Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Guy Gavriel Kay
‹Władca cesarzy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWładca cesarzy
Tytuł oryginalnyLord of Emperors
Data wydania27 kwietnia 2004
Autor
PrzekładAgnieszka Sylwanowicz
Wydawca Zysk i S-ka
CyklSarantyńska mozaika
ISBN83-7150-998-7
Format480s. 135×205mm
Cena35,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Władca cesarzy

Esensja.pl
Esensja.pl
Guy Gavriel Kay
« 1 5 6 7

Guy Gavriel Kay

Władca cesarzy

Shirvan z Bassanii na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Rustem znów ujrzał w ich głębi czarną wściekłość, mimo leku, który podał pacjentowi.
– To mnie… martwi – rzekł bardzo cicho król królów. W jego głosie Rustem nie słyszał jednak zatroskania. Przyszło mu nagle na myśl pytanie, czy król także wykrył kaabę na grocie i drzewcu. Zażywał ją od dwudziestu pięciu lat. Jeśli znał tę truciznę, to pozwolił dotknąć jej trzem lekarzom, nie ostrzegłszy ich przed nią, i tak samo zamierzał postąpić z Rustemem. Próba umiejętności? Kiedy znajdował się na łożu śmierci? Jaki człowiek…? Rustem zadrżał mimowolnie.
– Wydaje się – rzekł Wielki Shirvan – że ktoś oprócz mnie budował u siebie odporność na trucizny. Sprytne. Muszę powiedzieć, że to było sprytne. – Milczał przez dłuższy czas. – Murash. Właściwie byłby dobrym królem. – Odwrócił się i spojrzał przez okno; w ciemności nic nie było widać. Dochodziło zawodzenie wiatru wiejącego znad pustyni. – Zdaje się – odezwał się król – że zarządziłem śmierć niewłaściwego syna i jego matki. – Nastąpiła kolejna, krótka cisza. – To mnie martwi – powiedział znów. – Czy tych rozkazów nie można odwołać, wielki panie? – zapytał z wahaniem Rustem.
– Oczywiście, że nie – odparł król królów. – Rustem później miał uznać, że najbardziej przerażającą rzeczą owego dnia był nieodwołalny ton tego głosu. – Wezwij wezyra – rzekł Shirvan z Bassanii, patrząc w noc. – I mego syna.
Lekarz Rustem, syn Zoraha, gorąco zapragnął w tej chwili znaleźć się w swoim małym domu chronionym okiennicami przed wiatrem i ciemnością, razem z Katyun i Dżaritą, dwojgiem spokojnie śpiących małych dzieci, późnym kubkiem wina przyprawionego ziołami przy łokciu i ogniem na palenisku oraz świadomością, że świat nie zastukał do jego drzwi.
Zamiast tego skłonił się mężczyźnie leżącemu na łóżku i podszedł do drzwi.
– Lekarzu – odezwał się król królów. Rustem odwrócił się. Bał się i czuł zupełnie nie na miejscu. – Wciąż jestem twoim pacjentem. Nadal odpowiadasz za moje zdrowie. Postępuj odpowiednio.
Głos brzmiał stanowczo, przepojony zimną wściekłością.
Nie trzeba było jakiejś niezwykłej subtelności, by zrozumieć, co to może oznaczać.
Jeszcze tego popołudnia, w godzinie, gdy na pustyni zbudził się wiatr, Rustem znajdował się w swoim skromnym pokoju lekarskim i przygotowywał się do udzielenia czterem uczniom lekcji na temat leczenia prostej zaćmy zgodnie z uczonymi pomysłami Merowiusza z Trakezji.
Otworzył drzwi. W świetle pochodni płonących na korytarzu ujrzał tuzin zmęczonych dworaków. Służący albo żołnierze przynieśli im ławki; niektórzy z czekających siedzieli zgarbieni, opierając się o kamienne ściany.
Rustem skinął głową Mazendarowi, a potem młodemu księciu, który, stojąc nieco z dala od innych, modlił się z twarzą zwróconą ku ciemnemu otworowi strzelniczemu.
Dowódca garnizonu Vinaszh – jedyny człowiek, którego tu znał – uniósł brwi w niemym pytaniu i postąpił krok do przodu. Rustem potrząsnął głową, ale po chwili zmienił zdanie. „Nadal odpowiadasz”, powiedział król królów. „Postępuj odpowiednio”.
Rustem przepuścił wezyra i księcia do pokoju, a następnie gestem nakazał komendantowi, by także wszedł do środka. Nic nie mówił, ale kiedy żołnierz przestępował próg, przez chwilę patrzył mu w oczy, a potem cofnął się i zamknął drzwi.
– Ojcze! – zawołał książę.
