Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Marek S. Huberath
‹Vatran Auraio›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułVatran Auraio
Data wydania10 lutego 2011
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-0804-569-5
Format500s. 123×197mm
Cena44,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

S.O.D.: Ogród mąk nieziemskich

Esensja.pl
Esensja.pl
Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak
« 1 2 3 4 9 »

Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

S.O.D.: Ogród mąk nieziemskich

2. Ile procent człowieka w człowieku?
Dukaj: Po drugie, w postaciach, które potrafię czytać jako symbole w grze literackiej, ale nie potrafię wejść w ich psychologię, motywację, w ich życie. Zwyczajnie nie odpalają mi neurony lustrzane.
Pamiętam wrażenia z lektury innych tekstów MSH i wydaje mi się, że to stała właściwość jego prozy.
Orbitowski: No ale to częsty grzech takiej literatury. Operujesz na modelu, to i postacie do modelu skrojone.
Co wydaje mi się najciekawsze? Ano propozycja „innej” seksualności, skonstruowanej w warunkach przyrodniczych wymuszających zachowania, które od biedy można by wyprowadzić z chrześcijańskiego fundamentalizmu. Kalwin by rzekł: „Pięknie jest w Dolinie”.
Zgadzam się z tym, co wskazuje Wit. Huberath pisze o lęku przed utratą, tym trudniejszym, że ta utrata prędzej czy później nastąpi. Jest miłość, różne rodzaje przywiązania, zachowania wspólnotowe. Jednak w odróżnieniu od Wita uważam, że granica człowieczeństwa została przekroczona. Może za wcześnie odsłaniam karty. Ajfrid, Alica i inni nie są ludźmi. Tym istotom autor każe przeżywać ludzkie emocje.
Dukaj: Zawsze miałem z tym kłopot, czytając Huberatha, i teraz Lech Jęczmyk podrzucił mi klucz: żeby patrzeć na kreacje MSH poprzez jego pasję znawcy pająków i owadów. Co ciekawe, podobnie wypowiada się o swojej twórczości Houellebecq: pojedynczy ludzie są dla niego nudni i wymienni, jak mrówki w mrowisku. Nikt nie pyta pszczoły, dlaczego poświęciła się dla królowej. I tak się zachowują ludzie w światach MSH: w „Gnieździe światów” dobrowolnie migrują do krain, w których czeka ich niewola, choroba, może śmierć; w „Miastach pod Skałą” zachowania i reguły społeczne są zupełnie niewytłumaczalne poza poziomem biblijnej alegorii, a teraz w „Vatran Auraio” społeczność wioski w radosnych rytuałach przygotowuje się do masowego samobójstwa.
Orbitowski: Przyznam się, że po przeczytaniu książki zacząłem – ciut bezowocnie – rozmyślać o tym, co konstytuuje człowieczeństwo. Na planecie inaczej płynie czas, inne są pory roku, do których trzeba się stosować, zachodzą postępujące zmiany fizyczne (te dzieci o wielu nogach, wszczepiane pióra), jest wreszcie ten straszliwy sposób rozmnażania się, gdzie narodziny nowego życia wiążą się ze śmiercią starego. Przemodelowano więc struktury społeczne, zmieniono życie seksualne. Człowiek tak nie żyje, człowiek tak się nie rozmnaża, człowiek tak się nie zmienia. Nie wiem, czy istoty z Dolany można nazwać postludźmi, może to raczej wbokludzie, jakaś ślepa odnoga, która prowadzi zapewne do całkowitego wtopienia się przybyszy w świat planety.
