Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 lipca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Książki na billboardach

Esensja.pl
Esensja.pl
Mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy napisałem dla Esensji tekst „Książka w Polsce, Polska w książce”. Jak łatwo się przekonać, byłem wówczas ostrożnym pesymistą – nie licząc na to, że książki staną się rozrywką powszechną, miałem nadzieję, że nie znikną.

Witold Werner

Książki na billboardach

Mija dokładnie 10 lat od momentu, kiedy napisałem dla Esensji tekst „Książka w Polsce, Polska w książce”. Jak łatwo się przekonać, byłem wówczas ostrożnym pesymistą – nie licząc na to, że książki staną się rozrywką powszechną, miałem nadzieję, że nie znikną.
Te przewidywania na razie uznaję za słuszne. Książki nie stały się towarem niszowym, jednak dane dotyczące zarówno zakupów jak i czytania wskazują na dość szybki spadek popularności. Twarde liczby za 2009 rok (przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową kompletne badanie) to niecałe 40% Polaków, którzy przeczytali przynajmniej jedną książkę i trochę ponad 20% tych, którzy jakąś książkę kupili. W przypadku obu parametrów tendencje są spadkowe.
Z jednej strony – wydaje się, że nie jest źle. Jeśli porównamy książkę z jakimkolwiek innym dobrem, wychodzi na to, że są produkty kupowane znacznie rzadziej. Ponieważ jednak książki charakteryzują się mocno zróżnicowanym charakterem, trzeba przypomnieć – podręczniki, poradniki i albumy to również książki.
Książkom przybyło sporo konkurencji. Nie chodzi mi o konkurencję treściową (bo przecież nie są nią filmy 3D), ale o nowe kanały rozpowszechniania treści oraz inne rozrywki. 10 lat temu nie było serwisów społecznościowych, praktycznie nie istniał przekaz wideo przez internet, sam internet również nie był tak niezmierzonym źródłem treści.
Czy jest zatem źle lub – co gorsza – coraz gorzej? Poniżej garść spostrzeżeń związanych z rolą książek w naszym życiu. Obserwacje są nieco subiektywne, ale łatwe do weryfikacji i stąd – moim zdaniem – są podstawą do pewnych uogólnień.
Literatura na ekranie
Książki w wersji elektronicznej powoli stają się rzeczywistością. Powoli, bo widziałem jak dotąd na własne oczy dwie osoby korzystające z czytnika i nie mam pojęcia, jak to się przyjmie. Przyznaję, ekran urządzenia nieźle imitował zadrukowany papier i tekst – mówię o wrażeniu czysto wizualnym – przyciągał wzrok (czego nie potrafi ekran mojego laptopa).
Czy taka metoda obcowania z literaturą jest zagrożeniem dla książek papierowych? Na plus trzeba jej policzyć wygodę – czytnik jest lekki i poręczny, w jednym urządzeniu, o ile wiem, można przechowywać wiele pozycji. Potężną barierą jest natomiast cena czytnika i cena samych e-booków. O ile nie są to pozycje klasyczne (a więc wyłączone z zakresu praw autorskich), ceny książek w postaci plików są zbliżone do cen w wersji konwencjonalnej. Przypuszczam więc, że e-booki przez dłuższy czas pozostawać będą ciekawostką dla miłośników gadżetów. Nie doszukiwałbym się zbyt daleko posuniętych analogii do odtwarzacza MP3, który z sukcesem zastępuje gramofon i półkę z płytami winylowymi. Trudno mi także przesądzić, czy e-booki przyczynią się do poprawy kondycji finansowej wydawnictw. Co prawda przy niskim koszcie publikacji są kolejnym kanałem rozpowszechniania treści, ale czy rzeczywiście książkę elektroniczną kupi ktoś, kto nie kupiłby jej w wersji tradycyjnej?
Literatura (intensywnie) promowana
