Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Marek S. Huberath
‹Vatran Auraio›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułVatran Auraio
Data wydania10 lutego 2011
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-0804-569-5
Format500s. 123×197mm
Cena44,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

S.O.D.: Ogród mąk nieziemskich

Esensja.pl
Esensja.pl
Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak
« 1 2 3 4 5 9 »

Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

S.O.D.: Ogród mąk nieziemskich

Jacek Dukaj
Jacek Dukaj
3. Spór o SF, ciąg dalszy
Dukaj: Huberath to wyjątek – w odróżnieniu od chyba wszystkich znanych mi autorów twardej SF zachodniej wykorzystuje te konstrukcje świata jako elementy wielkich metafor, alegorii religijnych. Do tego stopnia, że niektórzy czytelnicy czują się przemocą „nawracani” jego fikcjami – jakby np. ciąg Fibonacciego z „Gniazda światów” miał stanowić rodzaj matematycznego dowodu na istnienie Boga.
Jak Wy to widzicie? Co tu jest materią pierwotną, autorskim punktem odniesienia? Sprowadzając rzecz do poziomu hasła: czy to literatura religijna ubrana w konwencję SF, czy też SF z dodatkowym rezonansem religijnym? Co stanowi funkcję czego?
To nie kwestia akademicka ani spór o marketingowe etykietki, tylko pytanie o klucz do tej bardzo specyficznej twórczości. A przy okazji o możliwą drogę rozwoju SF – w tradycji nauki mamy przecież także obraz świata materialnego jako „księgi pisanej przez Boga”, fizycy to najpilniejsi czytelnicy, matematyka to system metafor, może więc da się tworzyć klasyczną SF koncepcyjną jako operację literacką na „tekście Stwórcy”.
Szostak: Kiedy tak stawiasz pytanie, to aż mnie korci, by postawić inne: a skąd wiemy, że Huberath to autor SF? Kiedy sięgam do jego tekstów, które cenię najbardziej, tj. „Drugiej podobizny w alabastrze”, „Kary większej” czy „Miast pod Skałą”, to przypisanie go to tradycji SF wydaje mi się nieporozumieniem. Nie potrafię wskazać naukowości tych kreacji – ani w metodzie, ani w punktach wyjścia. Dla mnie Huberath jest pisarzem eschatologicznym, tylko że eschatologia to nie jest żadna science. Czy zatem o przypisaniu jego twórczości do tej konwencji nie decyduje po prostu nasz nawyk – bo autor jest biofizykiem, bo debiutował w „Fantastyce”, bo o nauce dużo opowiada na konwentach itd.?
W tekstach Huberatha widać, że jego myślenie o religii, teologii jest myśleniem naukowca, który próbuje zrozumieć pewne symbole i metafory za pomocą narzędzi ścisłego umysłu. Czy to jest możliwe – to wielkie pytania, również w kontekście „Vatran Auraio”.
Orbitowski: Jakie SF? Nawet tutaj. To bajerancki, fajny świat z komiksu czy właśnie „Avatara”, skonstruowany w ten sposób, żeby najlepiej naświetlić problemy egzystencjalne. Marek moim zdaniem idzie po linii najmniejszego oporu, tworząc te „fajne bajery”. Choć fajny bajer jest też bajerem strasznym, co pozostaje w zgodzie z estetyką, powiedzmy, kinowego filmu fantastycznego. Zrozumcie mnie dobrze: to nie jest żaden zarzut. Mamy raczej do czynienia z próbą powiedzenia czegoś więcej przy pomocy prostych narzędzi popkulturowych. Jak na mnie, pełna zgoda.
Dukaj: Kiedy pytałem o klucz do Huberatha, nie spodziewałem się jednak, że w ogóle zakwestionujecie tu SF-owość. To ciekawe, pokazuje, czym jest SF dla osób jednak z zewnątrz (a czym nie jest).
