Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Kim Harrison
‹Przynieście mi głowę wiedźmy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPrzynieście mi głowę wiedźmy
Tytuł oryginalnyDead Witch Walking
Data wydania23 września 2009
Autor
PrzekładAgnieszka Sylwanowicz
Wydawca MAG
CyklZapadlisko
ISBN978-83-7480-147-8
Format576s. 115×185mm
Cena39,—
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Przynieście mi głowę wiedźmy

Esensja.pl
Esensja.pl
Kim Harrison
1 2 3 5 »
Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Kim Harrison „Przynieście mi głowę wiedźmy”. Książka będąca pierwszym tomem cyklu „Zapadlisko” ukazała się nakładem wydawnictwa MAG

Kim Harrison

Przynieście mi głowę wiedźmy

Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Kim Harrison „Przynieście mi głowę wiedźmy”. Książka będąca pierwszym tomem cyklu „Zapadlisko” ukazała się nakładem wydawnictwa MAG

Kim Harrison
‹Przynieście mi głowę wiedźmy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPrzynieście mi głowę wiedźmy
Tytuł oryginalnyDead Witch Walking
Data wydania23 września 2009
Autor
PrzekładAgnieszka Sylwanowicz
Wydawca MAG
CyklZapadlisko
ISBN978-83-7480-147-8
Format576s. 115×185mm
Cena39,—
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Rozdział 1
Stałam w mroku, w wejściu opuszczonego sklepu naprzeciwko pubu „Krew i Piwo”, usiłując dyskretnie podciągnąć skórzane spodnie do ich właściwego położenia. To żałosne, pomyślałam, patrząc na opustoszałą w deszczu ulicę. Byłam na to o wiele za dobra.
Zajmowałam się zwykle zatrzymywaniem nielicencjonowanych czarownic oraz tych zajmujących się czarną magią, jako że do schwytania czarownicy trzeba czarownicy. Lecz w tym tygodniu na ulicach było spokojniej niż zazwyczaj. Wszyscy, którzy mogli wyjechać, byli na zachodnim wybrzeżu na naszym dorocznym zjeździe, zostawiwszy mnie z tym bezcennym zleceniem. Proste przyskrzynienie. Takie to już szczęście Zmiany, że tkwiłam tu w ciemności i na deszczu.
– Kogo ja oszukuję? – szepnęłam, podciągając pasek torby wyżej na ramię. Od miesiąca nie wysyłano mnie, żebym przyszpiliła czarownicę – nielicencjonowaną, białą, czarną czy jakąkolwiek inną. Przyprowadzenie syna pani burmistrz na Przemianę odbywającą się nie w czasie pełni księżyca nie było zapewne najlepszym pomysłem.
Zza rogu wyjechał lśniący samochód; w świetle brzęczącej lampy rtęciowej był czarny. Już trzeci raz okrążał kwartał. Skrzywiłam się, kiedy zobaczyłam, że zwalnia.
– Cholera – szepnęłam. – Potrzebuję ciemniejszej kryjówki.
– Myśli, że jesteś dziwką, Rachel – szepnął mi do ucha mój pomocnik i zachichotał. – Mówiłem ci, że w czerwonej bluzce bez pleców wyglądasz jak zdzira.
– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że śmierdzisz jak pijany nietoperz, Jenks? – mruknęłam, ledwie poruszając ustami.
Tego wieczoru pomocnik znajdował się denerwująco blisko, jako że przysiadł na moim kolczyku. Był duży i zwisający – kolczyk, nie pixy. Jenks okazał się pretensjonalnym, złośliwym gnojkiem o wybuchowym charakterze. Wiedział, co prawda, z której strony ogrodu pochodzi jego nektar. I najwyraźniej od incydentu z żabą pozwalano mi zabierać ze sobą najwyżej pixy. Mogłabym przysiąc, że pixy są za duże, by się zmieścić w żabim pysku.