Dlatego nie rozumiemy Ajfrida i innych, dlatego nie możemy im współczuć. To znaczy rozumiemy i współczujemy w tych momentach, kiedy wydają się do nas podobni. Nie umiem wniknąć w umysł mojego kota i dokładnie prześledzić, co tam mu się dzieje w głowie. Współodczuwam z nim, gdy dopatruję się podobieństw do mnie. Ja się boję. Współczuję kotu, który się boi. Na tej zasadzie mogę wniknąć częściowo w Ajfrida. Ajfrid nie chce stracić Alicy – ja też nie chcę kogoś stracić.
Dukaj: Takie chwilowe translacje emocji są możliwe, tylko że ja miałem podczas lektury to samo poczucie, jakie miałbym, antropomorfizując tak kota: że to moja nakładka, założony fałsz. W mrówkę też mogę się próbować „wczuwać”.
I prawda: inna biologia i inny system społeczny, inny tryb życia zdefiniowały innego człowieka. Jest jednak taka różnica: koty, mrówki nie rozumieją uwarunkowań, jakie je kształtują, nie potrafią zapytać „dlaczego?”. Człowiek – jeśli jest człowiekiem – powinien być do tego zdolny. To, co moim zdaniem najbardziej tu wyróżnia Huberatha spośród SF-owych kreatorów alterludzkości i co najsilniej przyciąga entomologiczne skojarzenia – to owo organiczne, instynktowne poddanie obcemu porządkowi, przyduszająca do ziemi niewypowiadalna oczywistość, przeciwko której nie sposób nawet użyć rozumu. Albo w ogóle nie jest on w stanie sformułować sensownego pytania (jak np. „z wnętrza” oczywistości „Gniazda światów”), albo buksuje na jałowym biegu (vide rozstrzelone na chybił trafił teorie nauczyciela z „Vatran Auraio”).
Szostak: Ta teza o nieczłowieczeństwie do mnie nie przemawia. To prawda, że mieszkańcy Matcinaj Dolany mają inną biologię. Ale wszystko inne Huberath tworzy głęboko ludzkie. Ich inność nie przekreśla ich człowieczeństwa. Czytam o nich jako o ludziach, choć z pewnych powodów innych od tych, których spotykam na co dzień. Trochę jakbym czytał o jakichś dziwacznych sektach.
Zresztą Huberath zawsze – nawet jak istotnie modyfikuje cielesność – na poziomie psychiki pozostawia bohaterom głęboko ludzki wymiar.
Orbitowski: Jakim cudem, Wicie? Inne zwyczaje godowe, inne rozumienie śmierci, inna biologia, inna społeczność. W nich są jakieś elementy człowieczeństwa, co nie może dziwić. Nie dziwi także to, że najchętniej je widzisz. Mnie dla odmiany uderzyła obcość. Obca planeta. Obce istoty ją zasiedlające. Być może to wrażenie byłoby mniejsze, gdyby nie te zachowane w nich elementy człowieczeństwa.
Dukaj: Mam to samo wrażenie co Łukasz, tylko widzę w tym już bardziej manierę Huberatha niż przemyślany efekt światotwórstwa.
Zwróciłbym uwagę na powściągliwy, oszczędny sposób narracji MSH, który woli trzymać się opisów zachowań i słów i pozostawia stosunkowo więcej przestrzeni do projekcji domysłów czytelnika. Co teoretycznie powinno raczej uczłowieczać jego postacie: czytelnik podświadomie projektuje samego siebie.
Szostak: Może dlatego je uczłowieczam? Bo miejsca niedookreślenia wypełniam znanymi sobie intuicjami?
