Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 sierpnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

William King
‹Anioły Śmierci›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAnioły Śmierci
Tytuł oryginalnyDeath’s Angels
Data wydania25 kwietnia 2007
Autor
Wydawca ISA
CyklTerrarchowie
ISBN978-83-7418-143-3
Format368s. 135×205mm
Cena29,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Anioły Śmierci

Esensja.pl
Esensja.pl
William King
1 2 3 13 »
Zamieszczamy pięć pierwszych rozdziałów powieści Williama Kinga „Anioły Śmierci”. Książka będąca pierwszym tomem trylogii Terrachów ukaże się nakładem wydawnictwa ISA.

William King

Anioły Śmierci

Zamieszczamy pięć pierwszych rozdziałów powieści Williama Kinga „Anioły Śmierci”. Książka będąca pierwszym tomem trylogii Terrachów ukaże się nakładem wydawnictwa ISA.

William King
‹Anioły Śmierci›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAnioły Śmierci
Tytuł oryginalnyDeath’s Angels
Data wydania25 kwietnia 2007
Autor
Wydawca ISA
CyklTerrarchowie
ISBN978-83-7418-143-3
Format368s. 135×205mm
Cena29,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Rozdział 1
„Armia stanowi odbicie cywilizacji, która ją stworzyła”.
Armande Koth, „Sztuka wojenna w erze muszkietu i smoka”
Nie znoszę tych skurczybyków. Uważają się za lepszych od nas tylko dlatego, że mają spiczaste uszy – prychnął Barbarzyńca i przygryzł opadające końce długich, sumiastych wąsów, przypatrując się gniewnie odzianemu w szkarłat kurierowi Terrarchów, który aroganckim krokiem schodził ze wzgórza. Jakimś cudem nawet plecy Czcigodnego zdawały się wyrażać pogardę wobec całej pośledniej rasy ludzkiej. – Bez obrazy, Mieszańcu – dodał niemal machinalnie. Podrapał się z namysłem po łysinie, a potem przesunął palcami po otaczającej ją grzywie długich jasnych włosów, jakby sprawdzając, czy nie urosły od czasu, kiedy dotykał ich po raz ostatni.
– Nie obraziłem się – zapewnił go Mieszaniec. Miał tylko dziewiętnaście lat, a Barbarzyńca zbliżał się do czterdziestki, lecz wiek stanowił jego jedyną przewagę w kontaktach z przyjacielem. Choć młodzieniec był wysoki, Barbarzyńca przewyższał go o głowę i ważył niemal dwa razy więcej, a na większość tej wagi składały się mięśnie. Co więcej, olbrzym zdobył niedawno tytuł mistrza regimentu w walce na pięści.
Leon mrugnął pokrzepiająco do Mieszańca, a potem wrócił do pakowania sprzętu. Spomiędzy zębów wystawała mu jak zwykle zawadiacko gliniana fajka. W zestawieniu z twarzą wygłodzonego ulicznika wyglądała śmiesznie. Leon opiekował się chłopakiem, odkąd jako dzieci zaczęli wałęsać się po niebezpiecznych ulicach Smutku, i Mieszaniec cieszył się teraz z jego obecności.
– Uważają się za lepszych od ciebie, bo są nieśmiertelni, mądrzy i zostali wybrani przez Boga – poprawił Gunther, a jego szczupła twarz ściągnęła się ze współczuciem. – Lepiej, żebyś o tym pamiętał.
– Jeśli usłyszę od ciebie jeszcze jedno słowo o wybrańcach Boga, z przyjemnością cię do niego poślę – zagroził Barbarzyńca.
Gunther nie okazał strachu. Dorównywał koledze wzrostem i choć był o wiele szczuplejszy, siła jego żylastego ciała sprawiała, że potrafił zagrozić przeciwnikowi. I oczywiście, wspierał go Bóg. Mieszaniec pomyślał, że gdyby Gunther zdecydował się na walkę z Barbarzyńcą, rzeczywiście potrzebowałby boskiej pomocy.