Dla Wita to nie jest SF, bo nie potrafi wskazać naukowości tej kreacji. Czym jest „naukowość kreacji”? Chodzi o to, że Huberath nie epatuje sztafażem naukowym, nie operuje słownictwem hi-techowym, że uprawianie nauki nie jest treścią jego opowieści (jak to było w „Ślepowidzeniu” Wattsa)? Ale może „naukowość kreacji” to spójność, szczegółowość świata przedstawionego, logiczne osadzenie go na podstawach fizycznych, biologicznych itd.?
Szostak: Przecież napisałem: bo eschatologia i religia nie są science. Dla świata wyjaśnianego przez nauki fakt, czy doszło do Wcielenia, czy nie, jest głęboko obojętny. Przecież dla niewierzących – nawet jeśli skłonni są uznać historyczność Jezusa z Nazaretu – Zwiastowanie pozostaje czymś, co nie miało miejsca. Co więcej – trudno wykazać jakimikolwiek metodami spoza wiary, że chrześcijaństwo w swoim rozwoju zawdzięcza coś rzeczywistemu sprawstwu Boga (Ducha Świętego). Chrześcijanin spokojnie może pomyśleć sobie sektę, która bez żadnej boskiej sankcji zyskuje społeczny oddźwięk i opanowuje cały świat, a dla niewierzącego takim przykładem jest przecież samo chrześcijaństwo. A zatem podstawowe odkształcenie w „Drugiej podobiznie w alabastrze” nie ma charakteru fantastycznonaukowego. Podobnie rozumiem świat pokazany w „Karze większej”: to fabularyzowana wizja Eschatonu, sięgająca zresztą nie tyle do imaginarium naukowego, tylko do dwudziestowiecznych totalitaryzmów.
Jeśli jednak Tobie do bycia SF wystarczy spójność i logiczność kreacji, to przyznaję, że nie rozumiem tak definiowanej specyfiki SF. Bo sądziłem, że to warunki większości kreacji fantastycznych.
Dukaj: Kiedyś już dyskutowaliśmy o tym wyróżniku SF: dla mnie świat SF musi być wywiedziony z naszego w skończonej liczbie racjonalnych przekształceń. Świat „Vatran Auraio” spełnia ten warunek: nie jest to świat nasz i nie jest to świat stworzony przez magię (nieracjonalnie). Przekształcenia przeprowadzono głównie za pomocą nauk biologicznych i autor świadomie epatuje nimi (ich szczegółowością, konsekwentnością) na każdym kroku.
Takie zdefiniowanie pola gry nie determinuje jednak przebiegu rozgrywki. „Pisarz eschatologiczny, a eschatologia to nie science”, zatem nie pisze SF. No przepraszam, ale jakbym słyszał: „Lem był pisarzem głęboko humanistycznym, zatem to, co pisał, to tak naprawdę nie była SF”.
Szostak: Ale podajesz porównanie, które nie pasuje do tego, co chcę powiedzieć. Nie chodzi mi o to, że wydźwięk prozy Huberatha ma charakter eschatologiczny (analogicznie: a Lema humanistyczny), tylko o to, że u Huberatha w wielu utworach – choć być może akurat bez „Vatran Auraio”, o którym rozmawiamy – istnieje przestrzenna i fizyczna ciągłość pomiędzy światem a zaświatem. Adams wchodzi w zaświaty przez furtkę w murach Watykanu. Bohater „Balsamu długiego pożegnania” płynie łodzią z naszego świata na wyspę, gdzie mieszkają umarli. Za tym ukryta jest pewna teza teologiczna, z którą można polemizować. Ale według mnie nie sposób twierdzić, że do tak skonstruowanego świata przedstawionego da się zastosować formułę „w skończonym łańcuchu racjonalnych przejść”. Bo jeśli odrzucasz magię jako „racjonalne przejście”, to na jakiej podstawie uznajesz za racjonalną – w tak rozumiany sposób tę właśnie – eschatologię? Włączenia zaświatów w świat fizyczny – podkreślony przez przestrzenną ciągłość – jest zabiegiem fantastycznym, który mam za daleki od metod SF.