Dostrzegam oczywiście inność tych bohaterów. Ale jest to inność porównywalna do inności odkrywanej w książkach antropologicznych, gdzie dowiaduję się o istnieniu dziwnego plemienia, które przykładowo nie łączy współżycia seksualnego z płodnością i ma dziwaczne obyczaje, w dużej mierze wymuszone przez trudne warunki życia. Są indiańskie plemiona w Andach, gdzie kobiety muszą schodzić kilkaset metrów niżej niż rodzinna wioska, by zajść w ciążę, bo na tych wysokościach, gdzie mieszkają na co dzień, jest to fizycznie niemożliwe. I czytam o takich ludach, i z mojej europejskiej perspektywy dostrzegam przede wszystkim obcość. Ale nie odmawiam im przecież człowieczeństwa. I podobnie mam z mieszkańcami Matcinaj Dolany: dziwne to, niezrozumiałe, obce, ale ludzkie.
Nie chcę, by moja wypowiedź zabrzmiała jak jakieś moralne oskarżenie względem Was, którzy nie widzicie tego człowieczeństwa. Posługuję się nim w sensie opisowym. Innymi słowy: wszystkie te deformacje względem spotykanego na Ziemi homo sapiens nie odczłowieczają mi tych ludzi. Są dla mnie jak ofiary choroby popromiennej albo jakiegoś eksperymentu, ale na swój sposób ludzcy. Przyszło mi teraz do głowy skojarzenie z dziwnymi ludzikami z „Kysia” Tatiany Tołstoj. Tamci też pili.
Orbitowski: Ale Wicie, tu mówisz o pewnych zwyczajach, odmienności w postrzeganiu siebie i świata. Tymczasem u MSH następują zmiany natury fizycznej. Wskutek odmiennych zwyczajów godowych, odmiennego porodu czasem nawet urodzi się dziecko odmienne, trzynogie na przykład. Jest w nich człowieczeństwo?
Może to ciekawe pytanie? Ile procent człowieka czyni człowieka? Teraz przyszło mi do głowy, że jesteśmy przecież świadkami procesu, którego końcem będzie kompletne porzucenie człowieczeństwa. Jest rzeczą naturalną, że istoty, które podległy częściowej tylko przemianie, będziemy postrzegali przez pryzmat ich ludzkich cech. Ale one są w zaniku.
Dukaj: Gdy zejdziemy do szczegółów, zrobi się z tego paradoks łysego: na której dokładnie liczbie włosów pomiędzy zerem i pełną czupryną zaczyna się łysina? Która kolejna drobna zmiana będzie tą zmianą krytyczną, co odbierze prawo do dumnego tytułu „człowieka”?
Spróbuję trochę skręcić dyskusję. Nie wiem, czy test empatii jest tu odpowiednim kryterium, ponieważ on sam podlega lokalnemu uwarunkowaniu w czasie i w przestrzeni. To narzędzie bardzo łatwo zwrócić ostrzem ku badaczowi. Nie chodzi mi o moralne oskarżenie, tylko o wyświetlenie tych uwarunkowań. Mamy bowiem continuum: wiemy, że X na pewno jest człowiekiem, i wiemy, że Y na pewno człowiekiem nie jest, ale pomiędzy – ocean niepewności. Indianie nie musieli mieć aż innych zwyczajów rozrodczych, żeby w pewnych okresach historycznych być wyrzucanymi na margines tego spektrum. Tymczasem doskonale wyobrażam sobie taką ewolucję kulturową, w której „człowieczeństwo” – m. in. w odpowiedzi na łatwość przekształcania homo sapiens – zostanie mocno zawężone znaczeniowo, a zarazem obszar empatii człowieka wielokrotnie się poszerzy. Współczesne kampanie o właśnie humanitarne traktowanie zwierząt bynajmniej nie włączają do zbioru homo sapiens psów i kotów, raczej mówią coś takiego: bycie człowiekiem oznacza również, że jesteś w stanie współczuć psom i kotom wcale nie dlatego, że są ludźmi albo że potrafisz sobie wyobrazić, że są ludźmi.
