Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

David Weber, John Ringo
‹Nas niewielu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNas niewielu
Tytuł oryginalnyWe Few
Data wydania29 maja 2006
Autorzy
Wydawca ISA
CyklImperium Człowieka
ISBN83-7418-111-7
Format400s. 115×175mm
Cena29,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 30,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Nas niewielu

Esensja.pl
Esensja.pl
David Weber, John Ringo
« 1 4 5 6

David Weber, John Ringo

Nas niewielu

– Nie, proszę posłuchać – odparł z zapałem Julian. – Nie przywieziemy tylko samych Mardukan i mardukańskie jedzenie. Ściągniemy wszystko, cały kram. Atul w klatkach, flar-ta, basiki, akwaria z rybami coll. Co tam, przywieziemy Patty! Urządzimy wielkie otwarcie nowej restauracji w Imperial City, takie, że będzie o nim mówić cała planeta. Będzie parada jeźdźców na civan i Diaspranie z tacami atul i basików przybranych jęczmyżem. Rastar będzie siekał mięso w lokalu, tak żeby każdy mógł to zobaczyć. Nie będzie ani jednego człowieka, który by o tym nie słyszał.
– Metoda na „skradziony list” – powiedziała Kosutic. – Nie kryć się, tylko afiszować. Czekają na księcia Rogera, który będzie próbował zakraść się do Imperium? Do diabła, wjedziemy do miasta, dmąc w trąby.
– A wie pan, że restauracja jest świetnym miejscem na spotkania? – spytał Julian. – Kto będzie się przejmował grupą byłych żołnierzy Osobistego Pułku Cesarzowej, którzy urządzają sobie spotkania w najnowszej, najmodniejszej restauracji na planecie?
– I w ten sposób będziemy mieli cały Osobisty Pułk Basik w samym sercu stolicy – powiedział Roger.
– Właśnie – przytaknął Julian, parskając śmiechem.
– Ale jest jeden problem – zauważył książę, znów uśmiechając się tylko połową ust. – To wszystko są marni kucharze.
– To i tak będzie haute cuisine – odparł Julian. – Kto się pozna? Poza tym możemy ściągnąć kucharzy z Marduka. Albo lojalnych wobec nas, albo takich, którzy nie będą wiedzieli, co się dzieje. Tyle tylko, że zostali wynajęci, żeby polecieć na inną planetę i gotować. Pamięta pan ten lokal w Przystani K’Vaerna, nad samą wodą, którego właścicielami są rodzice Tor Flaina? To rodzina doskonałych kucharzy. Takich, którym możemy zaufać, skoro już o tym mowa. A zresztą ilu ludzi mówi po mardukańsku? Na początku udało nam się dogadać tylko dzięki tootsom pana i pani Eleanory. Do tego dochodzi Harvard.
– Harvard?
– Tak, Harvard, o ile pan mu ufa – odparł poważnie Julian.
Roger zastanowił się przez chwilę. Harvarda Mansula, reportera Międzygwiezdnego Towarzystwa Astrograficznego, znaleźli w celi w twierdzy Krathów, którą marines zdobyli. Był wzruszająco wdzięczny za uratowanie go i oddanie mu w stosunkowo dobrym stanie jego ukochanego tri-cama Zuiko. Od tamtej pory nie odstępował Rogera nawet na krok. Nie ze względów bezpieczeństwa, ale dlatego, jak sam szczerze przyznał, że była to jedna z najciekawszych historii wszechczasów. Uwięziony na odludziu książę walczy z barbarzyńcami i ratuje Imperium… zakładając oczywiście, że ktoś z nich przeżyje.
Roger był przekonany, że Mansul nie robi tego wszystkiego tylko dla sławy. On po prostu był lojalny wobec Imperium i wściekły z powodu tego, co się tam działo.
– Chyba mogę mu zaufać – powiedział w końcu. – A czemu?
– Harvard twierdzi, że jeśli wyślemy go przodem, będzie w stanie zamieścić dobry artykuł – może nawet na głównej stronie – w Miesięczniku MTA. Ma ciekawy materiał, a Marduk to jedno z miejsc typu „aż trudno uwierzyć, że takie planety jeszcze istnieją”, które MTA uwielbia. Jeśli przybędziemy zaraz po ukazaniu się jego artykułu, będziemy mieli wspaniałą reklamę. Harvard jest skłonny nam pomóc. Oczywiście wstrzyma się z ujawnieniem najważniejszego, ale już może zacząć przygotowywać dla nas grunt. To będzie nam bardzo potrzebne.
