Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Ray Bradbury
‹451° Fahrenheita›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Tytuł451° Fahrenheita
Tytuł oryginalnyFahrenheit 451
Data wydania20 maja 2008
Autor
PrzekładIwona Michałowska-Gabrych
Wydawca Solaris
ISBN978-83-7590-011-8
Format220s.
Cena25,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

451° Fahrenheita

Esensja.pl
Esensja.pl
Ray Bradbury
« 1 2 3 »

Ray Bradbury

451° Fahrenheita

– Nie wiem. – Znów się zaśmiał, lecz szybko spoważniał. – A co?
– Śmieje się pan, kiedy nie mówię nic śmiesznego, i natychmiast pan odpowiada. Nawet przez chwilę nie zastanawia się pan nad tym, o co pytam.
Zatrzymał się.
– Rzeczywiście jesteś dziwna – rzekł, przyglądając się jej. – Nie masz ani krzty szacunku?
– Nie chciałam pana urazić. Chyba za bardzo lubię obserwować ludzi.
– A to nic dla ciebie nie znaczy? – Wskazał liczbę 451 wyszytą na osmalonym rękawie.
– Och, znaczy – wyszeptała i przyspieszyła. – Patrzył pan kiedyś, jak samochody odrzutowe pędzą tymi bulwarami?
– Nie zmieniaj tematu!
– Czasem sobie myślę, że kierowcy nie wiedzą, co to jest trawa czy kwiat, bo nigdy nie mogą porządnie im się przyjrzeć – rzekła. – Gdy im pokazać zieloną plamę, powiedzą: „No jasne, to trawa!”. Różową – to rosarium! Białe plamy to domy. Brązowe – krowy. Mój wujek kiedyś jechał powoli autostradą. Sunął czterdzieści mil na godzinę i aresztowali go na dwa dni. Zabawne, co? I smutne…
– Za dużo myślisz – rzekł Montag głucho.
– Nie przepadam za ścianowizją ani za wyścigami w parku rozrywki, więc mam dużo czasu na zwariowane myśli. Widział pan te długie na dwieście stóp billboardy za miastem? Wie pan, że dawniej billboardy miały tylko dwadzieścia stóp? Ale samochody zaczęły jeździć tak szybko, że trzeba było rozciągnąć reklamę, bo inaczej nikt nie zdążyłby jej przeczytać.
– Nie wiedziałem! – Montag wydał z siebie krótkie parsknięcie.
– Założę się, że wiem jeszcze jedną rzecz, której pan nie wie. Rankiem na trawie osadza się rosa.
Nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedyś o tym wiedział, i strasznie go to rozdrażniło.
– A jeśli spojrzy się tam – wskazała niebo – można dostrzec w księżycu człowieka.
Dawno nie patrzył.
Resztę drogi przeszli w milczeniu, które najwyraźniej nie przeszkadzało dziewczynie, lecz strażaka uwierało do tego stopnia, że od czasu do czasu posyłał jej oskarżycielskie spojrzenia. Gdy dotarli do jej domu, w środku paliły się wszystkie światła.
– Co się dzieje? – zdziwił się Montag. Rzadko widywał tak rzęsiście oświetlone domy.
– Och, po prostu rodzice i wujek siedzą sobie i gadają. To coś jak chodzenie pieszo, tylko rzadsze. Opowiadałam już panu, jak kiedyś aresztowano wujka za to, że szedł piechotą? Jak pan widzi, jesteśmy dość specyficzni.
– Ale o czym wy tak gadacie?
Zaśmiała się.
– Dobranoc! – I ruszyła w stronę domu. Potem, jakby sobie coś przypomniała, odwróciła się i spojrzała na Montaga z mieszaniną zdumienia i ciekawości. – Czy pan jest szczęśliwy?
– Czy co?! – wykrzyknął.
Ale jej już nie było. Biegła w świetle księżyca. Potem drzwi domu zamknęły się łagodnie.