Dla jasności: moja opinia ma charakter opisowy. To „wykluczenie” prozy Huberatha z SF nie jest dla mnie ani dowartościowujące, ani deprecjonujące.
Orbitowski: Gdybym był złośliwy, poprosiłbym o szacunkowe wyliczenie tych najważniejszych kroków. Być może jest tak, że każdy kolejny krok powyżej określonej liczby przekształceń osłabia SF-owość tekstu. Czy „Cieplarnia” to SF? Moją wątpliwość budzą też cyvuty. Co je różni od smoka buchającego ogniem? Przyjmijcie mój głos jako votum separatum; Wit ma rację, wykluczenie czy też włączenie „VA” w określoną szufladkę nie ma wielkiego znaczenia.
Dukaj: A mnie właśnie najbardziej interesują sposoby literackiego wykorzystania SF wykraczające poza zabawy elementami takiej czy innej nauki. MSH daje właśnie w „Vatran Auraio” przykład, jak można rozwijać zupełnie inne strategie literackie, opierając się na poetyce SF. Czy on buduje te metafory eschatologiczne pomimo SF, czy walczy z SF, czy SF mu przeszkadza? Nie sądzę. To jest jego język.
To coś innego niż tradycyjna „ambitna SF”, gdzie kwestie filozoficzne czy sytuacje egzystencjalne stanowią przedłużenie, konsekwencję przekształceń SF-owych. Huberath robi tu inaczej: z jednej strony – SF pełną gębą, z drugiej – literatura eschatologiczna. Pytanie o relację między nimi – na różnych poziomach – wydaje mi się kluczowe. Alegoria nie jest narzędziem nauki, trudno powiedzieć, że w ten sposób SF „połyka” tu eschatologię. Z drugiej strony rozum nie jest automatycznym wrogiem myślenia religijnego.
Szostak: Przyglądając się SF z boku, mam nieodparte wrażenie, że autorzy SF robią z tej „naukowej metody” swoisty fetysz, jakby właśnie nią chcieli usprawiedliwić swoje pisanie. „Nie dość że napisałem ciekawy i przejmujący tekst, ale do tego wywiedziony w skończonych i racjonalnych krokach z naszego świata!” Czasem to wybrzmiewa inaczej: „Może tekst nie jest dobry literacko, ale za to w skończonej liczbie kroków wyprowadzony…”.
Ja nie widzę potrzeby takich usprawiedliwień, nie rozumiem też, dlaczego jakieś kryterium pozaliterackie miałoby być dobrym wsparciem w dyskusjach literackich. Naukowy obraz świata to jedno, a twórczość literacka – nawet uprawiana przez wielkich entuzjastów nauk ścisłych – to drugie. Zresztą, tu zgadzam się z Łukaszem, łatwo wskazać wiele klasycznych i ważnych dla SF dzieł, gdzie ta „skończona liczba kroków” jest iluzją.
Orbitowski: No dobrze, ale moim zdaniem tak właśnie to wygląda. SF w stanie czystym jest chyba literackim przepracowaniem określonych naukowych teorii. Rzetelne wykonanie pracy naukowej świadczy o spójności książki, tak samo jak np. wynikanie fabularne albo zachowanie sumiennego detektywa podczas śledztwa w powieści kryminalnej. Opisuje podróż w czasie, więc podróż ta musi wypaść wiarygodnie w ramach przyjętych założeń fizycznych.
Dukaj: Tak samo jak jakościami SF-owymi można zasłaniać niedoskonałości dzieła dowolnymi innymi cechami: fabuła mocna, ale postacie słabe; język dobry, ale myśl banalna itd. Np. miłośnicy marynistyki nierzadko zachwycają się świetnym oddaniem życia na okręcie w kiepskiej poza tym książce. Dla amatorów kryminałów z tradycji Agathy Christie i Joe Alexa atutem bijącym wszystko jest sama logiczna struktura zagadki detektywistycznej. I tak dalej. Nie jest to więc unik specyficzny dla SF.