Ten sposób traktowania obcego (używam tego terminu w znaczeniu filozoficznym, nie SF-owym) wydaje mi się praktyczniejszym podejściem w perspektywie rozbuchanej autoewolucji człowieka. Pytanie o człowieczeństwo w pierwszym sensie straci znaczenie, może poza jakimiś dyskusjami czysto akademickimi czy prawnymi. Jest człowiekiem, nie jest człowiekiem – ale żyje, czuje, cierpi, myśli. To, że nie potrafię wejść w jego skórę, to tylko ciekawostka psychologiczna. No i trudność literacka.
Szostak: Ja bym to ugryzł jeszcze od innej strony. Nie zapominajmy, że to literatura. Czytając o Matcinaj Dolane, czytamy tekst napisany o nieistniejącym realnie świecie. Dla kwestii człowieczeństwa „ontologicznego” rozstrzygające byłoby znalezienie się w faktycznie istniejącej Dolane i doświadczenie owych ludzi/nieludzi.
Ale nie pytamy o faktycznie istniejący lud, tylko o tekst. Huberath kreuje pewną wspólnotę i mamy o niej tylko tekst, w którym jest typowo ludzka psychologia, zupełnie ludzkie rozterki i napięcia: ciekawość, lęk, miłość etc. Można się spierać, na ile ta psychologia jest dobrze literacko zrobiona, ale to inna kwestia. W tej kreacji mamy do czynienia z pewnymi modyfikacjami względem naszego świata. Na marginesie: ich biologicznie niewiele różni od nas, to tylko – jeśli dobrze czytam – szerokość miednicy. Reszta to konsekwencje.
Zróbmy jednak eksperyment: autor X pisze powieść szalenie spójną psychologicznie, pokazuje z wielką przenikliwością relacje międzyludzkie. A przy okazji jego bohaterowie są owadziego wyglądu, mają wiele odnóży i zamiast mówić za pomocą krtani i jamy ustnej, szeleszczą skrzydłami. Z jednej strony czytamy opisy fizycznej inności, z drugiej mamy rasowy dramat psychologiczny. Ludzie czy nieludzie? To kwestia nie ontologii świata, lecz opowieści.
Zobaczcie: przecież w kulturze dokonuje się wiele animizacji i personifikacji – gadające zwierzęta, drzewa itd. Kupujemy, że to byty quasi-ludzkie nie dlatego, że nie dostrzegamy biologicznych różnic pomiędzy dębem a homo sapiens, ale dlatego, że w danej opowieści ów dąb po ludzku użala się nad swymi problemami z fotosyntezą. Prosiaczek i Kubuś Puchatek są ludzcy, mimo że od biologii homo sapiens różni ich wszystko, łącznie z tym, że są pluszakami.
Literackie człowieczeństwo/nieczłowieczeństwo rozgrywa się na innym poziomie niż to, co uda nam się zrekonstruować z ontologii świata przedstawionego.
Orbitowski: Jacek ma rację o tyle, że zaraz wpadniemy w dyskusję o tym, kim jest człowiek, czego, jak wiadomo – nie wiadomo.
Reszta argumentów dalej mi nie podchodzi. Że różnica niewielka – genotyp małpy różni się od ludzkiego w niewielkim procencie. Doskonale wyobrażam sobie zwierzęta czujące ciekawość i lęk, te uczucia nie są też obce większości kosmitów obecnych w literaturze fantastycznej. Mamy do czynienia przecież z konwencją science fiction, gdzie byty inteligentne, emocjonalne, nie będące ludźmi mają rację bytu, a nawet są mile widziane. Właściwie dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, czemu mamy taki problem z tym człowieczeństwem.
