Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

R. Scott Bakker
‹Wojownik-Prorok›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWojownik-Prorok
Tytuł oryginalnyThe Warrior-Prophet
Data wydania7 kwietnia 2006
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
CyklKsiążę Nicości
ISBN83-7480-010-0
Format500s. 135×205mm
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Wojownik-Prorok

Esensja.pl
Esensja.pl
R. Scott Bakker
« 1 2 3 4 »

R. Scott Bakker

Wojownik-Prorok

Spod srebrzystych pogańskich hełmów łyskały białka oczu. Paru Kianów coś krzyknęło.
– Który mnie zabije?! – ryknął zapalczywie.
Przeszywający kobiecy krzyk. Obejrzał się przez ramię: bezimienna kobieta stała przy wejściu do namiotu i machała do niego. Nożem, który jej rzucił, dawała mu znaki, żeby szedł za nią. Przez mgnienie oka wydało mu się, że ją zna, zna ją od dawna, że przez całe lata byli kochankami. Promienie słońca wdzierały się do namiotu przez rozoraną nożem tylną ścianę. Nagle w górze zamajaczył cień. Cnaiür usłyszał coś nie całkiem…
Tym razem krzyk Kianów zabrzmiał zupełnie inaczej. Był w nim strach.
Sięgnął za pas i ścisnął w dłoni ojcowską błyskotkę.
Spojrzał w szeroko otwarte, zdumione oczy kobiety. Ponad jej ramieniem spoglądały na niego oczy jej synka… Bo teraz już wiedział. To był chłopiec.
Chciał krzyknąć.
Stali się cieniami w rzece ognia.

Jedna przestrzeń.
Nieskończenie wiele dróg.
Kellhus miał pięć lat, kiedy pierwszy raz wyszedł poza bramy Ishuäl. Pragma Uän zebrał chłopców w jego wieku i kazał się wszystkim trzymać długiego sznura, po czym bez dalszych wyjaśnień poprowadził ich w dół przez tarasy, przez Płową Bramę, do lasu. Zatrzymali się dopiero wśród potężnych dębów. Przez jakiś czas mogli się swobodnie błąkać po lesie – po to, jak domyślał się teraz Kellhus, aby się uwrażliwić. Aby usłyszeć świergot stu siedemnastu ptaków. Aby poczuć zapach mchu na korze i usłyszeć mlaskanie próchnicy pod sandałkami. Aby docenić kształty i kolory: białe snopy światła w miedzianym półmroku, czarne korzenie.
A jednak mimo tej napierającej zewsząd nowości wszystkie myśli Kellhusa krążyły wokół pragmy. Aż drżał z niecierpliwości. Wszyscy widywali pragmę Uäna ze starszymi chłopcami, wszyscy wiedzieli, że zdradza im tajniki, jak to nazywali, sztuki kończyn…
Tajniki wojny.
– Co widzicie? – zapytał w końcu pragma, podnosząc wzrok na korony drzew.
Posypały się odpowiedzi. Liście. Gałęzie. Słońce.
Kellhus widział jednak więcej. Dostrzegał uschnięte konary, gąszcz walczących o przetrwanie pędów gałązek, małe, smukłe drzewka umierające w cieniu olbrzymów.
– Konflikt – powiedział.
– Co masz na myśli, młody Kellhusie?
Strach i uniesienie – dziecięce namiętności.
– Drz-drzewa, pragmo – wyjąkał. – One walczą o… o przestrzeń do życia.
– Istotnie – przytaknął z powagą pragma Uän. – I tego właśnie będę was uczył, moje dzieci. Jak być drzewem. Jak walczyć o przestrzeń…
– Ale przecież drzewa się nie poruszają – zauważył inny chłopiec.
– Poruszają się, choć bardzo powoli. Serce drzewa uderza tylko raz do roku, na wiosnę, dlatego drzewo musi bronić się ze wszystkich kierunków jednocześnie. Musi się rozrastać i rozgałęziać, aż przesłoni niebo. Wasze serca biją wielokrotnie szybciej, dlatego wystarczy, żebyście swoje wojenne wysiłki kierowali tylko w jedną stronę. Tak właśnie ludzie zagarniają przestrzeń.
Staruszek Uän zerwał się na równe nogi i machnął kijem.
– A teraz chodźcie, wszyscy. Niech któryś spróbuje dotknąć moich kolan.
W cętkowanym słońcem półmroku Kellhus rzucił się na niego razem z resztą chłopców. Piszczał ze złości i zachwytu za każdym razem, kiedy pragma wymierzał mu kuksańca albo odpychał go kijem. Patrzył z podziwem, jak stary człowiek wiruje w tańcu, a maluchy przewracają się na pupy i turlają po krzakach jak małe borsuki. Żaden nie dotknął jego nóg. Żaden nawet nie przekroczył granicy wykreślanego przez patyk kręgu. Pragma Uän był drzewem zwycięskim, bezdyskusyjnym właścicielem swojej przestrzeni.
Khirgwi, owinięci w poszarpane brunatne burnusy, uzbrojeni w wyszczerbione sejmitary i tarcze z utwardzanej wielbłądziej skóry, poganiali rozkołysane wielbłądy. Ich dziki skowyt brzmiał ogłuszająco.
Kellhus podniósł do ciosu swój dûnyaiński miecz.
Zaśmiali się drwiąco. Śniade, pustynne twarze, jakże pewne siebie…
Galopem pędzili wprost w krąg zakreślany klingą Kellhusa.