– To, co ma być, zostało zapisane dawno temu – mruknął spokojnie Shirvan z Bassanii. Opierał się o poduszki z nagim torsem owiniętym lnianymi bandażami. – Z łaski Peruna i Pani zamysły Czarnego Azala zostały na jakiś czas zniweczone. Lekarz usunął strzałę.
Wezyr, wyraźnie poruszony, przesunął sobie ręką przed twarzą i ukląkł, dotykając czołem posadzki. Książę Murash, który patrzył na ojca rozszerzonymi oczyma, odwrócił się szybko do Rustema.
– Chwała Perunowi! – zawołał, po czym kilkoma zamaszystymi krokami podszedł do Rustema i chwycił obiema rękami jego dłonie. – Zostaniesz wynagrodzony, lekarzu!
Rustem nie cofnął się gwałtownie tylko dzięki najwyższemu opanowaniu i rozpaczliwej wierze we własną wiedzę. Serce waliło mu jak młotem.
– Chwała Perunowi! – powtórzył książę Murash, odwracając się do łóżka i klękając w ślad za wezyrem.
– Zawsze – zgodził się cicho król. – Strzała zabójcy leży na komodzie pod oknem, synu mój. Była na niej trucizna. Kaaba. Wrzuć ją do ognia.
Rustem wstrzymał oddech. Spojrzał szybko na Vinaszha, znów napotykając jego wzrok, i z powrotem na księcia.
Murash wstał.
– Uczynię to z radością, mój ojcze i królu. Ale trucizna? Jak to możliwe?
Podszedł do okna i sięgnął ostrożnie po kłąb lnianych bandaży, leżący obok narzędzi Rustema.
– Weź ją w dłonie, synu mój – rzekł Shirvan z Bassanii, król królów, Miecz Peruna. – Jeszcze raz weź ją w gołe dłonie.
Książę bardzo powoli odwrócił się do łóżka. Wezyr już wstał i pilnie go obserwował.
– Nie rozumiem. Sądzisz, że trzymałem już tę strzałę w rękach? – zapytał książę Murash.
– Na twoich dłoniach pozostał zapach, mój synu – rzekł poważnie Shirvan. Rustem ostrożnie postąpił krok w kierunku króla. Książę odwrócił się – na pozór zdumiony, nic więcej – i spojrzał na swoje ręce, a potem na Rustema.
– Ale wtedy otrułbym też i lekarza – powiedział.
Shirvan spojrzał na Rustema. Ciemna broda nad jasnymi lnianymi bandażami, oczy czarne i zimne. „Postępuj odpowiednio”, powiedział. Rustem odchrząknął.
– Usiłowałbyś to zrobić – rzekł. Serce mocno mu biło. – Jeżeli dotykałeś strzały, mierząc do króla, to kaaba przeniknęła przez twoją skórę i znajduje się już w twoim ciele. Twój dotyk nie stanowi żadnego zagrożenia, książę. Już nie.
Wierzył, że to prawda. Tak go uczono. Nigdy nie widział, by ktoś to sprawdzał. Czuł się dziwnie lekko, jakby pokój nieco się chwiał – niczym dziecięca kołyska.
Wtedy zobaczył, że oczy Murasha ciemnieją – zupełnie jak oczy jego ojca. Książę sięgnął do pasa, wyszarpnął zza niego nóż i odwrócił się do łóżka.
Wezyr krzyknął. Rustem, nie uzbrojony, postąpił chwiejnie do przodu.
Vinaszh, dowódca garnizonu w Kerakeku, zabił księcia Murasha, trzeciego z dziewięciu synów Shirvana Wielkiego, swoim sztyletem, ciśniętym spod drzwi.
Książę wypuścił broń z pozbawionych życia palców i powoli upadł na łóżko, uderzając twarzą w kolana ojca. Krew wypływająca z przebitego klingą gardła plamiła na czerwono białą pościel.
Shirvan nie poruszył się. Podobnie jak Vinaszh i Rustem.
Po długiej, jakby zamrożonej chwili, król oderwał wzrok od swego martwego syna i spojrzał na żołnierza, a potem na lekarza. Każdemu z nich skinął powoli głową.
– Lekarzu, twój ojciec miał na imię…? – W niedbałym tonie pytania brzmiała lekka ciekawość.
Rustem zamrugał.
– Zorah, wielki panie.
– To imię z kasty wojowników.
– Tak, panie. Był żołnierzem.
– Wybrałeś odmienne życie?
Rozmowa była tak nieprawdopodobna, że aż niesamowita. Rustemowi kręciło się od niej w głowie. W poprzek ciała mężczyzny, z którym tak konwersował, leżał martwy człowiek – jego syn.
– Walczę z chorobami i ranami, mój panie.
Zawsze tak mówił.
Król ponownie skinął głową, z namysłem, jakby stwierdzając, że wszystko się zgadza.
– Oczywiście wiesz, że królewskim lekarzem może zostać tylko członek kasty kapłańskiej. – To fakt. A jednak świat stuka do jego drzwi. Rustem opuścił głowę. Milczał. – Zostanie to załatwione latem podczas następnego Obrzędu Wstąpienia przed Świętym Płomieniem.
Rustem z wysiłkiem przełknął ślinę. Robił to chyba przez całą noc. Odchrząknął.
