Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Babskie gadanie: Fantasy a la Polonaise

Esensja.pl
Esensja.pl
Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Anna Brzezińska
Wracając jednak do naszych bara… to jest do filmu kinowego i do kwestii śmiechu, to przyznajmy jednak uczciwie, ze widzowie śmieją się dosyć często. Może nie do końca zgodnie z intencjami twórców, ale śmiech to zawsze zdrowie i tej zalety filmu ukrywać nie należy.

Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Anna Brzezińska

Babskie gadanie: Fantasy a la Polonaise

Wracając jednak do naszych bara… to jest do filmu kinowego i do kwestii śmiechu, to przyznajmy jednak uczciwie, ze widzowie śmieją się dosyć często. Może nie do końca zgodnie z intencjami twórców, ale śmiech to zawsze zdrowie i tej zalety filmu ukrywać nie należy.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
AB: No to która z nas powie pierwsza: fajny film widziałam?
PB: Obawiam się, że żadna, choć trzeba przyznać, że momenty były. Oj były.
AB: Powiedziałabym nawet, że zgodnie z dominującą manierą w polskiej kinematografii kiedy tylko reżyser nie wiedział, co zrobić z kamerą, kierował ją na gołe cycki. Swoją drogą nie pamiętam już, kto zapoczątkował tę modę. Czy aby nie ekranizacja „Nad Niemnem”, gdzie bohaterce zaaplikowano zupełnie niepotrzebny i absurdalny striptease?
PB: Mam wrażenie, że to się zaczęło już wcześniej. A do dziś pamiętam, jak moją przyjaciółkę-aktorkę kolega zniechęcał do roli w filmie przygodowym hasłem: „Ta bohaterka w ogóle nie ma kostiumów; cały czas lata goła”. Tak, że najnowsza nasza superprodukcja nie odstaje tu od kanonów kina polskiego.
AB: Owszem, bo chlubnie kontynuuje - by nie rzec: twórczo rozwija - większość szkolnych błędów rodzimej sztuki filmowej. Przede wszystkim narzuca się pytanie, dlaczego panowie producenci nie postanowili po prostu przerobić opowiadań Sapkowskiego na teatr telewizji? Bo pomimo chmurek oraz pejzaży na ekranie „Wiedźmin” jest produkcją zasadniczo teatralną, z całą teatralną umownością i oszczędnością środków.
PB: I manierą aktorską. To zresztą także bolączka współczesnego polskiego kina - my po prostu nie mamy aktorów filmowych. Jednak z całym szacunkiem, teatr telewizji zwykle reprezentuje sobą nieco wyższy poziom, niż rzeczone dzieło ekranowe. Choćby dlatego, że pierwszorzędną rolę odgrywa w nim tekst. Tymczasem w „Wiedźminie” właśnie tekstu, czyli spójnego scenariusza, brakuje najbardziej. Bo powiedzmy sobie uczciwie, oszczędne dekoracje, grę aktorów, mizerne efekty specjalne - wszystko to można by darować, gdyby film trzymał się kupy. Ale się nie trzyma.
Michał Żebrowski najwyraźniej widział już film
Michał Żebrowski najwyraźniej widział już film
AB: Tutaj anegdotka. Kiedy z pewnym zażenowaniem śledziłam akcję na ekranie (a obowiązek recenzencki nie pozwolił wyjść przed napisami końcowymi), tuż obok miły młodzian wyjaśniał towarzyszce, o co chodzi. Przez cały film, scena po scenie. Wychodząc nie oparłam się pokusie i spytałam, czy jako osoba nieznająca opowiadań Andrzeja była w stanie pojąć przebieg fabuły. Otóż nie, ani dudu. I przyznam, że nie dziwi mnie to zupełnie. Film jest zlepkiem luźnych scen i losowo dobranych wątków, najczęściej zaś zwyczajnie nie wiadomo, po co ci biedni bohaterowie tak się po ekranie miotają. Weźmy chociaż wątek dziecka niespodzianki…
PB: No, w porównaniu z innymi i tak jest nieźle wyjaśniony, co chcesz? Kiedy ktoś komuś ratuje życie (a zdarza się to w filmie kilkakrotnie), w ramach zapłaty domaga się tego, o czym uratowany nie wie, że to posiada (zastanawiałam się skądinąd, jak zareagowałby wiedźmin, gdyby dostał od uratowanego np. owsiki) i zwykle jest to dziecko. Stąd dziecko-niespodzianka. Ale temu, kto bez lektury opowiadania zrozumie cokolwiek z wątku Renfri, osobiście gotowa jestem darować konia. Z rzędem.