Clou sporu jest moim zdaniem niezgoda na to chirurgiczne rozcięcie: „Naukowy obraz świata to jedno, a twórczość literacka to drugie”. Nie rozumiem tego zakazu. Jeśli literatura nie ma być pustą formą, lecz wypełnionym treścią głosem o realnym świecie, w którym żyjemy, to jak może się na starcie tak samookaleczać? Przy czym jest to abdykacja postępująca, bo wiek po wieku nauki ścisłe wżerają się w fundamenty kolejnych dziedzin uznawanych dotąd za „humanistyczne”.
Szostak: Ta dyskusja rzeczywiście będzie trwała lata. Chciałbym więc tylko doprecyzować moje stanowisko, bo tu nie chodzi o to, że ja przeciwstawiam naukę twórczości literackiej. Podnosisz argument „samookaleczania”. Rzecz w tym, że ścisłe założenie „literacki świat przedstawiony jest wyprowadzalny w skończonej liczbie racjonalnych przekształceń z naszego świata” daje nam bardzo duże możliwości, niemniej na pewne zagadnienia nas zamyka. Jestem bowiem głęboko przekonany, że jest wiele sfer ludzkiej egzystencji (jak choćby kwestie relacji z Bogiem i zagadnienie samego Boga), które jako żywo nie dają się wyprowadzić z naukowego obrazu świata. Zatem to nie ja kaleczę SF i zabieram jej prawo mówienia o prawdziwym świecie, ale SF robi to na własne – dla mnie niezrozumiałe – życzenie.
Dukaj: Zdaje się, że przyjmujesz tu ciche założenie, iż jakiekolwiek racjonalne przekształcenie naszego świata redukuje ten świat w całości do tego, co racjonalnie objaśnialne. Tymczasem w paradygmacie współczesnych nauk ścisłych mieści się ich samoograniczenie: świadomość granic takiego poznania. Opisanie np. przyszłości po metodycznie przeliczonej zapaści ekologicznej nie spowoduje wyprania kultury i psychologii ludzi w owej przyszłości z tych sfer egzystencji, na które wskazujesz. Ba, jedno może służyć do uwypuklania drugiego (jak np. cybernetyka u ateisty Lema do podnoszenia kwestii wiary, relacji z Bogiem, życia po śmierci itd.).
Szostak: Drugi zarzut, który mam do tak rozumianej, bardzo ekspansywnej definicji SF, jest taki, że zawłaszcza ona wszelkie przemyślane światy przedstawione. Bo jeśli „Druga podobizna w alabastrze jest SF”, to jest nią również Ziemiomorze Le Guin i wiele innych powieści fantasy. Nie uważam, żeby teoria o związku słowa z rzeczywistością była mniej racjonalna niż koncepcja Wcielenia, do którego nie doszło.
Dalsze argumenty pozostawiam do kolejnych odsłon naszego odwiecznego sporu.
Dukaj: Możliwość wskazania po kolei racjonalnych przekształceń gwarantuje łączność świata przedstawionego z naszym poza umownością tekstu. Co oczywiście nie czyni książki automatycznie dobrą, ale stanowi (przynajmniej dla mnie) użyteczny wyróżnik gatunkowy.
Dygresja autoironiczna: czy zwróciliście uwagę, jak często według podobnego kryterium oceniają „ważność” współczesnej literatury nasi krytycy prasowi? Im bardziej wprost książka mówi o sytuacji Polski i Polaków – im mniej przekształceń wykonał autor i im łatwiej jego kreację przełożyć z literatury na weryfikowalne realia zza okna – tym wartościowsza to dla nich twórczość. Odpowiednikiem hard SF byłaby tu literatura reportażowa, biograficzna itp. Tylko że oni właśnie tak wartościują, to nie jest klasyfikacja czysto opisowa.
