Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 marca 2021
w Esensji w Esensjopedii

Dan Simmons
‹Upadek Hyperiona›

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUpadek Hyperiona
Tytuł oryginalnyThe Fall of Hyperion
Data wydania27 czerwca 2008
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
CyklHyperion
ISBN978-83-7480-087-7
Format656s. 135×205mm; oprawa twarda
Cena49,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Upadek Hyperiona

Esensja.pl
Esensja.pl
Dan Simmons
1 2 »
Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Dana Simmonsa „Upadek Hyperiona”. Książka ukazała sie nakładem wydawnictwa MAG.

Dan Simmons

Upadek Hyperiona

Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Dana Simmonsa „Upadek Hyperiona”. Książka ukazała sie nakładem wydawnictwa MAG.

Dan Simmons
‹Upadek Hyperiona›

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUpadek Hyperiona
Tytuł oryginalnyThe Fall of Hyperion
Data wydania27 czerwca 2008
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
CyklHyperion
ISBN978-83-7480-087-7
Format656s. 135×205mm; oprawa twarda
Cena49,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Rozdział 1
W dniu, kiedy armada wyruszyła na wojnę – w ostatnim dniu życia, do jakiego przywykliśmy – zostałem zaproszony na przyjęcie. Wszędzie odbywały się wtedy przyjęcia, w ponad stu pięćdziesięciu światach Sieci, ale tylko to jedno naprawdę się liczyło.
Za pośrednictwem datasfery potwierdziłem przyjęcie zaproszenia, upewniłem się, że mój najlepszy smoking jest świeżo wyprany, bez pośpiechu wykąpałem się i ogoliłem, ubrałem z wyszukaną elegancją i użyłem jednorazowego klucza w chipie zaproszeniowym, aby o oznaczonej porze przenieść się z Nadziei na Pierwszą Tau Ceti.
Na tej półkuli TC2 zapadał zmierzch. Padające niemal poziomo promienie słońca łagodnie oświetlały wzgórza i doliny Jeleniego Parku, szare wieże położonego daleko na południu Centrum Administracyjnego, płaczące wierzby i płomienne paprocie ogniste nad brzegami Tetydy, a także białą kolumnadę samej siedziby rządu. Goście przybywali tysiącami. Pracownicy biura ochrony witali każdego z osobna, porównywali podany na zaproszeniu kod ze wzorcem DNA, po czym wdzięcznym gestem wskazywali drogę do baru i bufetu.
– M. Joseph Severn? – spytał uprzejmie mój przewodnik.
– Tak – skłamałem. Tak się teraz nazywałem, nie była to jednak moja prawdziwa tożsamość.
– Przewodnicząca Gladstone chętnie się z panem spotka, dziś wieczorem, ale nieco później. Zostanie pan zawiadomiony, gdy będzie mogła pana przyjąć.
– Znakomicie.
– Jeżeli życzyłby pan sobie innych napojów, przystawek lub rozrywek niż te, które już są do dyspozycji gości, wystarczy, że wypowie pan swoje życzenie na głos. Monitory dołożą wszelkich starań, aby je spełnić.
Skinąłem głową, uśmiechnąłem się i ruszyłem dalej. Zanim zdążyłem zrobić dziesięć kroków, mój przewodnik zwrócił się już do następnych gości schodzących z platformy terminalu.
Z mojego punktu widokowego – znajdowałem się na niewielkim wzniesieniu – widziałem kilkutysięczny tłum gości: kłębili się na setkach akrów wypielęgnowanej trawy, a niektórzy spacerowali po zagajnikach ozdobnie przyciętych drzew i krzewów. Powyżej rozległego trawnika, na którym stałem, tonącego już w cieniu nadrzecznych drzew, rozciągały się reprezentacyjne ogrody, za nimi zaś wznosił się majestatyczny gmach rządowy. Na patio grała orkiestra, a ukryte głośniki niosły muzykę do najdalszych zakątków Parku Jeleni. Spod zawieszonego w górze portalu transmitera na ziemię spływał spiralą nieprzerwany strumień EMV. Przez chwilę obserwowałem kolorowo odzianych pasażerów, wysiadających na platformie obok terminalu dla pieszych. Fascynowała mnie różnorodność pojazdów: wieczorne słońce odbijało się nie tylko w lśniących karoseriach standardowych ­vikkenów, altzów i sumatso, ale błyszczało też na rokokowych pokładach barek lewitacyjnych i metalowych kadłubach zabytkowych śmigaczy, które uchodziły za staromodne jeszcze w czasach, gdy istniała Stara Ziemia.
