Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Ojciec Rosemary

Esensja.pl
Esensja.pl
Kobiety nie miały lekkiego życia w książkach Iry Levina. Były nękane przez psychopatów, diabolicznie zapładniane, traktowane jako domowe niewolnice oraz, co najgorsze, podglądane kamerkami w trakcie brania prysznica. Nazwisko nowojorskiego pisarza nie jest może powszechnie rozpoznawane, lecz bogactwo jego pomysłów i wpływ na literaturę gatunkową powinny zostać docenione.

Borys Jagielski

Ojciec Rosemary

Kobiety nie miały lekkiego życia w książkach Iry Levina. Były nękane przez psychopatów, diabolicznie zapładniane, traktowane jako domowe niewolnice oraz, co najgorsze, podglądane kamerkami w trakcie brania prysznica. Nazwisko nowojorskiego pisarza nie jest może powszechnie rozpoznawane, lecz bogactwo jego pomysłów i wpływ na literaturę gatunkową powinny zostać docenione.
Ira Levin. Źródło: 24symbols.com
Ira Levin. Źródło: 24symbols.com
Wszyscy wiedzą, że „Dziecko Rosemary” nakręcił „nasz” Roman Polański przebijając się tym sposobem w amerykańskiej branży filmowej. Niektórzy zapamiętali z napisów początkowych, iż Polański ułożył również scenariusz. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że fabuła „Dziecka Rosemary” nie była wcale autorskim projektem polskiego reżysera. Historię kobiety noszącej w swym łonie diabelskie nasienie wymyślił nowojorski pisarz Ira Levin. Ekranizacja Polańskiego także i jemu na dobre utorowała drogę do sławy. Chociaż Levin w ciągu trwającej pięć dekad kariery spłodził jedynie siedem książek, i tak odcisnął swoje piętno na thrillerze – a nawet na całej kulturze popularnej.
Bogaty tata
Okładka pierwszego wydaniu „Pocałunku przed śmiercią”. Źródło: Wikipedia
Okładka pierwszego wydaniu „Pocałunku przed śmiercią”. Źródło: Wikipedia
Ira Marvin Levin przyszedł na świat w zamożnej nowojorskiej rodzinie w sierpniu 1929 r. Dorastał na Bronksie i na Manhattanie. Charles Levine, importer zabawek, zadbał o staranne wykształcenie syna posyłając go do ekskluzywnej szkoły podstawowej im. Horacego Manna. Nastolatek studiował następnie przez dwa lata na szacownym Uniwersytecie Drake’a w Iowa, a potem przeniósł się z powrotem do rodzinnego miasta. W młodym wieku dwudziestu jeden lat ukończył filozofię i anglistykę na Uniwersytecie Nowego Jorku.
Pisarska kariera Levina ruszyła już pod koniec studiów. „Portretem Ledy” zajął drugie miejsce w konkursie na scenariusz ogłoszonym przez stację CBS, zdobywając nagrodę w wysokości dwustu dolarów. Tekst odkupiła odeń konkurencja, NBC, co wzbogaciło Levina o dalsze czterysta dolarów, a publiczności dało jeden z odcinków serialu „Lights Out”, prekursora „Strefy mroku”. W latach pięćdziesiątych absolwent nowojorskiej uczelni napisze jeszcze kilka podobnych scenariuszy dla telewizji.
Plakat filmu „Pocałunek przed śmiercią”. Źródło: doctormacro.com
Plakat filmu „Pocałunek przed śmiercią”. Źródło: doctormacro.com
Bogaty ojciec docenił literackie ambicje młodego Iry i zawarł z nim umowę: obiecał dofinansowywać syna przez parę lat po studiach, by ten, zamiast szukać od razu pełnoetatowej pracy, mógł w spokoju spróbować sił w swym wymarzonym zawodzie. Gdyby nie wyszło, młody Levin miał gwarantowane zatrudnienie w firmie ojca. Plan B okazał się jednak zbędny. Przełom w karierze pisarskiej potomka nastąpił bardzo szybko. Ira Levin zadebiutował w 1953 r. thrillerem „Pocałunek przed śmiercią”. Był to debiut nad wyraz udany, za który autor otrzymał Edgara, nagrodę stowarzyszenia Mystery Writers of America (wśród innych laureatów z tamtych lat znalazł się Raymond Chandler za „Długie pożegnanie”). Książkę wolno zaliczyć w poczet klasycznych anglosaskich opowieści kryminalnych; w zestawieniu brytyjskiego Crime Writers′ Association zajęła 44. miejsce.