Kiedy samochód zatrzymał się z sykiem opon na mokrym asfalcie, podeszłam powoli do krawężnika. Automatycznie otwierana, przyciemniona szyba opuściła się z jękiem mechanizmu. Pochyliłam się z moim najładniejszym uśmiechem i machnęłam legitymacją. Ze spojrzenia pana Jednobrewego zniknęła lubieżność, a jego twarz przybrała barwę popiołu. Samochód ruszył z cichym piskiem opon.
– Jednodniowy wycieczkowicz – powiedziałam z pogardą.
Nie, pomyślałam w przebłysku skruchy. Był normalny, był człowiekiem. Jeśli nawet określenia „jednodniowy wycieczkowicz”, „udomowiony”, „gąbka”, „wymiętek” oraz moje ulubione „przekąska” oddawały istotę sprawy, były politycznie niepoprawne. Ale skoro ten gość podrywał zabłąkane dziewczyny na chodniku w Zapadlisku, to można go było nazwać trupem.
Samochód przejechał na czerwonym świetle, a ja odwróciłam się na gwizdy dziwek, których miejsce zajęłam o zachodzie słońca. Nie były zadowolone, stojąc bezczelnie na rogu naprzeciwko mnie. Pomachałam im, a najwyższa pokazała mi środkowy palec i odwróciła się tyłem, pokazując zgrabną pupę, poprawioną zaklęciem. Dziwka i jej zdecydowanie krzepki kochanek głośno rozmawiali, starając się niepostrzeżenie podawać sobie skręta. Nie pachniał zwykłym tytoniem. Dzisiaj to nie mój problem, pomyślałam i cofnęłam się do cienia.
Oparłam się o zimną kamienną ścianę budynku, wpatrzona w czerwone światła stopu samochodu. Zerknęłam na siebie, marszcząc brwi. Jestem wysoka jak na kobietę – mam około metra siedemdziesiąt – ale nie jestem choćby w przybliżeniu tak długonoga, jak ta dziwka stojąca w następnej kałuży światła. I nie byłam aż tak mocno umalowana. Wąskie biodra i niemal płaski biust nie czyniły ze mnie materiału na prostytutkę. Zanim znalazłam punkty sprzedaży dla leprekaunów, bieliznę kupowałam w dziale „Twój pierwszy stanik”. A tam trudno znaleźć coś bez serduszek i jednorożców.
Moi przodkowie wyemigrowali do starych dobrych Stanów w dziewiętnastym wieku. Jakimś cudem na przestrzeni tych pokoleń wszystkim kobietom udało się zachować zdecydowanie rude włosy i zielone oczy, charakterystyczne dla dzieci naszej irlandzkiej ojczyzny. Jednakże moje piegi są ukryte pod zaklęciem, które tata kupił mi na trzynaste urodziny. Maleńki amulet dał do osadzenia w pierścionku na mały palec. Nigdy nie wychodzę bez niego z domu.
Znowu poprawiłam torbę na ramieniu i westchnęłam. Skórzane spodnie, czerwone buty do kostek i bluzka bez pleców niewiele się różniły od tego, co zwykle wkładałam w piątki, żeby wkurzyć szefa, ale ubrać się w coś takiego na wieczór, idąc na róg ulicy…
– Gówno – mruknęłam do Jenksa. – Wyglądam jak dziwka.
Jego jedyną odpowiedzią było prychnięcie. Nie zareagowałam, co mnie kosztowało nieco wysiłku, i odwróciłam się w stronę baru. Było za wcześnie na pierwszych klientów i oprócz mojego pomocnika oraz stojących dalej „pań”, ulica świeciła pustką. Stałam tu już prawie godzinę, a mojego obiektu nie było ani śladu. Równie dobrze mogłam wejść do środka i zaczekać. Poza tym wewnątrz mogłabym sprawiać wrażenie, że to ja chcę być nagabywana, a nie że sama nagabuję mężczyzn.
Odetchnęłam głęboko, wyciągnęłam z koka upiętego na czubku głowy kilka pasemek kręconych włosów, sięgających ramion, chwilę je układałam, by malowniczo opadały mi na twarz, a na koniec wyplułam gumę. Kiedy przechodziłam przez mokrą jezdnię, stukanie moich obcasów stanowiło żwawy kontrapunkt dla podzwaniania kajdanek wiszących mi u biodra. Stalowe kółka wyglądały jak tandetny rekwizyt, lecz były prawdziwe i wielokrotnie używane. Skrzywiłam się. Nic dziwnego, że pan Jednobrewy się zatrzymał. Używane do pracy, ale nie takiej, o jakiej myślisz.
