Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Brian W. Aldiss
‹Cieplarnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCieplarnia
Tytuł oryginalnyHothouse
Data wydania28 maja 2007
Autor
PrzekładMarek Marszał
Wydawca Solaris
ISBN978-83-89951-69-4
Format300s. 125×195mm; oprawa twarda
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Cieplarnia

Esensja.pl
Esensja.pl
Brian W. Aldiss
1 2 3 4 »
Przedstawiamy trzy pierwsze rozdziały powieści Briana W. Aldissa „Cieplarnia”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Solaris.

Brian W. Aldiss

Cieplarnia

Przedstawiamy trzy pierwsze rozdziały powieści Briana W. Aldissa „Cieplarnia”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Solaris.

Brian W. Aldiss
‹Cieplarnia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCieplarnia
Tytuł oryginalnyHothouse
Data wydania28 maja 2007
Autor
PrzekładMarek Marszał
Wydawca Solaris
ISBN978-83-89951-69-4
Format300s. 125×195mm; oprawa twarda
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Spójrz, jak wegetację krzepią rośliny ginące,
Spójrz, na nowo wskrzeszają życie wciąż więdnące.
Formy, co odeszły, inne zastępują.
(Ledwie oddech chwytamy, kolejne królują)
Niczym bańki z morza materii zradzane,
Rosną, pękają i morzu są wracane.
Alexander Pope, „Wiersz o człowieku”
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział I
Wszystko rosło posłuszne nieuchronnemu prawu, rozpychając się i wyrodniejąc w swym pędzie do wzrostu. Temperatura, światło, wilgotność – te nie zmieniały się, pozostawały takie same od… lecz nikt nie wiedział, od jak dawna. Nikogo już nie obchodziły doniosłe pytania, zaczynające się od „Jak długo…?” lub „Dlaczego…?” Tutaj nie było już miejsca dla rozumu. Tu było miejsce dla wzrastania, dla roślin. Jak w cieplarni.
Kilkoro dzieci wyszło w zielone światło, aby się pobawić. Pobiegły konarem, bacznie wypatrując wrogów, nawołując się ściszonymi głosami. Szybko rosnący jagodobij przemykał ukosem do góry, kiście jego lepkich owoców połyskiwały szkarłatem. Widać było, że jest zaaferowany wysiewem i dzieciom nic nie grozi z jego strony. Minęły go pędem. Z pory ich snu skorzystał parzyperz, wyrastając za skrajem terytorium grupy. Drgnął, gdy się przybliżyły.
– Zabić go – powiedziała krótko Toy. Była naczelnym dzieckiem grupy. Skończyła dziesięć lat, przeżyła dziesięć owocowań figowego drzewa. Słuchali jej wszyscy, nawet Gren.
Dobyli pałek, które każde dziecko nosiło wzorem dorosłych, i rzucili się na parzyperz. Darli go i siekli. Ogarnęło ich podniecenie, gdy tłukli roślinę, miażdżąc jej jadowite wypustki. W tym podnieceniu upadła Klat. Pięcioletnia zaledwie, najmłodsza. Jej dłonie dostały się w jadowitą masę. Wrzasnąwszy przeraźliwie, przewróciła się na bok. Pozostałe dzieci również podniosły krzyk, ale nie zapuściły się w parzyperz na ratunek. Mała Klat krzyknęła ponownie, usiłując wydostać się z matni. Jeszcze zacisnęła kurczowo palce na szorstkiej korze – i po chwili leciała w dół. Dzieci widziały, jak spada na wielki liść rozpostarty parę długości pod nimi; uczepiła się go i tak pozostała, drżąc na rozhuśtanej zieleni. Podniosła na nich żałosne spojrzenie, lękając się zawołać.
– Sprowadź Lily-yo – poleciła Grenowi Toy.
Gren pognał z powrotem. Z powietrza spadła na niego osica, obwieszczając wściekłość tubalnym brzęczeniem. Odrzucił ją ciosem dłoni, nie zwalniając biegu. Rzadki okaz dziecka mężczyzny, lat dziewięć, już bardzo śmiały, rączy i dumny. Szybko dotarł do chaty Prowodyrki.