Życie w centrum Polski ma to do siebie, że sporo się tu dzieje. Śledzenie informacji, jaki autor pojawi się w księgarni Traffic lub spotka się w z fanami w jednej z lokalizacji pewnego mocno rozpychającego się na rynku potentata powoduje, że można mieć wrażenie, iż życie literackie w Polsce kwitnie. Co więcej, można domniemywać, że wydawnictwa przestały bać się debiutantów. Zostanie pisarzem jest co prawda nadal czymś z pogranicza niemożliwego pomieszanego z magicznym, ale nie jest niemożliwe. Co ciekawe, nie jest niezbędne legitymowanie się wcześniejszym dorobkiem w prowadzeniu śniadaniowego programu w telewizji.
Książki pojawiły się również – dołączając w ten sposób do takiej superligi jak supermarkety czy sieci komórkowe – na billboardach. W przypadku „Good Night, Dżerzi” to co prawda zrozumiała ewolucja taktyki marketingowej firmy (Świat Książki), która bardzo usilnie stara się zrobić z działalności wydawniczej prawdziwy biznes, a jeśli chodzi o serie Agory, to mogę tylko cieszyć się, że medialny gigant angażuje się (oby był to dobry interes) w promowanie ambitnych autorów – choćby byli oni od dawna dobrze znani. Mniej cieszy promowanie tą metodą literatury popularnej – ale też cieszy.
W każdym razie okazało się, że w promocję książek warto inwestować, co 10 lat temu – pomijając Harlequiny – wydawało się nie do pomyślenia.
Literatura w wieku nastoletnim
Od lat powtarza się, że młodzież czyta coraz mniej. 20 lat temu, jako uczeń dobrego liceum, nie miałem możliwości zweryfikowania tych narzekań – my czytaliśmy całkiem sporo.
Przez kolejne kilka lat byłem odcięty od danych. Jednak od 6 lat pracuję w warszawskim liceum ze środka rankingów, mam też licznych znajomych nauczycieli i po raz pierwszy mogę dość odpowiedzialnie potwierdzić: czytelnictwo wśród młodzieży zbliża się do poziomu zerowego. „Cierpienia młodego Wertera” czytane (choćby w mękach) jako praca domowa? Niestety, to już przeszłość. Obecnie gwarancją, że młodzież zetknie się z Goethem, jest lekcja, na której nauczyciel przeczyta uczniom na głos (!) wybrane fragmenty, a resztę książki zwięźle omówi.
Nadal sporym wzięciem cieszą się omówienia książek. Nigdy nie zrozumiem, na czym polega ich atrakcyjność, bo pisane są beznadziejnie nudnym językiem, a oszczędność czasu jest iluzoryczna, skoro po ich lekturze nadal niewiele wiadomo o omawianej w nich pozycji.
Istnieje oczywiście wąska grupa nastoletnich czytelników. Czytają co prawda głównie autorów typu Larsson czy Zafon (owe zręcznie pomyślane bestsellery, o których 10 lat temu pisał Bratkowski), ale utrzymują kontakt ze słowem pisanym. Jest szansa, że – podobnie jak dawno temu miłośnicy Whartona – sięgną po coś ciekawszego.
Ogólnie jednak – po raz pierwszy spotykam się na szeroką skalę z totalnym brakiem literackiego locus communis. Prowadząc lekcję z mojego przedmiotu (j. angielski) powinienem czasem skorzystać z odniesień książkowych, w czym zresztą dzielnie wspomagają mnie podręczniki – każda książka zawiera jakieś teksty o znanych pisarzach czy książkach. Niestety – bariera jest już nie do pokonania. Obecne punkty porozumienia z młodzieżą muszą być związane z dwoma pożeraczami czasu: Facebookiem i serwisem YouTube. Książek większość uczniów po prostu nie czyta.
Literatura nagradzająca koncentrację
W „Dużym Formacie” z początku grudnia 2010 opublikowano ciekawą analizę rozrywki, jaka jest dostarczana za pośrednictwem internetu. Główna teza: internet nagradza za częste „przeskakiwanie” między tematami, czyli za dekoncentrację. Nawet ambitny tekst na ambitnym portalu jest tak nasycony linkami do innych treści, że trzeba dużej siły woli, aby doczytać go do końca. Literatura oddziałuje na umysł w całkowicie odmienny sposób. Nagroda (czyli dowiedzenie się, co będzie dalej) uwarunkowana jest tym, czy czytelnik skoncentruje się i będzie kontynuował czytanie.