– Jedna z moich żon pochodzi z kasty gminu, wielki królu.
– Zostanie hojnie wynagrodzona. Jest dziecko?
– Dziewczynka, mój panie.
Król wzruszył ramionami.
– Znajdzie się dla niej łagodny mąż. Mazendarze, dopilnuj tego. – Dżarita. Jej imię znaczy „pustynny staw”. Czarne oczy, czarne włosy, lekki krok przy wchodzeniu i wychodzeniu z pokoju, jakby nie chciała poruszyć znajdującego się w nim powietrza. Najdelikatniejszy dotyk na świecie. I Inissa, dziecko, które nazywali Issą. Rustem zamknął oczy.– Twoja druga żona pochodzi z kasty wojowników?
Rustem skinął głową.
– Tak, mój panie. I mój syn.
– Mogą zostać wyniesieni podczas uroczystości razem z tobą. I przybyć do Kabadhu. Jeśli zechcesz tam mieć drugą żonę, wszystko zostanie załatwione. – Rustem znów zamknął oczy. Świat jednak walił w jego drzwi, wpadał do domu jak wicher. – To oczywiście nie może nastąpić przed letnim przesileniem. Chciałbym cię jednak wykorzystać wcześniej.
Wyglądasz na zdolnego człowieka. Takich nigdy za wielu. Będziesz mnie tu leczył, lekarzu. A potem wyruszysz dla mnie w zimową podróż. Wydaje się, że jesteś spostrzegawczy. Możesz służyć swemu królowi, zanim jeszcze przejdziesz do wyższej kasty. Wyjedziesz, gdy w twojej ocenie poczuję się na tyle dobrze, by wrócić do Kabadhu.
Rustem otworzył wtedy oczy i powoli podniósł wzrok.
– Dokąd mam się udać, wielki panie?
– Do Sarancjum – odparł Shirvan z Bassanii.
Kiedy król królów zasnął, Rustem wrócił na chwilę do domu, by zmienić zakrwawione ubranie i uzupełnić zioła oraz leki. W wietrznej ciemności było zimno. Wezyr dał mu eskortę. Wyglądało na to, że stał się ważną osobą.
W sumie nie było to zaskakujące, tyle że teraz wszystko było zaskakujące.
Żadna z kobiet nie spała, choć było bardzo późno. Marnowały oliwę, paląc lampy we frontowym pokoju. Gdyby to była zwykła noc, ukarałby Katyun za coś takiego. Wszedł do środka. Obie na jego widok szybko wstały. Oczy Dżarity napełniły się łzami.
– Chwała Perunowi – rzekła Katyun. Rustem patrzył to na jedną, to na drugą.
– Tato – odezwał się ktoś zaspanym głosem. Rustem obejrzał się i zobaczył, jak z dywanu przed paleniskiem podnosi się mała, rozczochrana postać. Shaski tarł oczy. Czekał ze swoimi matkami, ale zasnął. – Tato – powtórzył z wahaniem. Podeszła do niego Katyun i położyła rękę na jego szczupłych ramionach, jakby bojąc się, że Rustem skarci chłopca za to, że jest w pokoju i nie śpi o tak późnej porze.
Rustem poczuł dziwny ucisk w gardle. To nie kaaba. Coś innego. Powiedział ostrożnie:
– Wszystko dobrze, Shaski. Wróciłem.
– A strzała? – zapytał jego syn. – Mówili coś o strzale?
Mówienie sprawiało dziwną trudność. Dżarita płakała.
– Strzała została bezpiecznie usunięta. Posłużyłem się łyżką Enyatiego. Tą, którą mi przyniosłeś. Spisałeś się bardzo dobrze, Shaski.
Na te słowa chłopiec uśmiechnął się nieśmiało i sennie, opierając się głową o talię matki. Dłoń Katyun musnęła jego włosy, delikatna niczym światło księżyca. Oczyma, w których kryło się zbyt wiele pytań, poszukała wzroku Rustema.
Odpowiedzi były zbyt obszerne.
– Idź spać, Shaski. Porozmawiam z twoimi matkami, a potem wrócę do mojego pacjenta. Zobaczymy się jutro. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Tak było, a zarazem nie było. Wyniesienie do kasty kapłanów to coś oszałamiającego, cudownego. Kasty Bassanii trwały nieruchomo jak góry – chyba że chciał je poruszyć król królów. Stanowisko lekarza na dworze oznaczało bogactwo, bezpieczeństwo, dostęp do bibliotek i uczonych, żadnych trosk związanych z kupnem większego domu dla rodziny albo paleniem
lamp oliwnych w nocy. Przyszłość Shaskiego zaczęła się rysować nadspodziewanie pomyślnie.
Co można jednak powiedzieć żonie, która z rozkazu króla królów miała zostać odrzucona i oddana innemu mężczyźnie? I małej? Issie, śpiącej w kołysce. Zostanie mu odebrana mała.
– Wszystko jest w najlepszym porządku – powtórzył Rustem, usiłując samemu w to uwierzyć.