Czy Twojego sprzeciwu, Wicie, nie budzi raczej sposób, w jaki SF robi użytek z tego naukowego obrazu świata? Bo że na razie nie mamy tu idealnej metody, zdaję sobie sprawę – z tym problemem siłował się m. in. Lem w „Fantastyce i futurologii”. Patent z „Vatran Auraio” to moim zdaniem potężna broń w arsenale SF.
Nie wiem, czy jest sens licytować się liczbą utworów MSH: czy więcej napisał takich, w których świat SF-owo „pochodzi” z naszego, czy więcej takich jak „Kara większa” czy „Balsam długiego pożegnania”. W każdym razie „Vatran Auraio” dla mnie ewidentnie należy do SF, i to do klasycznego, inżynieryjno-światotwórczego jej nurtu. Czym więcej jest (a jest) i który klucz otworzy nam tu więcej drzwi – od strony czytelnika i od strony autora-konstruktora – o to właśnie pytam. Ale SF jak się patrzy.
Po pierwsze, Huberath wykorzystał tu konwencję SF, która ma bardzo długą tradycję, jest to jeden z jej „standardów przyszłości” (obok np. przyszłości postapokaliptycznej, Technologicznej Osobliwości czy imperium galaktycznego).
Konwencja stanowi rozwinięcie takich trzech założeń: że istnieje w kosmosie wiele planet o takich kombinacjach parametrów, iż mogą na nich żyć ludzie. Że istnieje taka metoda podróży międzygwiezdnych, która uniemożliwia szybką i stałą komunikację między zasiedlonymi planetami; poszczególne ekspedycje i kolonie pozostają zdane na siebie. Oraz że postęp cywilizacyjny (przynajmniej w przypadku ludzkości) nie jest procesem jednostajnie przyśpieszającym: może się zatrzymać, a także cofnąć na długie okresy (powodując regres do kolejnych Wieków Ciemnych).
W ten sposób otrzymujemy bardzo zróżnicowany, kolorowy i potencjalnie niewyczerpywalny jako rezerwuar literacki „wszechświat postkolonizacyjny”: planety, na których obce, egzotyczne kultury pochodzą od potomków ludzkich kolonistów, co na długo utracili kontakt z resztą ludzkości i wytworzyli własne obyczaje, prawa, nauki, sztuki, religie, języki, niekiedy przy tym także przekształcając się fizycznie.
Ta konwencja ma klasyków, nowatorów, realizacje bardziej ambitne i bardziej popularne. Klasykiem jest np. Ursula Le Guin ze swoją Ekumeną (z tego cyklu pochodzi m. in. słynna „Lewa ręka ciemności”). Można wręcz powiedzieć, że światy połączone trasami lęgowymi cyvutów to Ekumena Huberatha. Ale wykorzystują taki schemat także najpopularniejsze współczesne cykle SF, jak cykl Carda o Enderze czy barrayarski cykl McMaster Bujold. Słowianie również już tak pisali (vide „Przełęcz” Bułyczowa).
Po drugie, świat „Vatran Auraio” to wzorcowy przykład naukowego worldbuildingu. Na ile potrafię to zanalizować (a jeśli nie potrafię – to nie mam argumentu na tezę przeciwną), wszystko zostało tu bardzo dokładnie przemyślane i ściśle rozwinięte z założonych warunków astrofizycznych i biologicznych. Natomiast autor nam tego nie wyjaśnia wprost, nie czyni śledztwa nad rzeczywistością osią fabuły, nie mamy tu fizyków i biologów dyskutujących na scenie przed czytelnikiem mechanizmy świata. Zegarmistrz skonstruował zegar, puścił w ruch i zamknął mechanizm – widzimy przesunięcia wskazówek na cyferblacie, nie obroty trybów. Ale właśnie z precyzji godzinowych wskazań możemy wnioskować o jakości jego pracy.