Widział też Zamachowski...
Widział też Zamachowski...
AB: Ano właśnie. Przy tym nie przeszkadzają mi zupełnie odstępstwa od oryginału i nie zamierzam się spierać o wierność książce. Ale z filmu dowiadujemy się, że rzeczona Renfri pali i grabi, z niezgłębionych powodów ma prywatny zatarg z pewnym czarodziejem, wiedźmin się doń ni z tego, ni z owego miesza, czarodziej nie wpuszcza Renfri do wieży, Renfri umiera (od cięcia w brzuch, czy w uda, nie potrafię zgadnąć), ale przed śmiercią błaga wiedźmina, aby ją przytulił, co jest ciekawym pomysłem wobec poniekąd obcego faceta, który przed chwilą rozciął jej tętnice. Coś pominęłam? Może kryształową kulę, przy której wiedźmin ma przejściowy atak ślepoty i nie dostrzega roli Renfri w wyrżnięciu świątyni Melitele.
PB: Właściwie wiedza o zatargu też jakby problematyczna jest… No, mój stosunek do zmian w tekście nader przypomina twój, ale jednak przydałby się choć cień wewnętrznej logiki… Zapewne w serialu to się trochę powyjaśnia, ale przecież to żadne wytłumaczenie!
AB: Bo też nie wiem, jaki sens ma produkcja filmu kinowego, jeśli miksuje się go z okrawków z serialu. Pozostaje kwestia budżetu, który z pewnością odpowiada za niektóre kiksy, ale nie usprawiedliwia fabularnych nielogiczności. Podobnie, jak niewybaczalne jest zarżnięcie tej błyskotliwej, dowcipnej frazy Sapkowskiego. Bo jego język po prostu skastrowano do zera -- na filmie zaśmiałam się w czterech momentach, w trzech przypadkach były to oryginalne dialogi, które dziwnym zrządzeniem losu oszczędzono spod rzeźnickiego noża scenarzysty. Którego nazwiska notabene nie spostrzegłam w napisach końcowych.
PB: Ach, słynny scenarzysta „Ja rozumiem Sapkowskiego"…. Krążą o nim prawdziwe legendy, a jego co ciekawsze pomysły zobaczymy pewnie dopiero w serialu, jako to wiedźminki, czy dzieciństwo Geralta. Wracając jednak do naszych bara… to jest do filmu kinowego i do kwestii śmiechu, to przyznajmy jednak uczciwie, ze widzowie śmieją się dosyć często. Może nie do końca zgodnie z intencjami twórców, ale śmiech to zawsze zdrowie i tej zalety filmu ukrywać nie należy. Kiedy na przykład filmowa Calanthe wspomina o czymś, co straszy na zamku, skojarzenie z kniaziem Waligórskiego narzuca się z siłą wodospadu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę porażającą urodę Pavetty.
I powiedz jeszcze tatusiowi, że na reżyserii, to trzeba się znać
I powiedz jeszcze tatusiowi, że na reżyserii, to trzeba się znać
AB: A oczka takie maciupkie? Cóż, wprawdzie trudno winić reżysera za nasze skojarzenie, a przecież… Nilfgaardczycy jako żywo przypominają zbójcerzy i skoro Polch wytoczył proces o naruszenie praw autorskich, to Christa też powinien. No i te piosenki Jaskra… Przyznaj się uczciwie, czy my tego skądś nie znamy?
PB: No wiesz, to taka tradycja. „Znacie? To posłuchajcie.” Ale Jaskier i tak wyszedł całkiem, całkiem. W odróżnieniu od koszmarnej Ciri, w pewnym momencie do tego przystrojonej w maskę rodem z Pulp Fiction i katalogów dla fetyszystów, a przekonującej jak Andrzej Lepper w roli szekspirowskiej Julii (choć niewątpliwie mniej uzdolnionej aktorsko).
AB: Ale przyznajmy uczciwie, że w „Wiedźminie” gra aktorska bywa naprawdę niezła, choć skażona teatralną manierą. Chyba właśnie dlatego najlepiej bronią się aktorzy obsadzeni w rolach, które są z natury granej postaci na pewną teatralność gestów i znaczeń: Ewa Wiśniewska w roli królowej Calanthe, Anna Dymna jako Nenneke, zwierzchniczka świątyni Melitele.
PB: I Zbigniew Zamachowski - Jaskier. Sam Żebrowski zresztą też nie jest zły, tylko po prostu nie bardzo ma co zagrać. I doprawdy, trudno mieć do nich pretensje, że na widok ich kolejnego spotkania widz mamrocze pod nosem: „Witaj, Janie. Witaj, Michale”.
Ekipa nie raz próbowała cichcem umknąć z planu...
Ekipa nie raz próbowała cichcem umknąć z planu...