Drzwi otworzyły się, ukazując świat stojący na progu. Dobro i zło szło ramię w ramię, niemożliwe do rozdzielenia. Perunowi zawsze przeciwstawiał się Azal. Obaj bogowie razem weszli w Czas; jeden nie mógł istnieć bez drugiego. Tak nauczali kapłani przed Świętym Płomieniem w każdej świątyni Bassanii.
Kobiety razem zaprowadziły chłopca do jego pokoju. Przechodząc przez próg, Shaski sięgnął w górę i wziął swoje matki za ręce, zagarniając obie dla siebie. „Za bardzo mu ulegają”, pomyślał Rustem. „To nie jest jednak noc na takie rozważania”.
Stał samotnie we frontowym pokoju swego domku wśród zapalonych lamp i płonącego ognia, rozmyślając o losie, przypadkowych chwilach kształtujących ludzkie życie i o Sarancjum.
koniec
« 1 5 6 7
25 marca 2004

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Terapia szokowa

W podziemnym kręgu:

Terapia szokowa
— Marcin Knyszyński

Seksapokalipsa
— Marcin Knyszyński

Odwieczna dialektyka
— Marcin Knyszyński

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym
— Marcin Knyszyński

Bulwar Zachodzącego Słońca 2
— Marcin Knyszyński

Borat Dzong-Un z pasem szahida
— Marcin Knyszyński

Rozkład i rozkładówka
— Marcin Knyszyński

Nowoczesny mit
— Marcin Knyszyński

Horror rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Osaczona
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Czasy przemian
— Ewa Pawelec

Tegoż twórcy

Rozpacz na koturnach
— Beatrycze Nowicka

Opowieść trochę stara, trochę nowa
— Anna Kańtoch

Pora na zmiany
— Anna Kańtoch

Z wycieczką na północ
— Anna Kańtoch

Ocalić pamięć
— Anna Kańtoch

…ale pomyślcie o własnej słabości
— Artur Chruściel

Smutek utraconego świata
— Anna Kańtoch

„Chciałbym zdawać maturę z historii…”
— Aleksandra „Alex” Rudzińska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.