Zabijanie czytelnictwa metodą „na internet” dotyczy w podobnym stopniu młodzieży jak i dorosłych. Mówiło się kiedyś, że sieć jest po prostu kanałem dystrybucji treści i jako taka może nawet wspierać literaturę. Okazuje się jednak, że nie każda treść nadaje się do bycia rozpowszechnianą w sieci. Rzecz nawet nie w tym, że dobra książka będzie publikowana na stronie z dużą liczbą linków do innych treści. Problem w tym, że wystarczy kliknąć w inną ikonę albo gdzie indziej dotknąć ekranu, żeby natychmiast uzyskać dostęp do czegoś innego.
Nie umiem stwierdzić, czy ten trend można powstrzymać. Na razie producenci sprzętu robią wszystko, aby internet był coraz bardziej w zasięgu uwagi. Nagroda w postaci doczytania kolejnego rozdziału czy całej książki może stawać się coraz mniej atrakcyjna.
Literatura w kartonach i w drodze.
To być może najbardziej ponura obserwacja. Polacy od kilku lat kroczą dumnie drogą re-aranżacji wnętrz swoich domów i mieszkań. Kupują nowe kuchnie, wyposażenie sypialni i salonów. Efekt uboczny jest zastanawiający: z mieszkań znikają biblioteczki.
Gdy kolejni znajomi, zmieniwszy wystrój mieszkania, zlikwidowali półki z książkami, spytałem, co zrobili z ich zawartością. Odpowiedź można podsumować tak: design wygrał z niską fotogenicznością kilku rzędów grzbietów okładek. Książki zostały zapakowane w kartony i schowane do piwnicy.
Przypominam sobie w tym momencie, jak wyglądały mieszkania ludzi takich jak Stefan Kisielewski, Jacek Kuroń czy ksiądz Roman Indrzejczyk. Mieszkania wypełnione tysiącami książek. Nie chodzi mi o jakiś sentyment do minionych czasów (syndrom Ulissesa pod pachą, o którym pisałem 10 lat temu), a o prostą konstatację: książka schowana przestaje być obecna w życiu. Dostając w prezencie książkę czy kupując ją, a potem chowając ją do kartonu – prawdopodobnie nigdy jej nie przeczytam.
A jednak jest też inna rzeczywistość. To rzeczywistość podmiejskich pociągów (w moim przypadku kursujących między Otwockiem i Warszawą), rzeczywistość metra i autobusów miejskich. Dziesiątki tysięcy ludzi spędza w drodze do pracy i z powrotem 2 godziny dziennie. I – co obserwuję każdego dnia – dużo ludzi czyta, często całkiem ambitne rzeczy. A więc doszli do tego samego wniosku, co ja: czas dojazdu nie jest czasem straconym.
Literatura nieosiągalna i dostępna
Na sam koniec pozostawiam kilka konkluzji o pozytywnym wydźwięku.
Po pierwsze książki drastycznie nie podrożały. A że społeczeństwo radośnie się bogaci, można chyba uznać, że literatura stała się bardzie dostępna. Coraz trudniej tłumaczyć się, że książki są za drogie.
Po drugie, jak donosiły gazety przed Świętami, książki stały się całkiem popularnym prezentem świątecznym. Być może jest więc szansa, że badania za rok 2010 przynajmniej nie stwierdzą kolejnego kilkuprocentowego spadku wskaźnika czytelnictwa i zakupów książek.
Po trzecie: wciąż silna jest rola promocyjna nagród literackich. Przyznanie Nobla niezmiennie powoduje, że nakłady nagrodzonych autorów są wymiatane z księgarń. Gdy zaś Josef Skvorecki otrzymał w 2009 roku Literacką Nagrodę Europy Środkowej „Angelus” za „Przypadki inżyniera ludzkich dusz”, a traf chciał, że akurat zapragnąłem książkę tę nabyć, szukałem jej przez kilka tygodni w całej Polsce.
I po czwarte: Mariusz Szczygieł postanowił, że założy księgarnię wyspecjalizowaną w literaturze faktu, którą nosi niepokojącą nazwę „Wrzenie świata”. I, jak przyznaje zadowolony, interes kręci się całkiem nieźle.
Czy to dość, żeby w przyszłość patrzeć z optymizmem?
koniec
20 stycznia 2011