– Szczęśliwy! Co za brednie!
Przestał się śmiać.
Włożył rękę w otwór frontowych drzwi, a one rozsunęły się, rozpoznając jego dotyk.
Jasne, że jestem szczęśliwy. Co ta mała sobie wyobraża? – zapytał milczące pokoje. Przez chwilę wpatrywał się w kratkę wentylacyjną korytarza i nagle przypomniał sobie, co leży schowane za nią. Miał wrażenie, że to coś spogląda na niego. Szybko odwrócił wzrok.
Co za dziwne spotkanie. I noc dziwna. Montag nie pamiętał nic podobnego z wyjątkiem pewnego popołudnia sprzed roku, kiedy spotkał w parku starszego pana i naprawdę z nim rozmawiał…
Potrząsnął głową. Spojrzał na gołą ścianę i ujrzał na niej twarz dziewczyny. Była całkiem ładna. Szczerze mówiąc, wręcz zdumiewająca. Wyglądała jak tarcza małego zegara, ledwie widoczna w ciemnym pokoju w środku nocy, gdy budzisz się i sprawdzasz, która godzina, a ona podaje ci ją – i minutę, i sekundę – swoim bezgłośnym, białym, świetlistym tonem, z niezachwianą pewnością tego, co powinna powiedzieć o nocy płynącej powoli ku coraz to głębszym ciemnościom, ale i ku nowemu słońcu.
– Co jest? – zapytał Montag swoje drugie ja, podświadomego idiotę, który od czasu do czasu wyrywał się na wolność i zaczynał bredzić, zupełnie niezależny od woli, nawyków, sumienia.
Potem znów spojrzał na ścianę, przeglądając się w tej twarzy jak w lustrze. Dziwne. Ilu ludzi, których znał, załamywało i zwracało mu jego własne światło? Większość z nich była raczej – szukał porównania i znalazł je w swojej pracy – pochodniami, płonącymi tak długo, aż się wypaliły. Jakże rzadko twarze innych osób wydobywały i pokazywały ci twoją własną twarz, twoją najgłębszą drżącą myśl?
Jakąż niewiarygodną moc identyfikacji miała ta dziewczyna; była jak rozentuzjazmowany widz na przedstawieniu teatru marionetek, przewidujący z sekundowym wyprzedzeniem każde mrugnięcie, każdy ruch ręki, kiwnięcie palcem. Jak długo szli razem? Trzy minuty? Pięć? Teraz tamten czas rozrósł się do niewiarygodnych rozmiarów, ona zaś – do olbrzymiej postaci, stojącej przed nim na scenie i rzucającej na ścianę gigantyczny cień swego szczupłego ciała. Czuł, że jeśli zaswędzi go oko, dziewczyna może mrugnąć. A jeśli mięśnie jego twarzy niedostrzegalnie się rozciągną, ona ziewnie wcześniej niż on.
Hm, pomyślał, jak się zastanowić, to było niemal tak, jakby na mnie czekała na tej ulicy, o tej diabelnie późnej porze…