Orbitowski: Ale zgadzam się z tym wszystkim. Tylko bez większych problemów wyobrażam sobie taką samą historię, analogiczne dramaty w konwencji fantasy: magiczna kraina, ludzie przeklęci przez czarodzieja i wygnani na niegościnną ziemię. Jeśli się przyjrzysz, wszystkie SF-owe elementy będziesz w stanie przerobić pod to rozwiązanie.
Inna sprawa, że pomysł Huberatha broni się lepiej jako, powiedzmy, przyszłość ludzkości o niezerowym prawdopodobieństwie. Konstrukcja uwiarygodnia przywołanie tematyki biblijnej, nie odpadamy tak daleko, nie wprowadzamy magii. Przypomina mi się nasze „Ślepowidzenie”, gdzie Watts rozważał kontakt z bardzo obcym Obcym.
Szostak: Rzeczywiście, świat przedstawiony jest w powieści dobrze odrobiony, by użyć słowa używanego przez samego autora. Przychodzi mi do głowy takie porównanie, trochę spoza samego tekstu, ale silnie związane postacią Huberatha i obecne w jego wcześniejszej twórczości: to jego fascynacja dawnym malarstwem, pieczołowitością dawnych mistrzów, którzy nie zaniedbywali żadnego szczegółu, nawet najdrobniejszej fałdki na trzewiku malowanych postaci, najmniejszej żyłki widocznej pod skórą. To jest chyba najbliższe Huberathowi rozumienie kunsztu i samej sztuki. A przecież ta drobiazgowość nie wyklucza w dawnym malarstwie głębokiej symboliki i celów, które przecież wykraczają poza owo „odrabianie” świata.
Orbitowski: Może jestem pozbawiony możliwości „czytania” takich konstrukcji, nie widzę wszystkich szwów. Świat jest bogaty i spójny, czyli autor wywiązał się z obowiązku. Nie więcej i nie mniej. Nie może chyba być tak, że prawidłowe wykonanie części pracy pisarskiej (świat się nie sypie) uważamy za coś wyjątkowego. Stan normalny nie podlega pochwale.
Zatem nie neguję SF-owości tej powieści, tylko mi się ta SF-owość nie narzuca. Huberath wykonał kawał światotwórczego wysiłku, następnie użył tej bazy do budowy swojego Edenu na opak.
Dukaj: To jest dobre pytanie: czy coś ważnego byśmy stracili, przepisując „Vatran Auraio” z SF na fantasy? czy w ogóle na konwencję niefantastyczną (jeśli to możliwe)?
Naukowa konstrukcja trzyma jednak świat w rygorze najsilniejszej z metafor, tzn. nowożytnego przyrodoznastwa. Nie jest to losowa składanka atrakcyjnych elementów, nie pozwala na takie kreacje po swobodnych skojarzeniach jak w fantasy. W tym ograniczeniu leży siła SF: nie są to nigdy permutacje „puste”, pozostają związane z naszym doświadczeniem przynajmniej na tym podstawowym poziomie znaczeń. Dlatego np. system pośmiertnego rozmnażania opisany przez Huberatha ma zupełnie inną wagę spekulacji egzystencjalnej, niż gdyby to wszystko odbywało się na magicznych zasadach, nie związanych ani nie wynikających z reguł ludzkiej biologii.
Inna jest też dla mnie wymowa alegorii biblijnej, która powstaje jako odbicie obrazu naukowej kreacji (a przynajmniej artystycznej kreacji w duchu nauk ścisłych); inna byłaby wymowa takiej alegorii wychodzącej od fantasy. Tu mamy napięcie już na wejściu, relacje nauki z religią mają swoją historię.
Orbitowski: Dorzucam taki argument: świat zbudowany na magii niósłby ze sobą nadzieję na odwrócenie złego losu. Klątwę można odczynić. Nawet najbardziej skomplikowane czary mogą zostać odegnane przy pomocy, trywializując, innego magicznego artefaktu. Taka perspektywa, nawet kunsztownie i rozumnie ujęta, zabiłaby pomysł „dni ostatnich”. Utrzymanie paradygmatu naukowego gwarantuje beznadziejną sytuacje istot zamieszkujących Matcinu Dolanu.
« 1 2 3 4 5 9 »