Dukaj: Nieczłowieczeństwo pojawiło się tu jako opis wrażenia niekompatybilności psychologicznej, więc właśnie w sensie literackim (w rozumieniu Wita).
Ten eksperyment obróciłbym o 180 stopni: bierzesz postacie co do włosa i guzika koszuli identyczne z twoimi sąsiadami, ludźmi z ulicy, i rozgrywasz nimi zachowania, relacje, dialogi niewytłumaczalne w kategoriach ludzkich. Bohaterowie Huberatha bliżsi są raczej temu biegunowi – bo też rzadko uzasadnia on ich „owadzią” odmienność tak mocno biologicznie jak w „Vatran Auraio”.
Szostak: Może zatem chodzi o coś zupełnie prostszego: o to, czy Huberath pisząc o ludziach, dobrze oddaje ich psychologię?
U Huberatha jak zwykle całe dzieje przedstawionego świata są sprowadzone do tej intymnej relacji mężczyzny i kobiety (albo kobiet). Z konieczności więc muszą odbijać w sobie nie tylko napięcia męsko-damskie, ale też napięcia całego świata. A w takiej sytuacji pytanie o prostą perspektywę psychologiczną chyba nie trafia w tekst. Tak rozumiem tę symbolikę pierwszej kobiety, pierwszego mężczyzny, ostatniej kobiety itd. Badać ich narzędziami takimi, jak bada się bohaterów powieści obyczajowych, to trochę tak, jak badać w ten sposób Adama i Ewę.
Ale przecież podobnie było i w „Miastach pod Skałą”, i wielu innych tekstach Huberatha. Bohaterowie mają zawsze charakter „ostateczny”. Skoro jednak trudno ich badać przez proste motywacje i decyzje, to zatem jak?
Z jednej strony Huberath wprowadza tu perspektywę ostateczną (w sensie archetypów), z drugiej jednak rozgrywa to na poziomie codziennych zdarzeń: napięcia seksualnego, zazdrości, lęku przed utratą bliskiego, przełamywanej obcości. Jak sobie z tym poradzić?
Orbitowski: Przyznaję, zabiłeś mi, Wicie, ćwieka. Jeśli jest w nich coś ludzkiego, to właśnie te napięcia, potężne poczucie utraty, które niekoniecznie musi ujawniać się tylko na obcej planecie. Ono zresztą zniknie wraz z wtopieniem się w planetę. Póki co, jest mocniejsze. Napięcie seksualne – tak, bo nie rozładowane. Zazdrość – tak, bo inne proporcje płci. Lęk przed utratą, o którym stanowczo za mało tutaj rozmawiamy – tak, gdyż utrata jest pewna. Codzienność ich jest niecodzienna dla nas, także z perspektywy emocji. Te są inne niż nasze, choć określamy je za pomocą znanych nam słów. Może to jakiś trop?
Dukaj: Pewnie to za dobrze o mnie nie świadczy, ale rozgrywki na zazdrości po pojawieniu się Liljki to chyba jedyne momenty, gdy jakoś „kupiłem” psychologię Huberatha.
Czy analiza symboliczna musi wykluczać analizę psychologiczną? Niemniej sama forma powieściowa niejako nacelowuje nas na tekst z dystansu bliskiego obserwatora, towarzysza codzienności, to nie jest dobra perspektywa dla oglądu „figur ostatecznych”.
Trudno wskazać w literaturze odpowiednik wprost dla tej prozy Huberatha. Myślałem np. o Kafce, tam też czujemy, że ważniejszy jest mechanizm całego systemu, konstrukcji literackiej, on nakręca poszczególne postacie, tak samo bezradne wobec nieprzenikalnych rozumowo konieczności; a przecież relacje między nimi dają się odczytać także na podstawowym, obyczajowym poziomie, nie są one w ten sposób „nieludzkie”. Jednak w przypadku utworów MSH to inne dystanse, inna wyniosłość symboli.
« 1 2 3 4 9 »