Ropuchogęby i Przystojny Jan przyglądali im się z wyraźnym zainteresowaniem. Zaraz zaczną robić zakłady co do wyniku walki. Wyłupiaste oczy Ropuchogębego stały się teraz jeszcze bardziej wypukłe z przejęcia. Długim językiem oblizał mięsiste wargi – wyglądał niczym obżartuch patrzący na zastawiony suto stół. Przystojny Jan natomiast przestał się na chwilę przyglądać swojemu odbiciu we fragmencie lustra, który zawsze ze sobą nosił.
– Lepiej obydwaj mówcie nieco ciszej – wtrącił sierżant Hef, stając pomiędzy nimi. Góra jego trójgraniastego kapelusza sięgała zaledwie do połowy tułowia obu mężczyzn, lecz odwagi dodawała mu niezaprzeczalna władza. – Jeśli usłyszą was ci ze spiczastymi uszami, posmakujecie bata.
– Doprawdy? – rzekł Barbarzyńca. – Myślisz, że mnie to rusza?
– Ruszy cię, jak do tego dojdzie – powiedział sierżant, zaciskając usta. Jego pomarszczona twarz przypominała małpią bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
– Nie jestem taki miękki jak wy, Południowcy – rzucił Barbarzyńca, przemawiając jednak nieco ciszej.
Sierżant potrząsnął głową i zgodnie z rozkazem porucznika zajął się sprzętem. Jego broń o długiej lufie leżała oparta o plecak.
– Tak szybko zapomniałeś o ostatniej chłoście?
Mieszaniec wątpił, czy ktokolwiek zdołałby zapomnieć o chłoście. Wiedział, że on sam nigdy nie zapomni tych pięciu razów, jakimi ukarano go kilka miesięcy temu, i że nie wybaczy porucznikowi Sardecowi, który o nich zadecydował. Biczem nie ulatywał tak łatwo z pamięci.
Barbarzyńca wsadził palce do ust z głupkowatą miną, udając, że próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatnio go wybatożono. Tępota malująca się na jego obliczu sprawiła, że wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet sierżant, ale nikt nie zapomniał, że nie minął nawet rok od momentu, kiedy to Barbarzyńca stał pod pręgierzem. Wywlekli go stamtąd broczącego krwią z pleców, prawie nieprzytomnego. Kiedy zdejmował zieloną tunikę, widać było blizny. Będzie je nosił aż po grób.
– Nadal nie znoszę tych skurczybyków ze spiczastymi uszami – wymruczał. Mieszaniec pomyślał sobie, że po prawdzie, wcale tak nie jest. Barbarzyńca nie lubił wprawdzie panujących nad nimi Terrarchów, raziła go ich arogancja i potęga, często na nich utyskiwał, ale wcale ich nie nienawidził. Nie tak, jak Mieszaniec. Ale w końcu Terrarchowie nie zniszczyli życia Barbarzyńcy, tak jak zniszczyli je jemu.
Mieszaniec wstał i dźwignął ciężki plecak. Menażkę, kubek i wszystko, co mogło pobrzękiwać, owinął już w zmianę bielizny. Pelerynę, niepotrzebną w ciepłą wczesnowiosenną pogodę, zwinął i przymocował skórzanymi paskami do plecaka. Zanim podniósł broń, upewnił się, że kieszenie ma wypchane ładunkami z nawoskowanego papieru, oba pistolety znajdują się za pasem, a trójgraniasty kapelusz siedzi mocno na głowie. Należało się przygotować na każdą ewentualność, skoro żądny chwały porucznik Sardec zdecydował się opuścić obóz. Całe to gadanie o wojnie wprowadzało wszystkich w nerwowy nastrój, a bliskość kharadreńskiej granicy nie dodawała otuchy. Muszkiet z zamkiem skałkowym wydawał się krzepiącym ciężarem.
Wyraziwszy swoją opinię, Barbarzyńca zajął się własnymi sprawami. Wrzucił niewielką ilość sprzętu, jaką posiadał, do plecaka i zamachnął się w powietrzu ciężkim nożem bojowym ludzi z gór, który zawsze nosił przy sobie. Potem wsadził go do pochwy i podniósł muszkiet. Nóż dorównywał wielkością krótkiemu mieczowi. Mężczyzna pochodził z Segardu i jak większość mieszkańców tej zimnej, północnej krainy nie ufał broni palnej. Mieszaniec potrafił to zrozumieć po własnych doświadczeniach z niewypałami i zamokłym prochem w trakcie czterech lat, jakie spędził w wojsku.