Komentarze

« 1 2
21 I 2011   13:58:05

@jj: Wydawcy lubią się też tłumaczyć brakiem licencji, tudzież jej kosztami. Otóż jeśli chce się wydać eksiążkę należy z autorem podpisać umowę na to, bo co innego wydanie papierowej, a co innego elektronicznej wersji tej samej treści. Nie wspominają oczywiście przy tym, że w sytuacji elektronicznej książki znikają im koszty drukowania, magazynowania oraz transportowania wydawanych dzieł, o istnych haraczach dla pośredników nie wspomnę. No ale takie jest ich oficjalne stanowisko, pisaliśmy o tym rok temu w cyklu naszych wywiadów: http://www.eksiazki.org/category/cykle-artykulow/wydawcy-o-ebookach/ (znamiennym jest fakt, że połowa z nich w ogóle nie odpowiedziała na nasze pytania). Są oczywiście i wyjątki, jak wydawnictwo Runa, ale ogólnie większość polskich wydawnictw odrzuca samą ideę eksiążek. Ale niedługo i na nich przyjdzie czas.

21 I 2011   15:00:49

Jeden składnik ceny jest wyższy przy ebooku niż przy książce papierowej: VAT (23% vs 5%). Ale to chyba nie wyrównuje zysku na druku i całej otoczce logistycznej.
Przykład negatywny: W.A.B., który liczy sobie za ebooki cenę wydrukowaną na książce papierowej (znaczy efektywnie drożej, bo papierową kupię taniej) a najwyraźniej nie daje do Virtualo porządnych źródeł i/lub nie kontroluje efektu. Bo jak wytłumaczyć całego ebooka złożonego boldem („Morderca bez twarzy” Mankella) czy taki fragment: „Jako materiał, na którym utrwalone hyty te teksty, wymieniają panowie papirus, hyc może również papier. Ale wypada chyha wspomnieć o starszych materiałach pisarskich, które także na swój sposóh tworzą historię książki...” („Nie myśl, że książki znikną” Eco i spółki) – przecież to od razu krzyczy „kiepski OCR!”…

21 I 2011   15:12:16

dziekuje za odpowiedz. czyli jednak glupota i chciwosc (i vat oczywiscie). nie zebym byl bardzo zaskoczony niestety. przyklad rynku muzycznego nikogo niczego nie nauczyl.

23 I 2011   19:45:16

@jj: To nie jest takie proste. Wprawdzie odpadają koszty druku, magazynowania itd., ale za to dochodzą koszty stworzenia i aktualizacji odpowiedniego oprogramowania, utrzymanie odpowiedniego serwera, łącza itd. Biorąc pod uwagę, że druk wcale nie jest taki drogi (o ile pamiętam, przy typowej paperbackowej książce koszt druku wynosi bodajże ok. 3 zł od egzemplarza), wychodzi mniej więcej na to samo.

Zdecydowanie większym problemem w przypadku książek papierowych są marże hurtowników i detalistów, bo to one stanowią lwią część ceny okładkowej. Teoretycznie przy przejściu na pełną digitalizację te koszty odpadają, ale tylko przy założeniu, że każdy wydawca sprzedaje swoje książki sam, a wszystkie Amazony itd. przestają nagle istnieć. Nie mam wprawdzie pojęcia, ile marży od wersji elektronicznych biorą giganci pokroju Amazona, Empiku czy innego Barnes & Noble, ale na pewno nie jest to suma pomijalna - a trzeba jeszcze pamiętać, że w Polsce VAT na e-booki jest ponad czterokrotnie wyższy niż na wersje papierowe.

Reasumując: owszem, po zsumowaniu wszystkich kosztów wersje elektroniczne prawdopodobnie wychodzą taniej, ale trochę, a nie dwukrotnie, jak chcieliby niektórzy.

24 I 2011   01:01:00

@Spike
Trochę się rozpędziłeś. Wydawnictwa ponoszą koszty serwera i łącza *albo* dystrybucji elektronicznej, jeśli nie chcą się w to bawić same. Koszt oprogramowania i digitalizacji jest już opcjonalny (można samemu, można zlecić). Ale nawet wtedy widzimy ebooki Runy i W.A.B. w tym samym sklepie, przygotowane przez tę samą firmę. I jedne kosztują trochę ponad 50% ceny wersji papierowej, a drugie tyle samo co papierowa. O jakości parę słów napisałam już poprzednio, nie będę się powtarzać.

24 I 2011   08:58:52

Porażają mnie ciągle ponawiane argumenty, że e-booki muszą być drogie, bo jest na nie 4 razy wyższy VAT. VAT nalicza się od wartości produktu/usługi. Gdyby ta nie była sztucznie windowana, VAT - mimo znacznie wyższej stawki - byłby w przypadku e-booka znacząco niższy, niż ma to miejsce w przypadku książek papierowych.