Cnaiür kopnął siodło i osmolone końskie truchło. Podparł się na rękach i wstał z popiołu. Zamrugał kilka razy; dym gryzł w oczy. Dzwonienie w uszach. Był dym, był smród przypalonego mięsa – a poza tym cały świat dzwonił. Nie słyszał nic poza tym.
Podszedł do spalonych szczątków kobiety i dziecka i znalazł swój nóż. Podniósł go ostrożnie za zwęgloną rękojeść. Była jednocześnie gorąca i chłodna; czarnoksięskie ciepło zawsze w taki sposób przesączało się do rzeczywistego świata.
Ruszył na północ, między obwisłe, haftowane w klątwy namioty Ainończyków. Ozdobione piktogramami proporce łopotały na wietrze. Za jego plecami czarnoksiężnicy Szkarłatnych Wieżyc chodzili po niebie. Słupy ognia wybuchały bezszelestnie. Ściany błyskawic przesłaniały widok w dal. Wydawałoby się, że ludzie powinni krzyczeć.
Serwë.
Otoczył go tłum cywilów – podekscytowanych, wniebowziętych, przerażonych, zdumionych… Otwierali usta, kłapali językami o zęby, ale on wciąż słyszał tylko dzwonienie. Roztrącał ich lekkimi jak piórka ramionami i szedł dalej.
Bolała go lewa ręka. Otworzył dłoń i ujrzał spoczywającą w niej chorae ojca. Nawet w blasku słońca miało powierzchnię całkiem matową, pokrytą niezrozumiałym pismem – brudna, żelazna gałka oczna. Dwa razy ocaliła mu życie.
Wcisnął ją z powrotem za pas.
Usłyszał huk pioruna. Dzwonienie w uszach przycichło do przenikliwego pisku na granicy słyszalności. Przystanął, zamknął oczy. Krzyki i biadania, jedne daleko, inne blisko… bardzo blisko. Kreśliły przestrzeń, zapuszczały się aż po horyzont, ginęły we wszechobecnym zgiełku bitwy i szumie morza…
Znalazł w końcu ozdobny pawilon Proyasa na szczycie małego pagórka. Pomyślał, że wydaje się bardzo sfatygowany. Wezbrała w nim fala smutku. Wszystko było takie umęczone.
Nieopodal stał namiot, w którym dawniej mieszkał z Kellhusem; maszty skrzypiały, płótno łopotało na wietrze, przy wygaszonym ognisku stał kociołek. Dym snuł się przy ziemi, wpełzał między sąsiednie namioty.
Serce załomotało mu w piersi. Może tak jak inni poszła na południowo-wschodni skraj obozu, żeby stamtąd śledzić przebieg bitwy? A może porwali ją Kianowie? Taką piękność zgarnęliby z pewnością, nie bacząc na jej brzemienny stan. Była zabawką książąt, cudownym prezentem!
Łupem!
Aż podskoczył na dźwięk jej głosu. Krzyczała…
Przez chwilę stał jak wrośnięty w ziemię. Usłyszał męski głos, łagodny, kojący – a zarazem niewyobrażalnie okrutny. Ziemia zatrzęsła mu się pod nogami. Zatoczył się do tyłu – jeden krok, drugi. Skóra mrowiła go boleśnie.