Osiemnaście domów-orzechów wisiało uczepionych spodu gałęzi. Orzechy wydrążono i przytwierdzono do konara spoiwem pędzonym z krzewu acetonowego. Zamieszkiwało je osiemnastu członków grupy, po jednym na orzech: Prowodyrka, jej pięć kobiet, ich mężczyzna i jedenaścioro pozostałych przy życiu dzieci. Na krzyk Grena Lily-yo wspięła się po lianie i stanęła przy nim.
– Klat spadła! – zawołał Gren i pognał z powrotem.
Zanim Lily-yo go wyprzedziła, gwałtownie zastukała pałką w konar. Jej sygnał wywołał pozostałą szóstkę dorosłych, kobiety: Flor, Daphe, Hy, Ivin i Jury oraz Harisa, mężczyznę. Wyskoczyli z bronią w ręku, gotowi do ataku lub ucieczki. Lily-yo wydała w biegu wysoki, przenikliwy gwizd. Z gęstego listowia natychmiast wypadł głuszek, podlatując do jej ramienia. Mechata, wirująca parasolka, której otwarte pręty utrzymywały kierunek lotu, dostosowała swoją prędkość do jej biegu.
Dzieci i dorośli obstąpili Lily-yo, gdy spoglądała w dół na Klat, wciąż rozpłaszczoną na liściu gdzieś pod nimi.
– Leż spokojnie, Klat! Nie ruszaj się! – zawołała Lily-yo. – Przyjdę do ciebie.
Pomimo trwogi i bólu Klat usłuchała polecenia, z nadzieją wznosząc wzrok do góry, w kierunku, z którego nadchodziła pomoc. Lily-yo dosiadła okrakiem sierpowatej podstawy głuszka i zagwizdała cichutko. Z całej grupy ona tylko posiadła w pełni sztukę ujeżdżania głuszków. Były to półwrażliwe na bodźce owoce suchoświstu. Końce puchatych prętów kryły nasiona tak osobliwie ukształtowane, że lekki powiew wiatru szeptał w nie jak do ucha; zamienione w słuch wyczekiwały najmniejszego podmuchu, by go wykorzystać do rozsiania. Po wielu latach prób ludzie nauczyli się wysługiwać tymi prymitywnymi uszami do swoich własnych celów, jak to właśnie zrobiła Lily-yo. Głuszek zniósł ją w dół na ratunek bezradnemu dziecku. Klat leżała na plecach i modląc się w duchu, śledziła ich przybycie. Wciąż spoglądała w górę, gdy przez liść ze wszystkich stron wystrzeliły zielone zęby.
– Skacz, Klat! – krzyknęła Lily-yo.
Dziewczynka zdążyła się jeszcze podnieść na kolana. Roślinni drapieżcy nie są tak szybcy jak ludzie. Zielone zęby zatrzasnęły się na jej talii. Wyczuwszy obecność ofiary przez pojedynczą warstwę zieleni, gębokłap wyszedł na pozycję pod liściem. Przypominał nieco ramę – tylko para zrogowaciałych, kwadratowych szczęk na zawiasach, z licznymi długimi zębami. Z narożnika ramy, na kształt szyi, wyrastał pal, krzepki i grubszy od człowieka. Teraz gębokłap tę szyję zginał, zabierając Klat na dół do swojej właściwej paszczy, przebywającej z resztą rośliny jeszcze niżej, na niewidzialnym dnie lasu, pośród ciemności i rozkładu.
Gwizdem Lily-yo skierowała swego głuszka z powrotem na górę, na rodzinny konar. Nic już nie dało się zrobić dla Klat. Tak już było.
Grupa rozpraszała się. Stojąca gromadka kusiła niezliczone leśne licha. Poza tym śmierć Klat nie była pierwszą, jaką oglądali. Grupa Lily-yo składała się kiedyś z siedmiu podwładnych kobiet i dwóch mężczyzn. Dwie kobiety i jednego mężczyznę zabrała zieleń. Te osiem kobiet zrodziło grupie dwadzieścioro dwoje dzieci, w tym pięcioro dzieci mężczyzn. Śmierć często zabierała dzieci, zawsze tak było. Teraz, po odejściu Klat, już ponad połowę dzieci zabrała zieleń. Lily-yo zdawała sobie sprawę, że jest to szokująco wysoka śmiertelność, i jako przywódca obwiniała siebie. Choćby nie wiadomo ile niebezpieczeństw czyhało w gałęziach, znali je wszystkie i potrafili się bronić. Winiła siebie tym bardziej, że w pozostałym przy życiu potomstwie uchowała się tylko trójka dzieci mężczyzn, Gren, Poas i Veggy. Z nich, jak niejasno przeczuwała, Gren zrodzony był do kłopotów.