Komentarze

22 IV 2011   23:39:40

Panowie,
(Tym samym, dziękując za tą wspaniałą dyskusję...Oby takich więcej!)

A ja uważam, że to po prostu świetna powieść. Kawał wspaniałej i zapadającej w pamięć literatury. Jednej z lepszych, jakie ostatnio czytałem (osobiście, zbliżam ją do wymiaru Diuny). Czytasz to i zapamiętujesz nawet ten dziwaczny i nieznośny chwilami pseudo-słowiański język (chyba najbliżej mu do serbsko-chorwackiego). Szkoda, że nic żeście o tym nie pogadali... Przecież mało kto, potrafi zmusić czytelnika do akceptacji odmiennej lingwistycznie narracji. Świadczy to tylko o wielkości Autora i charyźmie (czy też literackiej sprawności) Jego dzieła. Z reguły, ad hoc, odrzuca się tego rodzaju wstawki lingwistyczne - tymczasem tu - po prostu jen uznajesz, czytasz dalej; tym samym AKCEPTUJESZ. Fantastycznie napisane (i tu nie mogę zgodzić się z Jackiem, co do sprawności językowej autora dzieła MSH).
Niekoniecznie, trzeba tą historię, aż tak bardzo analizować, choć czytanie Waszych jej interpretacji sprawiło mi wielką przyjemność. Kłopot w tym, że więcej tu mówicie o Was samych, o Waszych rozterkach i oczekiwaniach, filtrowanych bardzo osobniczo, zatem przecież równie subiektywnie...
Gdyby poddać takiej surowej analizie jakikolwiek uznany tekst literacki, efekt byłby dosyć zbliżony. Chyba jednak nie w tym rzecz. Sam fakt potrzeby stworzenia tej dyskusji pokazuje, jak wspaniały literacko świat stworzył MSH. Oczywiście - jest to Fantastyka pełną gębą. Jaki sens ma analizowanie, czy to kostium SF, czy prawdziwa SF? Przecież Autor pisał tą powieść w konwencji, którą realizuje od lat. I konwencja ta, wydaje mi się bardzo naturalną.
Raz jeszcze: Huberathowi udało się zbudować piękną i poruszającą historię. Nie sądzę, aby odmienna biologia człowieka gubiła w powieści jego człowieczeństwo, możliwość utożsamienia się z bohaterami, co tak często tu sugerujecie. Psychika tych ludzi jest mi bardzo bliska. Ich dylematy, zagubienie, izolacja, lęk, problematyka chorowania, wreszcie rychła śmierć - czymże się to różni od nas samych? Czymżesz są rozbieżności w temacie rozmnażania, odmienność rytuałów erotycznych, pojęcie prymitywizmu/głupoty/wiedzy/niewiedzy, lub odmienny sposób pochówku (zresztą, bardzo bliski rytuałom rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej)? Ot, bardzo to zależne od wieku, a jeszcze bardziej od pokory potencjalnego czytelnika.
Natomiast fatalną sugestią (wręcz groźną w swej naiwnej wymowie), zdaje się być sugerowany w Waszej dyskusji pomysł równoważności (zrównania wątków) świata urojeniowego ze światem rzeczywistym. "Piękny Umysł", maluje przecież oparty na faktach dramat osoby cierpiącej z powodu schizofrenii: gdzież tu szukać racjonalności wątków ukrytych w urojeniowych ich interpretacjach? To nie magiczność lub tania sensacja, to dramat osoby cierpiącej z powodu biologicznego schorzenia, tym samym dramat osób bliskich choremu. Mądrze rozegrał to MSH, za co składam mu szczególne wyrazy uznania. I tą część Waszej dyskusji, muszę po prostu napiętnować mianem sensacyjnej naiwności.

Summa summarum: ma rację Jacek, pisząc, że dzieło MSH powstawało w perpektywie dekady i wcale nie było pewne swego zrodzenia się.
Ode mnie - MSH napisał wspaniałą powieść. W żaden sposób nie chcę jej bronić, bo świetnie broni się sama, nie czuję też, aby była przez Was wielce zaatakowana.
Jestem pod wrażeniem możiwości telentu MSH.

Ściskam,
(mż)

28 IV 2011   13:48:25

Podobnie jak przedmówcy, bardzo podobała mi się Wasza dyskusja. W kilku miejscach mam inne zdanie, np. w sprawie człowieczeństwa. Najbardziej nieludzcy wydawali mi się przybyli ziemianie(?), a nie mieszkańcy.

Mnie zaciekawiła postać włodarza wioski, o którym nie wspomnieliście, i jego stosunków z nauczycielem. Mimo wyjaśnień uczennic, czytając książkę, miałem wrażenie, że jego wina była nie do końca prawdziwa... Wydaje mi się, że równie winny był włodarz, że podobne grzechy miał na sumieniu.