Długim łagodnym zboczem zszedłem nad samą Tetydę, nieopodal przystani, gdzie pasażerowie szerokimi strumieniami wylewali się z wprost niewiarygodnej zbieraniny pojazdów pływających. Tetyda była jedyną rzeką przecinającą Sieć: przepływając przez zbudowane specjalnie dla niej portale transmiterów, łączyła ponad dwieście planet i księżyców, a zamieszkujący na jej brzegach ludzie należeli do najbogatszych w całej Hegemonii. Pojazdy, którymi przybywali na Pierwszą Tau Ceti, jednoznacznie to potwierdzały – potężne krążowniki z blankowanymi kasztelami; powiewające mnóstwem żagli barkentyny; pięciopoziomowe barki, niejednokrotnie zaopatrzone w generatory lewitacyjne; ozdobne łodzie mieszkalne z własnymi transmiterami na pokładzie; małe ruchome wyspy przeniesione z oceanów Maui-Przymierza; sportowe ślizgacze i łodzie podwodne pochodzące z czasów przed hegirą; ręcznie rzeźbione wodne EMV z Renesansu; przybyło też kilka nowoczesnych jachtów terenowych – ich kadłuby kryły się pod jajowatymi, lustrzanymi, idealnie gładkimi powłokami pól siłowych.
Goście, którzy z nich wysiadali, prezentowali nie mniej barwny i imponujący przekrój gustów i stylów: od przedhegiryjskich, konserwatywnych strojów wieczorowych okrywających ciała nietknięte kuracjami Poulsena, po najnowsze twory projektantów mody z Pierwszej Tau Ceti, drapowane na sylwetkach rzeźbionych przez najsłynniejszych ARNistów Sieci.
Ruszyłem dalej i zatrzymałem się przy podłużnym stole, by nałożyć sobie na talerz plaster rostbefu, sałatkę, filet z podniebnej kałamarnicy, curry z Parvati i świeży, jeszcze ciepły chleb.
Zanim znalazłem w pobliżu ogrodu miejsce do siedzenia, blask zachodzącego słońca przybladł, nastał zmierzch i pojawiły się pierwsze gwiazdy. Światła miasta i Centrum Administracyjnego zostały na ten jeden wieczór przyćmione, by ułatwić podziwianie armady. Niebo nad Pierwszą Tau Ceti od wieków nie było tak czyste i pogodne.
Siedząca nieopodal kobieta zerknęła z uśmiechem w moją stronę.
– My się chyba znamy…
Odpowiedziałem uśmiechem, chociaż wiedziałem, że się myli. Była niezwykle atrakcyjna i – na oko – dwukrotnie starsza ode mnie: miała około pięćdziesięciu lat standardowych, wyglądała jednak młodziej niż ja, dwudziestosześciolatek, a wszystko dzięki pieniądzom i Poulsenowi. Skórę miała tak białą, że niemal przezroczystą, włosy zaplecione w warkocz i upięte do góry, piersi – które delikatna jak mgiełka suknia bardziej odsłaniała niż ukrywała – idealne. W jej oczach czaiło się okrucieństwo.
– Być może – odparłem. – Wydaje mi się to jednak mało prawdopodobne. Nazywam się Joseph Severn.
– Naturalnie! Jest pan artystą!
Nie byłem artystą. Kiedyś, dawno temu, byłem… poetą. Ale rzeczywiście, z danych persony Severna, którą przejąłem przed rokiem, po stracie mojej pierwotnej tożsamości, wynikało, że jestem artystą. Wszystko zostało zapisane w moim pliku we WszechJedności.
– Pamiętam pana! – Roześmiała się.
Kłamała. Za pomocą drogiego komlogu wszczepionego w ciało połączyła się z datasferą.
Ja nie musiałem się z niczym „łączyć”… Cóż to było za niezręczne i niepotrzebne określenie; gardziłem nim mimo jego starożytnej proweniencji. Wystarczyło, że w wyobraźni zamknąłem oczy – i już byłem w samym środku datasfery. Omijałem symboliczne zabezpieczenia WszechJedności i nurkowałem w powierzchniowych falach informacji, podążając za świetlistą pępowiną dostępową w głąb mrocznej toni „bezpiecznego” strumienia danych.
– Nazywam się Diana Philomel – powiedziała. – Mój mąż jest zarządcą transportu regionalnego na Sol Draconi Septem.