Czytanie „Pocałunku…” dzisiaj przynosi ciekawe przeżycie. Trzymamy oto w ręku thriller przeciętny stylistycznie, trochę staroświecki pod względem psychologicznym – ważną rolę w fabule odgrywa zakochana po uszy młoda kobieta – ale nowatorski w zakresie kompozycji. Tryptykowy układ książki otwiera długi prolog, w którym narracja prowadzona jest z punktu widzenia mordercy przygotowującego się z zimną krwią do popełnienia zbrodni. Levin przedstawia nam jego podły motyw i kreśli przekonujący portret psychopaty. Nie zdradza jednak najważniejszej informacji: tożsamości. W części drugiej, gdy trwają poszukiwania mordercy, jesteśmy więc równie bezradni – i zdeterminowani – co bohaterka. Po nieoczekiwanym zwrocie akcji przychodzi pora na część trzecią, najmniej oryginalną, chociaż nadal interesującą, ponieważ dwie poprzednie zdążyły nas w historię wciągnąć. Levin po raz pierwszy także udowadnia, że potrafi pisać satysfakcjonujące, półotwarte zakończenia.
Kadr z filmu „Oferma w armii”. Andy Griffiths po prawej. Źródło: moma.org
Kadr z filmu „Oferma w armii”. Andy Griffiths po prawej. Źródło: moma.org
Debiut spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków oraz czytelników. O prawa do ekranizacji zawalczyło kilka wytwórni filmowych. Licytację wygrał Darryl F. Zanuck, hollywoodzki potentat, który dopiero co wyprodukował „Śniegi Kilimanjaro” na podstawie opowiadania Ernesta Hemingwaya z Gregorym Peckiem i Avą Gardner w rolach głównych. Minęły trzy lata zanim „Pocałunek przed śmiercią” trafił na wielki ekran. Nazwisko reżysera, Gerda Oswalda, nic dzisiaj nikomu nie powie; jeśli już, to skojarzymy prędzej aktorów, Roberta Wagnera („Różowa Pantera”, „Płonący wieżowiec”) lub Joanne Woodward (krótko potem dostała Oskara za rolę w „Trzech obliczach Ewy”).
Noirowa ekranizacja pierwszej powieści Levina była sukcesem mniejszym niż pierwowzór. Dziś warto obejrzeć ją przede wszystkim dla trzyipółminutowego jadącego ujęcia na początku filmu; w latach pięćdziesiątych ten dynamiczny operatorski zabieg stosowano bardzo rzadko. Na własną odpowiedzialność musicie natomiast oglądać remake z 1991 r. z Mattem Dillonem i Sean Young. Wyróżniono go dwiema Złotymi Malinami (obie otrzymała Young, czyli Rachael z „Blade Runnera”), lecz z kolei występ Dillona pochwalił znany krytyk Roger Ebert.
Nie czas na książki
Wydawszy „Pocałunek przed śmiercią” Levin-powieściopisarz zamilkł na półtorej dekady. Jeszcze w tym samym roku poszedł do wojska. Przez dwa lata służył w Army Signal Corps, oddziałach łączności i informacji. Stacjonował w Queens, dzielnicy Nowego Jorku, a do jego zadań należało… klecenie scenariuszy do filmów treningowych dla rekrutów. Początkujący pisarze naprawdę powinni Levinowi pozazdrościć: nie dość, że zamożny ojciec wydatnie ułatwił synowi początek kariery, to na dodatek armia umożliwiła mu trenowanie pisarskiego talentu w bezpiecznych opłotkach rodzinnego miasta. Po zwolnieniu z wojska autor zajął się sztukami teatralnymi. Przed opublikowaniem „Dziecka Rosemary” w 1967 r. spłodził ich pół tuzina, choć warte wzmianki są zaledwie dwie:
Ira Levin. Autor: Sanjiro Minamikawa. Źródło: iralevin.org
Ira Levin. Autor: Sanjiro Minamikawa. Źródło: iralevin.org
„Oferma w armii” („No Time for Sergeants”) była adaptacją bestsellerowej, humorystycznej powieści Maka Hymana o wieśniaku zaciągniętym do amerykańskich Sił Powietrznych. W marcu 1955 wyemitował ją teatr telewizji. W postać ofermy wcielił się Andy Griffith. Był to debiut tego słynnego amerykańskiego aktora i komika (nie mylić z Andym Kaufmanem), który w latach sześćdziesiątych zasłynął rolą owdowiałego szeryfa w sitcomie „The Andy Griffith Show”, a później grał przez dziewięć sezonów tytułową postać w serialu prawniczym „Matlock”.