Czytałem niedawno ciekawy opis sytuacji na rynku e-booków, w którym autor wskazywał na podstawową płaszczyznę braku porozumienia czytelników i wydawców. Ci pierwsi uważają bowiem cenę książki za pochodną kosztów jej powstania (stąd akceptowane są droższe, ale lepsze wydania - u nas przekłada się to np. na Diunę, Hyperiona czy Ucztę Wyobraźni), dla wydawców natomiast hardbacki są droższe, ponieważ są dostępne wcześniej. Stąd wydawcy nie widzą powodów, żeby e-book kosztował znacząco mniej od nowego hardbacka. Zwłaszcza, że zarabiają na tym również więcej.

25 I 2011   21:06:09

Jestem pod koniec gimnazjum i czytam chyba sporo. Moja przyjaciółka też wszędzie nosi ze sobą książkę. Jestem nienormalna czy co? ;)
Szkoła zniechęca do czytania. Bezsensowne omawianie, "co autor chciał nam przekazac", "co to symbolizuje", plany wydarzeń, charakterystyki postaci... męka. Ze wszystkich lektur szkolnych lubiłam tylko "Quo vadis" i "Hobbita".
A co by było, gdyby ktoś wpadł na pomysł, aby uczynić lekturą np. wiedźmina :D Znienawidziłabym to. Omawianie motywu przeznaczenia, plany wydarzeń, robienie charakterystyk świata... Okropność.
ja tam lubię czytać i nie wygląda na to, by to miało się szybko zmienić

28 III 2011   23:08:16

osobiście zgadzam się z Kellem, ebooki to przyszłość, nawet jeśli obecnie sytuacja jest nowa, dziwna i niekoniecznie satysfakcjonująca. nie chodzi tylko o cenę, która jest bardzo podobna do ceny książki papierowej (chociaż osobiście spotykałam się z dużo tańszymi wersjami), ale także o inne, nie wiem czy nie ważniejsze czynniki.
Po pierwsze prawa autorskie. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób zabezpieczone są pozycje elektr, ale ja sobie to wyobrażam tak: klik, kopiuj. klik, wklej. klik, wyślij do wszystkich. już teraz w internecie można odnaleźć prawie każdą pozycję książkową, nielegalnie za darmo. klik, mamy. jest różnica, bo chyba przyznamy, że księgarnia nie jest miejscem, gdzie ksiażka leży a ty wchodzisz i albo ją bierzesz i placisz albo bierzesz... i nie płacisz, niekoniecznie zdajac sobie sprawe z tego ze hmmm... kradniesz.
poza tym wpatrywanie sie wiele godzin w ekran monitora mile nie jest, co innego maly laptop czy czytnik, ale ceny tych ostatnich wydaja sie z kosmosu na chwile obecna. papier mozesz powachac, dotknac... książke mozesz przytulic:) takiego sentymentu komputer nie wzbudza. a co sie z tym wiaze, to fakt, ze ludzie lubia widziec swoje rzeczy. lubia ich namacalnosc. ebook wydaje sie nierealny... 30 zl za plik na dysku wciaz jest ekstrawagancją, podczas gdy 30 zl za pasjonujaca lekture stojaca na polce niczym trofeum to co innego:)

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Do księgarni marsz: Lipiec 2019
Esensja

8 VII 2019

Mimo sporej lipcowej oferty wydawniczej mieliśmy pewne problemy ze znalezieniem ciekawych pozycji. Ale znaleźliśmy okrągłą szesnastkę wartą polecenia.

więcej »

Nie przegap: Czerwiec 2019
Esensja

30 VI 2019

Jeśli w upały nie włączaliście grzejących komputerów to sprawdźcie co ciekawego umknęło wam w czerwcu.

więcej »

Na rubieżach rzeczywistości: „Normalni” szaleńcy
Marcin Knyszyński

23 VI 2019

Co by się stało, gdyby domem wariatów kierowali pacjenci? W „Klanach księżyca Alfy” wracamy do zagadnienia poruszonego już w „Marsjańskim poślizgu w czasie”, czyli do choroby psychicznej niekoniecznie jako dysfunkcji. Kolejna powieść Philipa K. Dicka to znowu szalona historia z mnóstwem postaci i wątków, ale – w porównaniu do „Simulakry” – dość spójna i logiczna.

więcej »

Polecamy

„Normalni” szaleńcy

Na rubieżach rzeczywistości:

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Prawda Absolutna kontra prawdy subiektywne
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.