– Dlaczego mam wrażenie, że kapitan Pahner nam się przygląda – powiedział Roger z krzywym uśmiechem – łapie się za głowę i woła: „Wy wszyscy poszaleliście! To nie jest plan, to katastrofa!”?
– Bo to nie jest plan – odparła rzeczowo Kosutic. – To zalążek planu, i rzeczywiście jest szalony, gdyż cały ten pomysł jest szalony. Dwanaścioro marines, kilka setek Mardukan i jeden spadkobierca Domu MacClintock mają przejąć władzę w Imperium? Żaden plan, który nie byłby szalony, nie uratuje ani pana matki, ani Imperium.
– Niezupełnie – powiedziała ostrożnie Eleanora. – Jest jeszcze jedno wyjście, które pozwoliłoby nam osiągnąć jedno i drugie: rząd na uchodźstwie.
– Pani Eleanoro, rozmawialiśmy już o tym. – Julian potrząsnął głową. – To się nie uda.
– Może i nie, ale trzeba wyłożyć wszystkie karty na stół – powiedział Roger. – Sztab ma za zadanie przedstawić szefowi wszystkie możliwości, więc chcę i tę usłyszeć.
– Lecimy do Alphan i mówimy im wszystko, co wiemy – podjęła Eleanora, oblizując wargi. – Robimy z tego wielkie przedstawienie. Opowiadamy wszystko każdemu, kto tylko chce słuchać, zwłaszcza przedstawicielom organizacji politycznych. Przy okazji przekazujemy im dane zdobyte na tym okręcie. W parlamencie natychmiast pojawiają się pytania o stan zdrowia pana matki. Po czymś takim byłoby jej o wiele trudniej umrzeć na skutek „wyczerpania spowodowanego żalem i długotrwałą udręką”. Mamy do pomocy Harvarda, znanego przedstawiciela imperialnej prasy, i innych, którzy przyjdą do nas, kiedy coś się zacznie dziać. Mogę zagwarantować, że ta historia przyciągnie wielu ludzi.
– I będziemy mieli wojnę domową – powiedział Julian. – Stronnictwo Adouli zabrnęło za daleko, żeby się teraz wycofać, a nie poddadzą się bez walki. Oni kontrolują dużą część marynarki i korpusu i mają na własność Osobisty Pułk Cesarzowej. Kiedy to zrobimy, Adoula albo zabarykaduje się w Imperial City i ogłosi stan wojenny w Układzie Słonecznym, a wtedy różne floty zaczną swoje wewnętrzne spory, albo, co może być nawet gorsze, ucieknie do swojego sektora z nowo narodzonym dzieckiem, a to po śmierci pana matki będzie oznaczać wojnę domową między dwoma pretendentami do Tronu.
– Część marynarki stanie po jego stronie niezależnie od tego, co zrobimy – dodała Eleanora.
– Nie, jeśli zbijemy króla – odparował Julian.
– To nie szachy – rzuciła z uporem O’Casey.
– Chwila. – Roger podniósł rękę. – Jin?
Agent uniósł brew, a potem wzruszył ramionami.
– Zgadzam się – powiedział – że wojna domowa oznacza, iż Święci zajmą tyle układów planetarnych, ile tylko zdołają. Ale dodatkowym plusem planu, o którym żaden z moich przedmówców nie wspomniał, jest to, że bylibyśmy wszyscy stosunkowo bezpieczni. Adoula nie mógłby nas tknąć, gdybyśmy byli pod ochroną Alphan. Jeśli zaoferują nam pomoc, to staną za nami murem, gdyż oni bardzo poważnie traktują takie rzeczy. Mógłby pan żyć pełnią życia, niezależnie od tego, czy Adoulę udałoby się obalić, czy nie.
– Nie wspomnieli o tym, bo to nie wchodzi w grę – powiedział Roger z zaciętą miną. – Oczywiście, to kuszące wyjście, ale pozostawiliśmy za sobą zbyt wielu poległych, żeby myśleć o zaniechaniu naszego obowiązku, bo tak jest „bezpieczniej”. Jedyne pytanie, które się liczy, brzmi: co jest naszym obowiązkiem? A jak pan odpowie na to pytanie?
– Nie ma na nie jasnej odpowiedzi – rzekł Jin. – Nie mamy dość informacji, by wiedzieć, czy plan penetracji Imperium i kontrprzewrotu jest choćby w przybliżeniu wykonalny. – Przerwał i wzruszył ramionami. – Jeśli okaże się, że Adouli nie można zaszachować, a my wciąż nie zostaniemy wykryci, będziemy mogli się wycofać, wrócić do Alphan – zakładając, że cały czas mamy ich poparcie – i ruszyć z planem B. Ale jeśli zostaniemy złapani – co jest wysoce prawdopodobne, zważywszy na fakt, że IBI nie jest głupie – Alphanie będą mieli prawo ujawnić całą historię. Nie pomoże to ani nam, ani pana matce, ale najprawdopodobniej bardzo zaszkodzi Adouli.