Otworzył drzwi sypialni.
To było jak wejście do zimnego marmurowego mauzoleum. Księżyc zniknął. Całkowita ciemność, ani śladu srebrzystego świata z zewnątrz, okna szczelnie zamknięte; grobowiec, do którego nie miał prawa przeniknąć najlżejszy dźwięk wielkiego miasta. I nie był pusty.
Montag nasłuchiwał.
Nieznaczny szum w powietrzu, jak bzyczenie komara, elektryczny pomruk osy ukrytej w swoim ciepłym, różowym gniazdku. Niemal tak głośny, by wychwycić melodię.
Czuł, jak jego uśmiech ześlizguje się, topnieje, opada niczym wosk fantastycznej świecy, która płonęła zbyt długo, a teraz załamała się i zgasła. Ciemność. Nie jestem szczęśliwy. Nie jestem szczęśliwy. Powtarzał te słowa, uświadamiając sobie, że są prawdziwe. Nosił swój zastygły uśmiech jak maskę, a dziewczyna zdarła mu ją i uciekła przez trawnik, a nie mógł przecież zapukać do jej drzwi z prośbą, by mu ją oddała.
Nie zapalając światła, próbował sobie wyobrazić, jak wygląda pokój. Żona rozwalona na łóżku, bez przykrycia, zimna niczym ciało ułożone na płycie grobowca, z nieruchomymi oczyma wlepionymi w sufit, jakby je trzymały niewidzialne stalowe druty. A w uszach muszle – maleńkie, mocno wciśnięte radyjka, emitujące nieprzerwany strumień elektronicznego szumu, muzyki, rozmów, muzyki, rozmów, wyrzucanych na brzeg jej bezsennego umysłu. Ten pokój w istocie był pusty. Każdej nocy nadciągały fale dźwięków, porywając ją i niosąc na swoich hałaśliwych grzbietach ku porankowi. Nigdy nie zamykała oczu. W ciągu ostatnich dwóch lat nie było nocy, podczas której Mildred nie pływałaby w tym morzu, nie zanurzała się z lubością wciąż na nowo.
W sypialni panował chłód, ale mimo to Montag miał wrażenie, że brak mu tchu. Nie chciał rozsuwać zasłon i otwierać oszklonych drzwi. Nie chciał, by księżyc zajrzał do pokoju. Czując się jak ktoś, kto w ciągu najbliższej godziny umrze z braku powietrza, ruszył więc po omacku ku swojemu rozłożonemu, samotnemu, zimnemu łóżku.
Zanim jeszcze jego stopa uderzyła o coś leżącego na podłodze, przeczuł, że to nastąpi. Przypominało to odczucie, które miał przed skręceniem za róg, gdy nieomal znokautował dziewczynę. Jego stopa, wysyłając przed siebie wibracje, napotkała sygnał emitowany przez niewielką barierę na drodze. Kopnęła. Niewidoczny przedmiot brzdęknął głucho i przesunął się.
Montag stał prosto, wsłuchując się w dźwięki dobiegające z sąsiedniego łóżka, skrytego w absolutnej ciemności. Oddech dochodzący z nozdrzy był tak słaby, że pobrzmiewały w nim zaledwie odległe echa życia – maleńki listek, czarne pióro, włos.
Nadal nie chciał wpuszczać tu światła. Wyjął zapalniczkę, wyczuł palcami salamandrę wygrawerowaną na srebrnym dysku, pstryknął…
W blasku małego ognika patrzyły na niego dwa księżycowe kamienie, blade, zatopione pod taflą czystej wody, ponad którą płynęło życie świata, nie dotykając jej.
– Mildred!
Jej twarz była jak zagrzebana pod śniegiem wyspa, niezdolna poczuć, że pada na nią deszcz; że przepływające chmury rzucają na nią swoje cienie. Były tylko pomruki maleńkich os w zatkanych szczelnie uszach, szkliste spojrzenie i wątły oddech, wchodzący i wychodzący, wchodzący i wychodzący z ciała doskonale obojętnego na to, czy oddycha.
Przedmiot, który Montag niechcący kopnął, połyskiwał na podłodze obok nogi jego własnego łóżka. Mała szklana buteleczka, tego ranka zawierająca trzydzieści tabletek nasennych, teraz, po oględzinach w świetle małego płomyka, okazała się otwarta i pusta.
« 1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Krótko o książkach: Czytajmy, póki nie jest to zbrodnią
— Miłosz Cybowski

Przeczytaj to jeszcze raz: Ogień nie do ugaszenia
— Dominika Cirocka

Esensja czyta: IV kwartał 2008
— Artur Chruściel, Ewa Drab, Jakub Gałka, Daniel Gizicki, Anna Kańtoch, Paweł Sasko, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: Czytajmy, póki nie jest to zbrodnią
— Miłosz Cybowski

Przeczytaj to jeszcze raz: Ogień nie do ugaszenia
— Dominika Cirocka

Esensja czyta: Październik 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Cudzego nie znacie: Figiel czy poczęstunek?
— Michał Kubalski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.