Sierżancka dobra passa panów Hymana, Levina i Griffitha trwała długo. Przedstawienie trafiło jesienią na Broadway, gdzie grano je przez dwa lata. W 1958 r. zostało pomyślnie przeniesione na wielki ekran. W latach sześćdziesiątych nakręcono także trzydziestoodcinkowy serial, już bez Griffitha i przedwcześnie zmarłego Hymana, lecz nadal ze scenariuszami autorstwa Levina. Jeden z odcinków, „Two Aces in a Hole”, przypominał swą fabułą powstałe tego samego roku kanoniczne zimnowojenne filmy, „Dra Strangelove” oraz „Czerwoną linię” („Fail Safe”).
Okładka pierwszego wydania „Dziecka Rosemary”. Autor: John Bacon. Źródło: ISFDB.org
Okładka pierwszego wydania „Dziecka Rosemary”. Autor: John Bacon. Źródło: ISFDB.org
W międzyczasie Ira Levin odniósł pomniejszy sukces komedią „Critic’s Choice”, stawiając jej bohatera, krytyka teatralnego, przed dylematem: albo małżeńska zgoda, albo szczera recenzja fatalnej sztuki napisanej przez żonę. Na premierze w 1960 r. publiczność Teatru Ethel Barrymore ujrzała w tytułowej roli sławnego Henry’ego Fondę. W tym samym roku Ira Levin poślubił Gabrielle Aronsohn; nasuwa się oczywiście pytanie, czy trzydziestoletni komediopisarz inspirował się własnymi obawami… Trzy lata później „Critic’s Choice” trafiło do kin, aczkolwiek w mniej gwiazdorskiej obsadzie.
W 1965 r. Levin przyłożył rękę do przebojowej piosenki „He Touched Me” w wykonaniu Barbry Streisand. Autor „Pocałunku przed śmiercią” napisał do niej słowa, a Milton Schafer ułożył muzykę. Utwór stanowił część musicalu „Drat! The Cat!”, ale gdyby nie piosenka, nie warto byłoby o nim pamiętać. Parę lat potem Levin spróbował swoich sił jako reżyser teatralny. Bez większego sukcesu. Twórcze przeznaczenie prowadziło go w inną stronę.
„Co zrobiliście z jego oczami?”
Plakat filmu „Dziecku Rosemary”. Źródło: IMDB.com
Plakat filmu „Dziecku Rosemary”. Źródło: IMDB.com
W 1967 r. Levin-powieściopisarz odzyskał nagle wenę. W ciągu następnych dziesięciu lat wydał w Random House cztery najsłynniejsze książki, które, odpowiednio, przyniosły popularność religijnym horrorom, wprowadziły nowy przymiotnik do języka angielskiego, zaktualizowały dystopijną problematykę „Nowego wspaniałego świata”, oraz ugruntowały pozycję nazistów w popkulturze. Levin nie był z pewnością mistrzem stylu, lecz trzeba przyznać, iż posiadał rzadki u pisarzy gatunkowych talent pisania różnorodnych fabuł.
Najbliżej literatury z górnej półki – co nie znaczy, że bardzo blisko – znajduje się „Dziecko Rosemary”. Tę kanoniczną historię wszyscy pewnie doskonale znają, więc streśćmy ją tylko dla porządku: Młode małżeństwo wynajmuje mieszkanie w posępnym, neogotyckim apartamentowcu w centrum Nowego Jorku. On jest aktorem szukającym angażu, ona wkrótce zachodzi w ciążę. Szereg niepokojących wydarzeń sprawia, że Rosemary zaczyna lękać się o los nienarodzonego dziecka – i swój własny.