W oddali kapral Toby wykrzykiwał rozkazy do pozostałych furażerów. Ponieważ normalny głos Toby’ego był niczym krzyk innego człowieka, wrzask robił wrażenie i nie dało się go zignorować.
– Stary Toby chyba lubi dźwięk własnego głosu – wymruczał Leon, jak zawsze przed walką wsadzając sobie w kapelusz przynoszące szczęście gęsie pióro.
– Nie on jeden – rzucił Mieszaniec.
Śmiech Leona przypominał cichy świst przez fajkę.
– Dlaczego zawsze to cholerni furażerzy mają odwalać czarną robotę? – mruknął Barbarzyńca.
– Bo na tym polega nasze zadanie – uciął sierżant. – Kiedy chcesz, żeby rzędy muszkieterów maszerowały równo, zwracasz się do piechoty. Wysyłając zwiad, wybierasz lekką kompanię. Myślałem, że do tej pory nawet ty wbijesz to sobie do tego zakutego łba.
Mieszaniec uznał, że czasami sierżant brał retoryczne pytania Barbarzyńcy zbyt dosłownie.
Wkrótce uformowali szereg i zaczęli posuwać się w kierunku wielkiej reduty. Dołączyły do nich pozostałe oddziały. Razem dziewięćdziesięciu ludzi, cała lekka piechota, zwiadowcy i prawie wszyscy furażerzy znajdujący się w tym czasie w obozie. Kapral Toby stał z boku ścieżki, a jego oblicze o pucołowatych, ogorzałych policzkach było jeszcze czerwieńsze niż zwykle, gdy odliczał każdego mijającego go żołnierza odzianego w znoszony mundur.
Obóz znajdował się wśród łańcucha wzgórz położonych nad Czerwoną Wieżą. Wysokie szczyty Gór Tarczy Olbrzyma rozciągały się w kierunku północnym i południowym. Ze zbocza wzgórza mieli dobry widok na leżące w dole miasteczko i otaczające je pola. Ogromna smocza wieża należąca do świątyni Terrarchów wznosiła się na tle nieba. Krążyły nad nią skrzydłodiablaki o skórzastych skrzydłach przypominających nietoperzowe, śmigając ponad wyłożonymi czerwonym gontem dachami i w długie, wypełnione ostrymi zębiskami dzioby chwytając szczury, gołębie oraz inne stworzenia.
Wszystkie latające istoty unikały masywnej, karmazynowej wieży pałacu pani Asei, jakby się jej bały. Mieszaniec pomyślał, że pewnie słusznie obawiają się tej starożytnej budowli, podobnie jak większość ludzi, choć miasteczko zostało nazwane na jej cześć. Mówiono, że czarodziejka, która w niej mieszka, ma dwa tysiące lat i pławi się w grzechu. Była już wiekowa tysiąc lat temu, gdy Terrarchowie po raz pierwszy przybyli przez Bramę Starszych ze swymi smokami i wyrmami, by podbić ten świat. I zapewne dożyje jego końca. Jak zawsze ciekawość tego, jaka jest pani Asea, walczyła w umyśle Mieszańca z zabobonnym lękiem. Powiadano, że jej intrygi doprowadziły do wojny domowej, która rozdarła Pierwsze Imperium Terrarchów, pozostawiając po sobie szachownicę zwalczających się państewek Niebieskich i Czerwonych.
Sznury wozów ciągnęły ze wszystkich stron ku miasteczku. Przez rok, jaki tu spędzili, Mieszaniec nie widział, aby na drogach panował aż taki ruch. Pomyślał, że w takim razie musi to być prawda. Wojsko zamierza wejść do Kharadrei. I to siłami o wiele większymi niż jeden regiment, który zwykle stacjonował na posterunku przygranicznym.
Jego uwagę przyciągnęły kpiące pokrzykiwania przepatrywaczy przestworzy.
– Wybieracie się na mały spacerek, co?
1 2 3 13 »

Komentarze

08 IV 2010   11:58:30

Ciekawa jestem jak się potoczśą jego dalsze życie.

08 IV 2010   11:59:26

przepraszam za błędy ortograficzne

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Faust musi przegrać

Na rubieżach rzeczywistości:

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.