– Nie – powiedział Roger. – Przyjmiemy ich pomoc pod jednym warunkiem: jeśli nam się nie powiedzie, to będzie koniec.
– Dlaczego? – spytał Julian.
– Odebranie władzy Adouli i uratowanie matki to są ważne rzeczy. Przyznam nawet, że chciałbym przeżyć i jedno, i drugie, ale co jest najważniejszą częścią naszego zadania?
Rozejrzał się po zgromadzonych i pokręcił głową, kiedy wszyscy odpowiedzieli mu mniej lub bardziej zdziwionymi spojrzeniami.
– Zaskoczyliście mnie – powiedział. – Kapitan Pahner odpowiedziałby w sekundę.
– Bezpieczeństwo Imperium – odparł Julian, kiwając głową. – Przepraszam.
– Rozważałem nawet pomysł całkowitego zaniechania prób odzyskania Tronu – kontynuował Roger, przyglądając się im wszystkim z uwagą. – Jedyny powód, dla którego zamierzam spróbować, jest taki, że zgadzam się z matką, iż dalekosiężna polityka Adouli byłaby dla Imperium jeszcze bardziej niebezpieczna niż kolejny przewrót czy nawet wojna domowa. Jeśli damy mu dość czasu, jest gotów dla osobistej potęgi złamać konstytucję, i temu właśnie musimy zapobiec. Dobro Imperium to zadanie priorytetowe, o wiele, wiele ważniejsze niż dopilnowanie, żeby na Tronie siedział MacClintock. Jeśli nam się nie uda, nie będzie nikogo innego, oprócz Adouli, kto byłby w stanie zapewnić trwanie Imperium. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale lepsze niż rozpad na kawałki, które byłyby łatwym łupem dla Świętych, Raiden-Winterhowe czy każdego innego, kto wkroczyłby w tę próżnię władzy. Mówimy o trzystu pięćdziesięciu miliardach ludzi. W porównaniu z poważną wojną domową, w której brałoby udział z pół tuzina frakcji, które na pewno zaraz by się pojawiły, Era Daggerów wyglądałaby jak zasrany piknik. Nie. Jeśli nam się nie uda, to trudno, ale nasza śmierć musi przejść bez echa, jak każda inna. To mało bohaterskie, ale dla Imperium najlepsze. I tak się stanie. Czy to jasne?
– Jasne – powiedział Julian, przełykając nerwowo ślinę.
Roger oparł łokieć na poręczy fotela i gwałtownie potarł czoło, zamykając oczy.
– A więc polecimy do Alphan, wymienimy u nich okręt na mniej rzucający się w oczy…
– I na kupę forsy – wtrącił Julian. – Jest tu sporo technologii, której chyba jeszcze nie mają.
– I na kupę forsy – zgodził się Roger, wciąż trąc czoło. – Potem zabierzemy Osobisty Pułk Basik, Patty, kilka atul i basików, i co tam jeszcze…
– Kilka ton jęczmyżu – podpowiedział mu Julian.
– I otworzymy sieć restauracji.
– Przynajmniej jedna musi być w Imperial City – zauważył Julian. – Może nad starą rzeką; kiedy odlatywaliśmy, właśnie podnosili standard tamtej okolicy.
– A potem jakoś to wykorzystamy, żeby opanować Pałac, zaszachować Wielką Flotę i nie dopuścić, żeby Adoula zabił moją matkę – dokończył Roger. – Czy taki jest nasz plan?
– Tak – odpowiedziała Eleanora cichym głosem, wbijając wzrok w stół.
Roger spojrzał w sufit, jakby szukał tam natchnienia. Potem wzruszył ramionami, sięgnął do tyłu i zaczął się bawić kucykiem, rozglądając się po pomieszczeniu.
– W porządku – powiedział wreszcie. – Do roboty.
koniec
« 1 4 5 6
13 maja 2006

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Koszmarna teofania

Na rubieżach rzeczywistości:

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Angielscy łucznicy kontra obcy
— Beatrycze Nowicka

Kosmiczne nudy
— Michał Foerster

W razie wątpliwości – strzelać
— Michał Kubalski

Tam jest rozrywka
— Eryk Remiezowicz

O jedną planetę za daleko
— Janusz A. Urbanowicz

Idzie ku lepszemu
— Grzegorz Wiśniewski

Krótko o książkach: Marzec 2002
— Magda Fabrykowska, Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Eryk Remiezowicz

Odpowiedź jest oczywista
— Magda Fabrykowska

Krótko o książkach: Listopad 2001
— Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Joanna Słupek

Obszernie o niczym
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.