Główną zaletę największego bestselleru Iry Lna granicy paranoi i horroru. Dopiero w końcowej partii wyjaśni się, czy podejrzenia Rosemary były słuszne, a dwa finałowe zwroty akcji nie pozwolą o lekturze szybko zapomnieć (oczywiście pod trudnym do spełnienia warunkiem nieznajomości ekranizacji Polańskiego). Wielka szkoda, że Levinowi zabrakło ochoty, by zniuansować wewnętrzny portret Rosemary, by wydobyć irracjonalne lęki ciężarnej kobiety na światło dzienne w bardziej wyrafinowany sposób. No właśnie, ochoty czy talentu? Chyba jednak przede wszystkim chęci, bo przecież w „Pocałunku przed śmiercią” poradził sobie lepiej z psychologicznym aspektem.
Z drugiej strony wypada podkreślić, że Levin odświeżył oblicze horroru uprzedzając o rok „Świt żywych trupów” George′a Romero. Tam śmiertelne niebezpieczeństwo stanowić będą monstrualnie odmienieni ludzie z sąsiedztwa. W „Dziecku Rosemary” źródłem zawoalowanego zagrożenia również są sąsiedzi i znajomi głównej bohaterki, a na dodatek akcja nie toczy się wcale na odludziu, lecz w samym centrum zabieganej metropolii. W przebłysku topograficznego geniuszu Levin przemienił upiorne zamczysko w budynek mieszkalny i przeniósł je na Manhattan.
Mia Farrow jako Rosemary Woodhouse. Źródło: IMDB.com
Mia Farrow jako Rosemary Woodhouse. Źródło: IMDB.com
Jeżeli przeczytawszy „Dziecko Rosemary” nabierzemy ochoty na odświeżenie adaptacji filmowej, czeka nas małe rozczarowanie. Odkryjemy bowiem, iż przełomowy horror Polańskiego z 1968 r. to ekranizacja bardzo wierna. Polski reżyser, posiłkując się wyśmienitą muzyką Krzysztofa Komedy, zdołał zachować osobliwą atmosferę i napięcie oryginału – co jest oczywiście niemałą sztuką – ale w sferze interpretacji czy intrygi nie dodał od siebie nic a nic. Chwali mu się tylko fenomenalne wyczucie finałowej sceny, jedynej chyba, która na ekranie wypadła zdecydowanie lepiej niż w książce. Polański nakręcił ją z taką intensywnością, że wiele widzów (z niżej podpisanym włącznie) wspominając po jakimś czasie pierwszy seans sądziło, iż film kończy się ujęciem dziecka Rosemary. Tymczasem w kadrze nie widzimy go nigdy.
Polski reżyser bardzo sprawnie prowadził też aktorów. Polański zamierzał obsadzić w głównej roli narzeczoną Sharon Tate, lecz producent zasugerował jakieś bardziej znane nazwisko. Zaangażowano zatem Mię Farrow, która co prawda nie przebiła się wcześniej na dużym ekranie, ale była podówczas popularną aktorką telewizyjną za sprawą telenoweli „Peyton Place”. Co więcej, małżeństwo z Frankiem Sinatrą wyniosło ją niedawno do rangi celebrytki. W sensie matrymonialnym występ w „Dziecku Rosemary” zakończył się dla Farrow źle (albo i dobrze): wściekły Sinatra, odkrywszy, że jego trzecia żona, wbrew wcześniejszym ustaleniom, próbuje dalej rozwijać karierę aktorską, wysłał jej na plan filmowy papiery rozwodowe. Zaszantażowana kobieta chciała zrezygnować z roli, jednak producent przekonał ją, by zrezygnowała raczej z Sinatry.