I jeszcze ostatni wątek, rozwój i upadek społeczności. Ja odczytałem sytuację następująco: cywilizacja przybyła na planetę, początek kolonizacji to z jednej strony rozwój wiedzy na temat świata w jakim się znaleźli, próba przeniesienia własnych doświadczeń na nowy ląd a potem... w którymś momencie doszło do utraty komunikacji z Ziemią(?), oraz z innymi wioskami znajdującymi się na planecie - bo raczej jestem pewien że było ich więcej. Wydaje mi się, że było to już na etapie rozrodu przez vylet i zimowej hibernacji. Brak kontaktów wiąże się z zamknięciem społeczności, rozrodem wewnątrz wioski a co za tym idzie również mutacjami itd. Czytając zastanawiałem się również, kiedy vylet zaczął równać się śmierci...

I jeszcze na koniec, ciekawa interpretacja poroka jako węża... w ogóle tak tego nie odczytałem, ale coś w tym jest.

Pozdrawiam serdecznie
Adam

05 V 2011   16:03:50

"Vatran Auraio" było także przedmiotem dyskusji Stolyka Lyterackiego, oto relacja: http://stolyklyteracki.wordpress.com/2011/05/05/relacja-z-majowego-stolyka-vatran-auraio/

24 IX 2016   21:24:50

Wielka przyjemność móc przeczytać tak interesującą polemikę!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nie przegap: Grudzień 2021
Esensja

31 XII 2021

To już ostatnie tegoroczne zestawienie recenzji, i jednocześnie ostatni tegoroczny tekst w Esensji. Zapraszamy do lektury!

więcej »

Prezentownik książkowy 2021
Esensja

31 XII 2021

Nie zdążyliśmy co prawda z prezentami książkowymi na święta, ale w ramach podsumowania minionego roku, rzutem na taśmę, przedstawiamy nasz prezentownik książkowy 2021. Dwadzieścia dwie pozycje. Kolejność zupełnie przypadkowa. Miłej lektury i Szczęśliwego Nowego Roku!

więcej »

Stulecie Stanisława Lema: Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
Mieszko B. Wandowicz

30 XII 2021

„Śledztwo” Stanisława Lema, podobnie jak „Głos Pana”, tak naprawdę opowiada o byciu ślimakiem. W tej powieści widać jednak mniej korzyści z takiego stanu rzeczy.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Czerwiec 2015
— Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek

Entliczek-pentliczek, zajdlowy tomiczek
— Aleksandra Graczyk, Sławomir Graczyk, Agnieszka Szady

Człowiek składa jaja tylko raz
— Mieszko B. Wandowicz

Do księgarni marsz: Styczeń 2011
— Esensja

Z tego cyklu

Burza dziejów, ucieczka z powieści 2010
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Kołek w serce horroru
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Zagadka czy pułapka? „Ada” albo żart Nabokova.
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Na marginesie: Samoświadomość poza fikcją, czyli od Wattsa do Metzingera
— Jacek Dukaj, Wit Szostak

Ślepoczytanie
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Bajka z garbem
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Tegoż twórcy

Sympozjum ostateczne
— Konrad Wągrowski

Balsam dojrzałej lektury
— Marcin Zwierzchowski

Sekretarz Diabła
— Magdalena Sperzyńska

Łamigłówki Marka S. Huberatha
— Magdalena Śniedziewska

Pierwszy czytelnik
— Artur Długosz

Tegoż autora

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie
— Łukasz Orbitowski

Kanał
— Łukasz Orbitowski

Moc generowania sensów
— Jacek Dukaj

Miasto grobów. Uwertura
— Wit Szostak

MetaArabia
— Wit Szostak

Konsekwencje wyobraźni
— Jacek Dukaj

Kosmos obiecany
— Jacek Dukaj

Słowo dla narodu
— Jacek Dukaj

Córka łupieżcy
— Jacek Dukaj

Kilka uwag o wzlocie i upadku fantastyki naukowej
— Jacek Dukaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.