AB: Jeszcze a propos dzieci w filmie: nie powstrzymam się i zacytuję mój ulubiony dialog z udziałem aktorów dziecięcych, którzy istotnie grają gorzej, niż w reklamówkach. Wiedźmin wypytuje anonimowe dziecię w sukmanie, czy nie widziało może drugiej dziewczynki podobnej do jego umorusanej koleżanki. A dziecię odpowiada radośnie, że owszem, widziało tę podobną dziewczynkę - i miała ona maskę na twarzy. Naprawdę starałam się oglądać ów film ze wszelką możliwą tolerancją, ale podobne dialogi obrażają moją inteligencję.
PB: Mnie głęboko zachwyciła scena telepatyczna, kiedy to Borch Trzy Kawki proponuje Geraltowi, że spełni jego życzenie, a dużo może. Na to wiedźmin sugeruje, żeby tamten przeczytał je sobie w myślach. Borch czyta, Yennefer czyta, Geralt myśli, a widz zgrzyta zębami, bo telepatą nie jest…
AB: Takich momentów, gdzie telepatia się przydaje, jest znacznie więcej. Zrozumiałaś na przykład, co mówił smok?
PB: Nie, a ty?
AB: Ani jednego słowa. Nie pojęłam też zupełnie, po co wprowadzono wątek Yennefer. Żeby mogła pomajtać nogami? Bo jej rola do rzeczonego majtania się ogranicza. Przynajmniej w warstwie fabularnej, bo biust akurat znacząco odbija się od pozostałych. In plus.
PB: I w dodatku majta bez sensu. Żeby choć rzucała zaklęcia, jak w opowiadaniu…. Za to może się pouganiać za przerośniętym gumowym konikiem morskim, grającym smoczątko.
AB: Nie, no nie znęcajmy się nad gumowymi potworami, to po prostu niekrasnoludzkie! Zresztą naprawdę rozumiem: nędzny budżet, skromne środki. Ale dlaczego wiedźmin jednego potwora utrupia na bagnisku, a zaraz później zupełnie innego wiezie do Blaviken? Tak się przypadkiem zmontowało?
...ale naprawdę udało się tylko raz, dzięki znakomitej charakteryzacji. Postać z dzbanem to Michał Żebrowski.
...ale naprawdę udało się tylko raz, dzięki znakomitej charakteryzacji. Postać z dzbanem to Michał Żebrowski.
PB: O, przypomniałaś mi mój kolejny ulubiony przykład swoistej logiki tego wybitnego dzieła! Ot, widzimy wiedźmina, który spieszy się okrutnie, by listy doręczyć, bo los świątyni i Ciri od tego zależy. Cięcie - i oto tenże na bagnach z czymś się naparza straszliwym. Nie wiem, potknął się o maszkarę, czy specjalnie na niego wylazła?
AB: Aha. A gospoda, w której popasa bez pośpiechu, też na niego wylazła. Pewnie po prostu rzuciła mu się do gardła!
PB: Długo by tak można, bo i film długi wielce, ale właściwie nie ma sensu się znęcać. Zwłaszcza, że dla mnie oglądanie „Wiedźmina” było doświadczeniem raczej bolesnym. Bo są w nim przebłyski filmu, który mógł powstać, filmu ciekawie obmyślonego i zagranego… i szkoda, że oto nasze kino zmarnowało kolejną szansę, choć wydawać by się mogło, że proza Sapkowskiego to akurat samograj, którego zepsuć nie sposób. Ale nasi filmowcy to zdolne bestyje. Szkoda, że na nich nijakiego wiedźmina nie ma…
AB: A trzeba tu wspomnieć, że na razie wymieniłyśmy tylko najbardziej rażące niekonsekwencje fabularne, ale i poza fabułą ciągnąć można długo -- montaż, statyczne ujęcia, oświetlenie, wnętrza, które wyglądają, jakby pięć minut wcześniej wstawiono weń pojedyncze krzesło, odbłyski błękitu nieba w oknach płonącego pośród nocy głuchej zamku Cintry… I rzecz podstawowa: całkowite zatracenie atmosfery opowieści magicznej. Tak się złożyło, że kilka dni temu telewizja przypomniała „Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland, gdzie bez monstrualnych dekoracji, w scenach utkanych z samego światła i zieleni było więcej magii, niż w całym „Wiedźminie”.
PB: No wiesz, co prawda jesteśmy ponoć złymi kobietami, ale porównywanie twórców „Wiedzmina” z Agnieszką Holland to już czystej wody okrucieństwo…
AB: I dlatego proponuję, żeby kończyć z wolna i wstydu oszczędzić. Bo jest czego się wstydzić.
PB: I niech zasłona opadnie. A reszta, na szczęście, pozostanie milczeniem.
koniec
1 listopada 2001