Okładka pierwszego wydania „Tego wspaniałego dnia”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB
Okładka pierwszego wydania „Tego wspaniałego dnia”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB
Mia Farrow, ze swą kruchą sylwetką i zalęknioną aparycją – która najwyraźniej była przynajmniej częściowo autentyczna – stworzyła u Polańskiego niezapomnianą kreację, choć nie doczekała się nominacji do Oskara. Nagrodę Akademii za najlepszą rolę drugoplanową zdobyła natomiast, w pełni zasłużenie, hollywoodzka weteranka Ruth Gordon grająca sąsiadkę Woodhouse′ów, Minnie Castevet. W małej rólce wystąpił poza tym młody Charles Grodin („Zdążyć przed północą”, „Beethoven”). Mii Farrow w roli męża partnerował z charyzmą John Cassavetes, znany przede wszystkim jako reżyser uznanych niezależnych filmów. Innymi kandydatami do roli byli Robert Redford oraz Jack Nicholson.
Bez wpływu „Dziecka Rosemary” nie powstałyby zapewne trzy świetne horrory religijne kolejnej dekady: „Egzorcysta”, „Kult” i „Omen”. Rzecz jasna, nie powstałby też szereg horrorów miernych i odtwórczych, z telewizyjnym sequelem pt. „Look What’s Happened to Rosemary’s Baby” (1976) na czele. W 1997 r. Levin wydał własną, jeszcze gorszą kontynuację zatytułowaną „Son of Rosemary”. Była to jego ostatnia, niestety katastrofalnie zła powieść, w której pisarz „przeskoczył rekina”, czyli popadł w fabularny absurd. Na szczęście nie wydano jej jak dotąd w Polsce.
Wiosną 2014 r. NBC wyemitowała czteroodcinkowy miniserial nakręcony na podstawie „Dziecka…” z dwiema sporymi zmianami względem oryginału: akcję przeniesiono z Nowego Jorku do Paryża, a w rolę Rosemary wcieliła się czarnoskóra Zoe Saldana („Avatar”, „Columbiana”). Można obejrzeć, szczególnie jeśli jesteśmy miłośnikami serialu „Suits” (męża zagrał Patrick J. Adams), tropicielami polskich cameo w zagranicznych produkcjach (Wojciech Pszoniak na drugim planie) albo wielbicielami egzotycznej urody Saldany. Do wersji Polańskiego miniserialu oczywiście nie ma co porównywać.
Ta wspaniała dekada
Ira Levin. Autor: Mike Englefield. Źródło: iralevin.org
Ira Levin. Autor: Mike Englefield. Źródło: iralevin.org
Po ogromnym, liczonym w milionach sprzedanych egzemplarzy sukcesie papierowego „Dziecka Rosemary” pojawiły się z pewnością obawy, iż Levin znów zamilknie na kilkanaście lat. Tymczasem następna powieść powstała już w 1970 r. Nowojorski pisarz zadziwił jednak czytelników obranym gatunkiem: „Ten wspaniały dzień” okazał się dystopijną fantastyką. Zaskoczenie było tak olbrzymie, że jak dotąd żadne studio filmowe nie sięgnęło po tę najlepszą, według mnie, książkę Levina.
Jeżeli nazwiemy „1984” dystopią językowo-polityczną, a „Nowy wspaniały świat” dystopią genetyczno-technologiczną, to „Ten wspaniały dzień”1) zasługuje na miano dystopii utylitarystycznej. Oczami Li RM35M4419 poznajemy zunifikowaną Ziemię przyszłości zarządzaną przez superkomputer UniComp. Maszyna (nie będąca wbrew pozorom Sztuczną Inteligencją) planuje i monitoruje życie każdego człowieka w najdrobniejszych szczegółach. Decyduje, co każdy Członek ludzkiej Rodziny powinien jeść, gdzie mieszkać, czym się zajmować, kiedy założyć rodzinę. Cel: stworzenie perfekcyjnie zrównoważonego, globalnego społeczeństwa. Środki: obowiązkowy, mechaniczny seks z różnymi partnerami, comiesięczne terapie hormonalne oraz regularne spotkania z osobistymi doradcami stanowiącymi połączenie mentora, psychoterapeuty i spowiednika. Indywidualiści, jednostki niepokorne oraz potencjalni buntownicy są szybko wyłapywani dzięki rutynowemu systemowi donosów. Następnie poddaje się ich intensywnej kuracji farmakologicznej i przywraca do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie.