Dûnyain.
– Proszę! – krzyczała Serwë. – Błagam!
Dûnyain!
Ale jak?
Ostrożnie ruszył naprzód. Żebra miał jak z kamienia, nie mógł zaczerpnąć tchu! Nóż drżał mu w dłoni. Wyciągnął rękę i trzęsącym się czubkiem ostrza rozchylił poły namiotu.
W środku było za ciemno, żeby od razu coś zobaczył. Mignął mu ruchomy cień, usłyszał szloch Serwë… W końcu ją dostrzegł: klęczała nago przed jakąś potężną sylwetką. Opuchlizna całkiem przesłoniła jej jedno oko, krew ściekała jej z głowy i nosa w rytm uderzeń serca, spływała na szyję i piersi.
Co?!
Nie zastanawiając się dłużej, wśliznął się do spowitego półmrokiem namiotu. W powietrzu unosiła się woń okrutnego spółkowania. Dûnyain okręcił się na pięcie. Był nagi, tak jak Serwë, a zakrwawioną dłoń zaciskał na nabrzmiałym członku.
– Scylvend… – mruknął, przeciągając zgłoski. Oczy błyszczały mu z rozkoszy. – Nie zwęszyłem cię.
Cnaiür pchnął prosto w serce, ale zlana krwią ręka dûnyaina trafiła go w nadgarstek i zbiła cios. Nóż wszedł w pierś tuż poniżej obojczyka.
Kellhus zatoczył się, zadarł głowę i wydał z piersi stukrotnie zwielokrotniony ryk, jakby w jednym nieludzkim gardle spętano sto głosów. Jego twarz… otworzyła się, jakby miała dziesiątki stawów rozmieszczonych od czubka głowy po nasadę szyi. Pod tworzącymi ją palcami Cnaiür zobaczył ślepia bez powiek, dziąsła bez warg…
Potwór uderzył go. Cnaiür osunął się na kolano i wyszarpnął z pochwy miecz, ale intruz jednym zwierzęcym skokiem wypadł z namiotu.

Rozproszeni ainońscy rycerze, w większości pozbawieni koni, nie mieli innego wyjścia, jak zewrzeć szyki i stawić czoło fanimom. Kianowie regularnie wpadali w sam środek ich oddziałów. Wymalowane na biało ainońskie twarze majaczyły w prześwietlonej słońcem kurzawie, stanowiąc dogodny cel; krzepnąca krew zlepiała przycięte w kwadrat brody; sztandary padały na ziemię, prosto pod końskie kopyta; pot mieszał się z kurzem, tworząc lepki brud. Ciężko rannego Sepherathindora trzeba było przenieść na tyły; wcześniej, w awangardzie, „śmiał się z Satohessera”, jak wszyscy ainońscy arystokraci w obliczu śmierci.
« 1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Święte rżnięcie
— Eryk Remiezowicz

Tegoż twórcy

Rozdzieranie jedwabiu
— Eryk Remiezowicz

Historie w historiach
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.