Lily-yo wracała z zielonego blasku. Nasłuchując hasła do wysiewu, głuszek niepostrzeżenie odpłynął, wezwany milczącym nakazem lasu. Nigdy świat nie był tak przepełniony. Puste miejsca nie istniały. Zdarzało się, że głuszki szybowały nad dżunglą przez całe stulecia w oczekiwaniu na lądowanie, jak symbole osamotnienia świata roślin.
Zatrzymując się nad jednym z orzechów, Lily-yo zjechała po lianie do jego wnętrza. To była chatka Klat. Prowodyrka z ledwością przecisnęła się do środka, tak małe byłe wejście. Ludzie budowali jak najmniejsze drzwi, powiększali je, w miarę jak rośli, by zapobiec wizytom nieproszonych gości. W chatce Klat panował wzorowy porządek. W miękkim miąższu wnętrza zostało wycięte łóżko; tutaj sypiała pięcioletnia dziewczynka, gdy ogarnęła ją senność pośród niezmiennej zieloności lasu. Na łóżku leżała dusza Klat. Lily-yo zatknęła ją za pas. Wciągnęła się na lianę i ująwszy nóż, cięła w miejscu, gdzie usunięto korę drzewa i orzech łączył się z żywym drewnem. Po kilku ciosach spoiwo puściło. Chatka Klat zawisła na moment, po czym zleciała na dół. Gdy zniknęła w ogromnych, mięsistych liściach, nastąpiło wśród nich poruszenie. Coś walczyło o przywilej pożarcia wielkiego kęsa.
Lily-yo wdrapała się z powrotem na konar. Na chwilę przystanęła dla złapania oddechu. Szybciej niż kiedyś dostawała zadyszki. W zbyt wielu polowaniach brała udział, za dużo urodziła dzieci, stoczyła zbyt wiele walk. Z rzadką i przelotną zadumą nad sobą spojrzała na swe gołe, zielone piersi. Były mniej pełne, niż kiedy po raz pierwszy dopuściła do siebie mężczyznę Harisa, zwisały niżej. Kształt miały nie tak piękny. Instynktownie wiedziała, że minęła jej młodość. Instynktownie wiedziała, że nadszedł czas, by Odejść Wyżej.
Grupa oczekiwała jej przy Zagłębieniu. Pobiegła do nich, pozornie sprawna jak zawsze, ale serce ciążyło jej kamieniem. Zagłębienie w złączeniu konara z pniem przypominało odwróconą do góry dłoń. Tam gromadziły się ich zapasy wody. Grupa obserwowała wchodzącą na pień kolumnę mocarmitów. Jeden z mocarmitów kilkakrotnie pozdrowił bezgłośnie ludzi. Pomachali mu w odpowiedzi. Jeżeli w ogóle mieli sojuszników, były nimi mocarmity. Tylko pięć wielkich rodzin przetrwało wśród rozpasanego zielonego żywiołu: osice, pszczelce, mrówce i mocarmity, które stworzyły społeczeństwa owadzie, potężne i niezniszczalne, a piątą stanowił człowiek, łatwo i nędznie ginący, nie zorganizowany tak jak owady, lecz nie wymarły, ostatni przedstawiciel zwierząt w całym wszechzwycięskim świecie roślin.
Lily-yo podeszła do grupy. Ona również wodziła spojrzeniem za ruchomą kolumną mocarmitów, dopóki nie znikły w pokładach zieleni. Mogły żyć na dowolnym poziomie wielkiego lasu, w Wierzchołkach czy na Dnie, w dole. Pierwsze i ostatnie z owadów; dopóki cokolwiek będzie żyło, mocarmity i osice nie zginą. Lily-yo spuściła wzrok i przywołała grupę. Wydobywszy duszę Klat, na oczach wszystkich wzniosła ją nad głowę, by dobrze widzieli.
– Zieleń zabrała Klat – powiedziała. – Jej dusza musi powędrować do Wierzchołków, jak nakazuje obyczaj. Flor i ja zabierzemy ją tam natychmiast, abyśmy mogły podążyć za mocarmitami. Daphe, Hy, Ivin, Jury, wy strzeżcie dobrze mężczyzny Harisa i dzieci do naszego powrotu.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Długie popołudnie Ziemi
— Jędrzej Burszta

Tegoż twórcy

Superchałtura
— Jarosław Loretz

Fantastyczne przedwiośnie
— Jędrzej Burszta

Dużo nie znaczy dobrze
— Jakub Gałka

Gnicie
— Eryk Remiezowicz

Mroczna przestarzałość
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.