Okładka pierwszego wydania „Żon ze Stepford”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB.org
Okładka pierwszego wydania „Żon ze Stepford”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB.org
Co wyróżnia „Ten wspaniały dzień”? Cóż, jak to u Levina – suspens, tutaj niespodziewanie ujęty w spójne ramy fantastycznej socjologii. Właśnie za świat przedstawiony cenią powieść szczególnie wysoko libertarianie. Nowojorski pisarz, który w młodości przeżył prawdopodobnie okres fascynacji obiektywizmem Ayn Rand, przestrzega nas przed globalną wioską szczelnie otuloną pluszem totalitaryzmu, gdzie każda politycznie niepoprawna wypowiedź wywołuje grymas strachu i wstrętu na łagodnych, przyjaznych twarzach interlokutorów, a każda próba wyłamania się z szeregu prowadzi do medycznej pacyfikacji dla dobra wichrzyciela. Rząd światowy pod egidą UniCompu jest żywcem wyjęty z koszmaru de Tocqueville′a: „lubi, by obywatelom było miło, pod warunkiem, że obywatele pragną tylko tego, by było im miło”.
Nic zatem dziwnego, że „Ten wspaniały świat” przyniósł Levinowi w 1992 r. Prometeusza, nagrodę ufundowaną przez Stowarzyszenie Libertariańskiej Przyszłości. W kategorii „Hall of Fame” innymi wyróżnionymi autorami byli George Orwell, Robert A. Heinlein, Anthony Burgess, a nawet Hans Christian Andersen (za „Nowe szaty cesarza”); wśród bieżących laureatów z ostatnich lat odnajdziemy natomiast nazwiska Cory’ego Doctorowa, Charlesa Strossa i Neala Stephensona. Jednak czy czytelnicy politycznie obojętni (albo tacy o socjalistycznym usposobieniu) odnajdą w „Tym wspaniałym świecie” coś dla siebie? Tak. Powieść napisano bowiem z epickim oddechem: śledzimy kilkadziesiąt lat z życia Chipa, w trakcie których odkryjemy wraz z nim kilka spiętrzonych tajemnic zunifikowanego świata i zostaniemy uraczeni przez autora paroma dużymi zwrotami akcji. Przez karty powieści przewija się szereg niezłych postaci drugoplanowych, jest tu miejsce na dramat, dialogi, romans, akcję, emocjonujący finał. Powtórzę: To świetny materiał na film. Dlaczego producenci „Igrzysk śmierci” go jeszcze nie odgrzebali?
Katharine Ross, żona ze Stepford.
Katharine Ross, żona ze Stepford.
Levinowy flirt z fantastyką naukową trwał przez dwie kolejne powieści, choć skręcał albo w stronę alegorii, albo w stronę technothrillera. W 1972 r. ukazały się „Żony ze Stepford”, historia, którą można co prawda odczytać dosłownie jako nowelę SF z dreszczykiem, lecz lepiej potraktować ją jako satyryczną metaforę. Oto Joanna Eberhart, młoda fotografka, wprowadza się wraz z mężem i małymi dziećmi do idyllicznego Stepford w stanie Connecticut. Próbując znaleźć przyjaciółki wśród nowych sąsiadek, odkrywa z emancypacyjnym zgorszeniem, że miejscowe kobiety najwyraźniej upodobały sobie rolę perfekcyjnych, uległych pań domu. Ale w ich zainteresowaniu sprzątaniem, gotowaniem, pielęgnacją urody oraz głośnym seksem jest coś bardzo nienormalnego.
„Żony ze Stepford” są dziełem przekornym, gdyż poddającym się dwóm diametralnie różnym interpretacjom. Czy Levine zakpił z tradycyjnego, patriarchalnego modelu rodziny, w którym on pali fajkę w klubie dla dżentelmenów, a ona haruje przy garach i mopie? A może odwrotnie: Czy „Żony…” nie stanowią przypadkiem zakamuflowanego, mizgoinistycznie kąśliwego manifestu antyfeministycznego, przejaskrawionej dla zmyłki pochwały tradycyjnych ról płciowych?