Mimo wszystko zostałam wysłana w deszcz do Zapadliska, żeby zwinąć leprekauna za uchylanie się od płacenia podatków. Zastanawiałam się, jak niżej mogłabym jeszcze upaść. To pewnie przez to przyszpilenie jasnowidzącego psa w zeszłym tygodniu. Skąd miałam wiedzieć, że to nie wilkołak? Pasował do opisu, jaki dostałam.
Stojąc w wąskim korytarzu i strząsając z ubrania krople deszczu, powiodłam wzrokiem po typowym gównianym wystroju irlandzkiego baru: po fajkach z długimi cybuchami przyczepionymi do ścian, reklamach zielonego piwa, czarnych winylowych siedzeniach i maleńkiej scenie, gdzie jakiś niedoszły gwiazdor rozstawiał przy wieży ustawionej ze wzmacniaczy swoje cymbały i dudy. W powietrzu unosił się delikatny zapach przemycanej Siarki. Obudziły się moje drapieżne instynkty. Zapach miał trzy dni i nie był dość silny, by pójść jego tropem. Gdybym przygwoździła dostawcę, opuściłabym listę przebojów mojego szefa. Może nawet dałby mi coś wartego moich talentów.
– Hej – burknął ktoś obok mnie. – Zastępujesz Tobby?
Porzuciłam myśli o Siarce, zamrugałam i odwróciłam się, stając na wprost klatki piersiowej w jaskrawozielonej koszulce. Uniosłam wzrok, ogarniając nim ogromnego mężczyznę. Materiał na wykidajłę. Na koszulce miał nadrukowane imię „Peter”. Pasowało do niego.
– Kogo? – zamruczałam, rąbkiem jego koszulki osuszając z kropel deszczu to, co na wyrost nazywam rowkiem między piersiami.
Nie wywarło to na nim żadnego wrażenia. I było to przygnębiające.
– Tobby. Państwową dziwkę. Już się tu nie pokaże?
– Mówiłem ci – dobiegł z mojego kolczyka śpiewny głosik.
Mój uśmiech stał się wymuszony.
– Nie wiem – wycedziłam przez zęby. – Nie jestem dziwką.
Znów coś burknął, przyglądając się mojemu strojowi. Pogrzebałam w torbie i podałam mu legitymację służbową. Każdy, kto by nas widział, mógłby założyć, że mnie legitymuje. Przy łatwo dostępnych zaklęciach ukrywających wiek to było obowiązkowe – podobnie jak wiszący mu na szyi amulet wykrywający zaklęcia. Lśnił bladą czerwienią w reakcji na mój pierścionek. Nie przeprowadziłby z tego powodu pełnej kontroli, dlatego wszystkie amulety w mojej torbie były w tej chwili uśpione. Zresztą nie spodziewałam się, żebym miała ich tego wieczoru potrzebować.
– Inderlandzka Służba Bezpieczeństwa – powiedziałam, kiedy wziął legitymację do ręki. – Mam zlecenie na znalezienie kogoś, a nie na nękanie twojej zwykłej klienteli. Stąd to… hm… przebranie.
– Rachel Morgan – odczytał, niemal całkowicie zakrywając grubymi paluchami laminowany prostokąt. – Agentka Inderlandziej Służby Bezpieczeństwa. Jesteś agentką ISB? – Przeniósł wzrok z legitymacji na mnie i z powrotem, rozchylając grube wargi w uśmiechu. – Co się stało z twoimi włosami? Wpadłaś na lampę lutowniczą?
Zacisnęłam usta. Zdjęcie miało trzy lata. To nie była lampa lutownicza, tylko psikus, nieformalne pasowanie na pełnoprawną agentkę. Naprawdę śmieszne.
1 2 3 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Pogrzeb pośród mgławic

Stulecie Stanisława Lema:

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Po pomidorowej zagładzie
— Anna Kańtoch

Tegoż twórcy

Czarownica wraca
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Czerwiec 2011
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Konrad Wągrowski

Dłużyzny były? Były.
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.