Komentarze

22 IV 2011   23:39:40

Panowie,
(Tym samym, dziękując za tą wspaniałą dyskusję...Oby takich więcej!)

A ja uważam, że to po prostu świetna powieść. Kawał wspaniałej i zapadającej w pamięć literatury. Jednej z lepszych, jakie ostatnio czytałem (osobiście, zbliżam ją do wymiaru Diuny). Czytasz to i zapamiętujesz nawet ten dziwaczny i nieznośny chwilami pseudo-słowiański język (chyba najbliżej mu do serbsko-chorwackiego). Szkoda, że nic żeście o tym nie pogadali... Przecież mało kto, potrafi zmusić czytelnika do akceptacji odmiennej lingwistycznie narracji. Świadczy to tylko o wielkości Autora i charyźmie (czy też literackiej sprawności) Jego dzieła. Z reguły, ad hoc, odrzuca się tego rodzaju wstawki lingwistyczne - tymczasem tu - po prostu jen uznajesz, czytasz dalej; tym samym AKCEPTUJESZ. Fantastycznie napisane (i tu nie mogę zgodzić się z Jackiem, co do sprawności językowej autora dzieła MSH).
Niekoniecznie, trzeba tą historię, aż tak bardzo analizować, choć czytanie Waszych jej interpretacji sprawiło mi wielką przyjemność. Kłopot w tym, że więcej tu mówicie o Was samych, o Waszych rozterkach i oczekiwaniach, filtrowanych bardzo osobniczo, zatem przecież równie subiektywnie...
Gdyby poddać takiej surowej analizie jakikolwiek uznany tekst literacki, efekt byłby dosyć zbliżony. Chyba jednak nie w tym rzecz. Sam fakt potrzeby stworzenia tej dyskusji pokazuje, jak wspaniały literacko świat stworzył MSH. Oczywiście - jest to Fantastyka pełną gębą. Jaki sens ma analizowanie, czy to kostium SF, czy prawdziwa SF? Przecież Autor pisał tą powieść w konwencji, którą realizuje od lat. I konwencja ta, wydaje mi się bardzo naturalną.
Raz jeszcze: Huberathowi udało się zbudować piękną i poruszającą historię. Nie sądzę, aby odmienna biologia człowieka gubiła w powieści jego człowieczeństwo, możliwość utożsamienia się z bohaterami, co tak często tu sugerujecie. Psychika tych ludzi jest mi bardzo bliska. Ich dylematy, zagubienie, izolacja, lęk, problematyka chorowania, wreszcie rychła śmierć - czymże się to różni od nas samych? Czymżesz są rozbieżności w temacie rozmnażania, odmienność rytuałów erotycznych, pojęcie prymitywizmu/głupoty/wiedzy/niewiedzy, lub odmienny sposób pochówku (zresztą, bardzo bliski rytuałom rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej)? Ot, bardzo to zależne od wieku, a jeszcze bardziej od pokory potencjalnego czytelnika.
Natomiast fatalną sugestią (wręcz groźną w swej naiwnej wymowie), zdaje się być sugerowany w Waszej dyskusji pomysł równoważności (zrównania wątków) świata urojeniowego ze światem rzeczywistym. "Piękny Umysł", maluje przecież oparty na faktach dramat osoby cierpiącej z powodu schizofrenii: gdzież tu szukać racjonalności wątków ukrytych w urojeniowych ich interpretacjach? To nie magiczność lub tania sensacja, to dramat osoby cierpiącej z powodu biologicznego schorzenia, tym samym dramat osób bliskich choremu. Mądrze rozegrał to MSH, za co składam mu szczególne wyrazy uznania. I tą część Waszej dyskusji, muszę po prostu napiętnować mianem sensacyjnej naiwności.

Summa summarum: ma rację Jacek, pisząc, że dzieło MSH powstawało w perpektywie dekady i wcale nie było pewne swego zrodzenia się.
Ode mnie - MSH napisał wspaniałą powieść. W żaden sposób nie chcę jej bronić, bo świetnie broni się sama, nie czuję też, aby była przez Was wielce zaatakowana.
Jestem pod wrażeniem możiwości telentu MSH.

Ściskam,
(mż)

28 IV 2011   13:48:25

Podobnie jak przedmówcy, bardzo podobała mi się Wasza dyskusja. W kilku miejscach mam inne zdanie, np. w sprawie człowieczeństwa. Najbardziej nieludzcy wydawali mi się przybyli ziemianie(?), a nie mieszkańcy.