Tak czy owak, przymiotnik „stepfordzki” trafił na stałe do języka angielskiego. Słownik definiuje go jako pejoratywne oznaczenie osoby ostentacyjnie konformistycznej i uległej. Z kolei określenie „żona stepfordzka” wskazuje na kobietę ślepo podporządkowaną woli męża, zajętą całkowicie domem oraz własnym wyglądem. Zastanawiające, że czwarta powieść Levina nie doczekała się jak dotąd nagrody Stowarzyszenia Feministycznej Przyszłości.
Okładka pierwszego wydania „Chłopców z Brazylii”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB.org
Okładka pierwszego wydania „Chłopców z Brazylii”. Autor: Paul Bacon. Źródło: ISFDB.org
Doczekała się za to dwóch marnych ekranizacji. W wersji z 1975 r. Joannę zagrała długonoga piękność Katharine Ross pamiętana jako obiekt westchnień Bena Braddocka (Dustina Hoffmana) w „Absolwencie”. Niestety, film Bryana Forbesa, pomimo scenariusza samego Williama Goldmana, przypomina krzyżówkę horroru klasy B z rodzinną obyczajówką klasy C. Gra Ross jest przeraźliwie drewniana; związek Bena z uprowadzoną sprzed ołtarza panną Robinson musiał zakończyć się jeszcze w tamtym autobusie.
Gregory Peck jako dr Mengele.
Gregory Peck jako dr Mengele.
Po ekranizacji Forbesa przyszła pora na bzdurne sequele o wymownych tytułach: „Zemsta żon ze Stepford”, „Dzieci ze Stepford”, „Mężowie ze Stepford”… Szczegóły poznamy prędzej czy później z recenzji Jarosława Loretza. Natomiast w 2004 r. papierowy pierwowzór zekranizowano powtórnie. Niestety, tak jak Forbesa nie uratował scenariusz Goldmana, tak Frankowi Ozowi nie pomógł pokaźny budżet, komediowe tony i pół tuzina gwiazd na planie. W rolach głównych wystąpili Nichole Kidman i Matthew Broderick, w rolach drugoplanowych Bette Midler, Christopher Walken, Glenn Close oraz Faith Hill. Sławni aktorzy pożarli się podobno na planie z reżyserem. Film poniósł sromotną porażkę.
W latach siedemdziesiątych filmowy honor Levina ocalili tylko „Chłopcy z Brazylii”, nakręcona w 1978 r. wierna adaptacja wcześniejszej o dwa lata powieści pod tym samym tytułem. Na stołku reżyserskim zasiadł Franklin J. Schaffner, znany podówczas reżyser mający na swoim koncie takie przeboje jak „Planetę Małp”, „Pattona”, „Papillon” i „Wyspy na Golfsztromie”. Talent Schaffnera był wtedy co prawda już na wyczerpaniu, ale na „Chłopców z Brazylii” jeszcze go szczęśliwie starczyło.
Christopher Reeve i Michael Caine w „Śmiertelnej pułapce”.
Christopher Reeve i Michael Caine w „Śmiertelnej pułapce”.
Ekranizacja książki Levina to przede wszystkim niesamowity popis aktorski dwóch hollywoodzkich gigantów, Laurence′a Oliviera i Gregory′ego Pecka (na drugim planie występuje także James Mason). Siedemdziesięcioletni Olivier wciela się w Ezrę Liebermana, „łowcę nazistów” wzorowanego na prawdziwym Simonie Wiesenthalu, który dopomógł w ujęciu Adolfa Eichmanna w Argentynie. Jego filmowym oponentem jest sześćdziesięcioletni Gregory Peck jako doktor Josef Mengele. Fabuły zdradzać nie będę; dość powiedzieć, że Levin znów nie bał się podjąć nowego tematu. Po czarnej magii, libertariańskich lękach i zagadnieniu postępowej rodziny, za inspirację posłużyli mu zbiegli hitlerowcy oraz genetyczne eksperymenty. Pisarz umiał zawsze wyczuć popkulturowe trendy.