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Okładka zeszytu nr 2 pt. „Trzecia Siła” przedstawia alegorycznie widmo wojny atomowej między Wschodem i Zachodem. Jednym z pierwszych zadań Perry Rhodana było zapobieżenie konfliktowi, który w latach 60-tych okazał się realnym zagrożeniem dla całej ludzkości.<br/>© Pabel-Moewig Verlag KG

Perry Rhodan – dezerter w kosmosie, część druga
Andreas „Zoltar” Boegner

16 X 2021

Gdy 8 września 1961 w kioskach RFN pojawił się pierwszy numer „Perry Rhodana” (dalej: PR) pod tytułem „Unternehmen Stardust” (Misja ’Stardust’) nawet sami twórcy serii nie mieli zbyt dużych nadziei na wydanie więcej niż pięćdziesięciu zeszytów, czyli przetrwanie na rynku dłużej niż roku. Jednak 35 tysięcy egzemplarzy „Misji ’Stardust’„ rozeszło się niczym ciepłe bułeczki – nie było ani jednego zwrotu!

więcej »

Stulecie Stanisława Lema: Zawsze szach, nigdy mat
Marcin Knyszyński

11 X 2021

Ostatnia opowieść o Ijonie Tichym i przedostatnia powieść Lema. Ijon Tichy ma problem. Uległ bowiem kallotomii podczas swojego pobytu na księżycu. Jego mózg został w niewyjaśniony sposób podzielony na funkcjonujące niezależnie dwie osobowości (ukryte w dwóch rozłącznie działających półkulach). Tichy, za pomocą niepełnych danych z lewej półkuli (której to osobowość jest narratorem w powieści) próbuje zrekonstruować swój pobyt na księżycu i zrozumieć co się tak naprawdę wydarzyło.

więcej »

Wyimki z filozofii: O tym, co w życiu najlepsze
Mieszko B. Wandowicz

10 X 2021

Który dialog Platona jest najważniejszy? Najczęściej, jak się zdaje, przypisywany jest ów zaszczyt jednemu z czterech. „Państwu”, znanemu też jako „Rzeczpospolita”, ze względu na ogrom dzieła, wielość zagadnień i wymiar polityczny — z reguły zresztą, mam wrażenie, niewłaściwie odczytywany. „Uczcie” („Biesiadzie”), najpewniej za sprawą tyleż wartości literackiej, ile tematu: miłości. „Timajosowi”, zaliczanemu do filarów ontologii oraz teologii. Mnie najbliższy jest ten czwarty: „Fedon”.

więcej »

Polecamy

Zawsze szach, nigdy mat

Stulecie Stanisława Lema:

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Nie taki wiedźmin straszny...
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Quo Vadis, Wiedźminie?!
— Anna Draniewicz

ONI mogą wszystko
— Bartosz Kotarba

Z tego cyklu

Już nie niewinni czarodzieje
— Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Anna Brzezińska

Gdy człek zdrowy i mu stoi, bezrobocia się nie boi
— Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Anna Brzezińska

Tegoż autora

Arcydzieła na celowniku: Bezwolna czarownica
— Anna Brzezińska

Arcydzieła na celowniku: Zniszcz mnie!
— Anna Brzezińska

To lubię: Kuchnia pełna książek
— Anna Brzezińska

Harce Hordy
— Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Anna Brzezińska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.