Mnie zaciekawiła postać włodarza wioski, o którym nie wspomnieliście, i jego stosunków z nauczycielem. Mimo wyjaśnień uczennic, czytając książkę, miałem wrażenie, że jego wina była nie do końca prawdziwa... Wydaje mi się, że równie winny był włodarz, że podobne grzechy miał na sumieniu.

I jeszcze ostatni wątek, rozwój i upadek społeczności. Ja odczytałem sytuację następująco: cywilizacja przybyła na planetę, początek kolonizacji to z jednej strony rozwój wiedzy na temat świata w jakim się znaleźli, próba przeniesienia własnych doświadczeń na nowy ląd a potem... w którymś momencie doszło do utraty komunikacji z Ziemią(?), oraz z innymi wioskami znajdującymi się na planecie - bo raczej jestem pewien że było ich więcej. Wydaje mi się, że było to już na etapie rozrodu przez vylet i zimowej hibernacji. Brak kontaktów wiąże się z zamknięciem społeczności, rozrodem wewnątrz wioski a co za tym idzie również mutacjami itd. Czytając zastanawiałem się również, kiedy vylet zaczął równać się śmierci...

I jeszcze na koniec, ciekawa interpretacja poroka jako węża... w ogóle tak tego nie odczytałem, ale coś w tym jest.

Pozdrawiam serdecznie
Adam

05 V 2011   16:03:50

"Vatran Auraio" było także przedmiotem dyskusji Stolyka Lyterackiego, oto relacja: http://stolyklyteracki.wordpress.com/2011/05/05/relacja-z-majowego-stolyka-vatran-auraio/

24 IX 2016   21:24:50

Wielka przyjemność móc przeczytać tak interesującą polemikę!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fot. Press Photo Center/East News

Pożegnania 2021 (4/4)
Jarosław Loretz

25 I 2022

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2021 roku. Dziś miesiące październik-grudzień.

więcej »

Pożegnania 2021 (3/4)
Jarosław Loretz

24 I 2022

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2021 roku. Dziś miesiące lipiec-wrzesień.

więcej »
Fot. Januarybratek, Wikimedia Commons

Pożegnania 2021 (2/4)
Jarosław Loretz

23 I 2022

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2021 roku. Dziś miesiące kwiecień-czerwiec.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Czerwiec 2015
— Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek

Entliczek-pentliczek, zajdlowy tomiczek
— Aleksandra Graczyk, Sławomir Graczyk, Agnieszka Szady

Człowiek składa jaja tylko raz
— Mieszko B. Wandowicz

Do księgarni marsz: Styczeń 2011
— Esensja

Z tego cyklu

Burza dziejów, ucieczka z powieści 2010
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Kołek w serce horroru
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Zagadka czy pułapka? „Ada” albo żart Nabokova.
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Na marginesie: Samoświadomość poza fikcją, czyli od Wattsa do Metzingera
— Jacek Dukaj, Wit Szostak

Ślepoczytanie
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Bajka z garbem
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Tegoż twórcy

Sympozjum ostateczne
— Konrad Wągrowski

Balsam dojrzałej lektury
— Marcin Zwierzchowski

Sekretarz Diabła
— Magdalena Sperzyńska

Łamigłówki Marka S. Huberatha
— Magdalena Śniedziewska

Pierwszy czytelnik
— Artur Długosz

Tegoż autora

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie
— Łukasz Orbitowski

Kanał
— Łukasz Orbitowski

Moc generowania sensów
— Jacek Dukaj

Miasto grobów. Uwertura
— Wit Szostak

MetaArabia
— Wit Szostak

Konsekwencje wyobraźni
— Jacek Dukaj

Kosmos obiecany
— Jacek Dukaj

Słowo dla narodu
— Jacek Dukaj

Córka łupieżcy
— Jacek Dukaj

Kilka uwag o wzlocie i upadku fantastyki naukowej
— Jacek Dukaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.