohorty fanimskich łuczników pojawiały się znikąd i zabijały pod nimi okryte czaprakami konie. Rycerze klęli i kulili za naszpikowanymi strzałami tarczami. Gdy tylko Uranyanka, Sepherathindor i reszta przechodzili do kontrataku, Kianowie szli w rozsypkę, a ścigający ich rycerze spadali z rozstrzelanych koni na spieczoną ziemię. Wielu zabłądziło i znalazło się beznadziejnym położeniu, otoczonych ze wszystkich stron. Kusjeter, hrabia-palatyn Gekasu, zapędził się na szczyt jednego ze wzgórz i wpadł w potrzask: z jednej strony miał zjeżone zaostrzonymi kołkami okopy, które powstrzymały pierwsze szarże Ainończyków, z drugiej, od dołu, groty lanc bezlitosnych coyaurich. Przez jakiś czas odgryzał się kianeńskim jeźdźcom, aż w końcu stracił konia. Jego właśni ludzie, myśląc, że nie żyje, rzucili się do panicznej ucieczki i stratowali go po drodze. Śmierć spadła z nieba jak huragan…
Sapatiszach Eumarny, Cinganjehoi, prowadził natarcie na leżących w dole łąkach. Jego grandowie rozciągnęli się wachlarzowato ku północy, zamierzając roznieść inrithijskie obozowisko. Sam Tygrys uderzył na zachód, prowadząc podwładnych w ślad za uciekającą w panice ainońską piechotą. Rozbił w pył oddział generała Setpanaresa. Generał poległ, a Chepheramunni, regent Wysokiego Ainonu, cudem uniknął śmierci.
Dalej, na północnym zachodzie, w oddziale podlegającym rozkazom Cnaiüra urs Skiöthy, Wielkiego Wodza świętej wojny, resztki dyscypliny rozpłynęły się w chaosie wzajemnych oskarżeń o zdradę. Masa shigeckich rekrutów w środku szyku Skaurasa padła pod naporem Nansurczyków i Thunyerów, wspartych atakującą ze skrzydła i dowodzoną przez Proyasa conriyańską jazdą. Inrithi, przekonani o zwycięstwie świętej wojny, rzucili się w pogoń za niedobitkami wroga. Równy dotąd szyk zmienił się w luźny zbiór przypadkowo zebranych oddziałków, rozproszonych po całej równinie. Niektórzy żołnierze padali na ziemię i na kolanach dziękowali Bogu za zwycięstwo. Mało kto usłyszał grane na rogach wezwanie do odwrotu – głównie dlatego, że mało rogów się odezwało. Sygnaliści nie chcieli uwierzyć, że to prawdziwy rozkaz.
A bębny pogan przez cały czas dudniły w równym rytmie.
Grandowie Khememy i dziesiątki tysięcy dosiadających wielbłądów Khirgwich, zajadłych dzikusów z południowych pustyń, wynurzyli się z fali uciekających rekrutów i uderzyli na rozproszonych Ludzi Kła. Odcięty od piechoty Proyas wycofał się w głąb glinianych zaułków pobliskiej wioski, modląc się do Boga i wrzeszcząc na swoich ludzi. Thunyerowie formowali na łąkach obwiedzione murem pawęży kręgi i walczyli z uporem, zaskoczeni znalezieniem przeciwnika, który dorównywał im zaciekłością. Książę Skaiyelt desperacko usiłował zebrać swoich hrabiów i rycerzy, ale okopy i umocnienia utrudniały im poruszanie się.
Jedna walna bitwa zmieniła się w tuzin potyczek, znacznie bardziej rozpaczliwych i dramatycznych. Gdziekolwiek Wielkie Imiona skierowały wzrok, po równinie pędziły gromady fanimów; tam, gdzie zdobywali przewagę, atakowali i zwyciężali; tam, gdzie nie mogli wejść do zwarcia, puszczali konie w koło i ostrzeliwali inrithich morderczymi salwami z łuków. Owładnięci strachem rycerze szarżowali na nich pojedynkę, a wtedy poganie zabijali pod nimi konie, ich samych zaś wdeptywali w ziemię.

1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pogrzeb pośród mgławic

Stulecie Stanisława Lema:

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Święte rżnięcie
— Eryk Remiezowicz

Tegoż twórcy

Rozdzieranie jedwabiu
— Eryk Remiezowicz

Historie w historiach
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.