Skinąłem głową i uścisnąłem podaną mi dłoń. Ani słowem nie wspomniała o tym, że jej mąż był kiedyś naczelnym palantem w związku zawodowym skrobaczy pleśni na Bramie Niebios, zanim polityczni protektorzy awansowali go na Sol Draconi; ani że dawniej nazywała się Dinee Cycatka i zarabiała na życie jako kelnerka i kurewka obsługująca czyścicieli przewodów wentylacyjnych na Środkowych Pustkowiach; ani że dwa razy aresztowano ją za nadużywanie Czaru Wspomnień – przy drugiej okazji poważnie poharatała niedoszłego lekarza rodzinnego; ani że w wieku dziewięciu lat otruła swojego przyrodniego brata, po tym, jak zagroził, że powie jej ojczymowi o schadzkach Dinee z górnikiem z Błotopłasku, który nazywał się…
– Miło mi panią poznać, M. Philomel – powiedziałem.
Miała ciepłą dłoń. Odrobinę zbyt długo przytrzymała moje palce.
– Czy to nie ekscytujące? – wyszeptała.
– Co takiego?
Zamaszystym gestem ogarnęła noc, zapalające się żarkule, tłumy w ogrodach.
– Ach, to przyjęcie, ta wojna… Wszystko.
Uśmiechnąłem się, pokiwałem głową i spróbowałem rostbefu. Był krwisty i całkiem niezły, choć lekki słonawy posmak zdradzał, że pochodzi z kadzi klonowniczych na Lususie. Za to kałamarnica wydała mi się najzupełniej prawdziwa. Kelnerzy podali szampana, napiłem się trochę; smakował podle. Dobre wino, szkocka whisky i kawa – tych trzech towarów nie dało się niczym zastąpić po śmierci Starej Ziemi.
– Myśli pani, że ta wojna jest konieczna? – zapytałem.
Diana Philomel otworzyła usta, żeby mi odpowiedzieć, ale uprzedził ją mąż.
– Ależ naturalnie, do licha!
Podszedł od tyłu i dołączył do nas na sztucznej kłodzie drewna, na której zasiedliśmy do kolacji. Był wysokim mężczyzną, dobre półtorej stopy wyższym ode mnie. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że ja jestem raczej niski. Pamięć podpowiada mi, że kiedyś napisałem wiersz, w którym zadrwiłem z siebie tymi słowy: „Pan John Keats, co ma pięć stóp wzrostu”. W rzeczywistości mierzę całe pięć stóp i jeden cal, ale już za życia Wellingtona i Napoleona nie było to dużo, bo średni wzrost mężczyzny kształtował się w granicach pięciu i pół stopy; w czasach współczesnych zaś, gdy ludzie z planet o przeciętnej sile ciążenia dorastają do sześciu, siedmiu stóp, jest to wręcz rozpaczliwie mało. Nie miałem ani grubych kości, ani potężnej muskulatury, które sugerowałyby, że wywodzę się z któregoś ze światów o większej grawitacji, dla przeciętnego obserwatora byłem więc zwyczajnie niski. (Kiedy cytuję tu swoje przemyślenia, odruchowo używam miar, w których myślę… Ze wszystkich zmian, jakie zaszły od czasu moich ponownych narodzin w Sieci, zdecydowanie najwięcej trudności sprawia mi myślenie w systemie metrycznym. Czasem staram się tego w ogóle nie robić).
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Imperium wcale się nie rozpadło

Na rubieżach rzeczywistości:

Imperium wcale się nie rozpadło
— Marcin Knyszyński

Lęk i odraza w Kalifornii
— Marcin Knyszyński

Las oblany słonecznym blaskiem
— Marcin Knyszyński

Dick jak Dickens
— Marcin Knyszyński

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Władcy Bólu strzeż się, strzeż
— Jakub Gałka

Tegoż twórcy

Thriller nadprzyrodzony
— Miłosz Cybowski

Czytając (dobre) science fiction
— Daniel Markiewicz

Śmierć na lodach Arktyki
— Tomasz Kujawski

Przeczytaj to jeszcze raz: Między realizmem a fantastyką
— Miłosz Cybowski

Esensja czyta: Grudzień 2012
— Kamil Armacki, Jacek Jaciubek, Anna Kańtoch, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Potwór z Londynu
— Jacek Jaciubek

Esensja czyta: Październik 2012
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Daniel Markiewicz, Agnieszka Szady

Esensja czyta: Październik 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Sierpień 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka

Esensja czyta: Październik-listopad 2009
— Jędrzej Burszta, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Marcin T.P. Łuczyński, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski, Krzysztof Wójcikiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.