Koniec bez twistu
Okładka pierwszego wydania „Sliver”. Źródło: ISFDB.org
Okładka pierwszego wydania „Sliver”. Źródło: ISFDB.org
Wraz z nastaniem nowej dekady Levin miał już za sobą szczyt twórczych możliwości. Ostatnim udanym dziełem była sztuka pt. „Śmiertelna pułapka” z 1978 r., najeżona twistami komedia kryminalna, w której doświadczony scenarzysta planuje zamordowanie studenta celem przywłaszczenia sobie jego znakomitego scenariusza. Wystawiano ją na Broadwayu przez całe cztery lata, łącznie prawie 1800 (!) razy pod rząd. Marian Seldes, aktorka wcielająca się w żonę scenarzysty, wystąpiła we wszystkich przedstawieniach, co zapewniło jej miejsce w Księdze Rekordów Guinnessa. „Śmiertelną pułapkę” nominowano do Tony′ego (teatralnego odpowiednika Oskara) w kategorii „Najlepsza sztuka”, a Levin otrzymał za nią drugiego Edgara. W 1982 r. Sidney Lumet przeniósł utwór na wielki ekran. Główne role zagrali Michael Caine i Christopher Reeve. Kontrowersje wzbudziła scena pocałunku obu panów. Homoseksualne skłonności scenarzysty i studenta zostały zasygnalizowane w pierwowzorze, lecz adaptacja filmowa poszła o krok dalej niż sztuka.
Na początku lat osiemdziesiątych Ira Levin miał też za sobą oba małżeństwa. Z Gabrielle Aronsohn rozstał się osiem lat po ślubie, w 1968 r. Związek dał mu trójkę synów, Adama, Jareda i Nicholasa. W 1979 r. pisarz poślubił Phyllis Sugarman. Drugie małżeństwo przetrwało zaledwie dwa lata.
Sharon Stone i William Baldwin w „Sliver”.
Sharon Stone i William Baldwin w „Sliver”.
Levin milczał przez całą dekadę. Z wyjątkiem jednej sztuki nie napisał nic między swoimi pięćdziesiątymi a sześćdziesiątymi urodzinami. Przypomniał o sobie światu dopiero w 1990 r. Najpierw wystąpił w pobocznej roli w pojedynczym odcinku serialu „Rozmowy po północy”, a rok później powrócił na półki księgarń powieścią „Sliver”. Starzejący się pisarz kolejny raz wpadł na świetny pomysł: za punkt wyjścia obrał obawy społeczeństwa przed dyskretną inwigilacją z użyciem najnowszej technologii audiowizualnej.
„Sliver” posiada wszelkie zadatki na opus magnum Levina. Autor „Dziecka Rosemary” stanął przed szansą napisania błyskotliwego utworu składającego historie o mieszkańcach ultranowoczesnego wieżowca w psychologiczny, zabarwiony erotyką thriller. Powieść mogła stać się gorzkim komentarzem do samotności i zagubienia nowojorczyków – komentarzem wyposażonym oczywiście w charakterystyczny dla pisarza suspens. „Sliver”, rozsadziwszy ramy dreszczowca, awansowałby do miana jednej z najważniejszych nowojorskich powieści lat dziewięćdziesiątych. Zarazem Levin pozostałby wierny swojemu ulubionemu tropowi: także i tutaj głównym bohaterem jest wszak kobieta, na której zdrowie i życie ktoś się niecnie zasadza.
Okładka pierwszego wydania „Son of Rosemary”. Autor: Anthony Ramondo. Źródło: ISFDB.org
Okładka pierwszego wydania „Son of Rosemary”. Autor: Anthony Ramondo. Źródło: ISFDB.org
Tyle gdybania. Biorąc pod uwagę efekt końcowy, wolno chyba uznać, że Levin niestety żadnych ambicji nie miał, że napisał swoją przedostatnią książkę wyłącznie dla pieniędzy. Powieść jest słaba, wręcz byle jaka. Na jej tle nisko przecież oceniana ekranizacja z Sharon Stone i muzyką Enigmy jawi się całkiem nieźle. Zresztą, moim zdaniem niedoceniany „Sliver” – film przewyższa pozostałe erotyczne thrillery – „Nagi instynkt”, „Niemoralną propozycję”, „Sidła miłości” oraz „W sieci” – które rozgrzewały publiczność w latach 1992-1994. W warstwie realizatorskiej posiada więcej tego fajnego sznytu typowego dla kina ostatniej dekady minionego stulecia.
Levin otrzymał w 1996 r. nagrodę im. Brama Stokera za dorobek życia od Horror Writers Association. Jakby nią zachęcony napisał następnego roku swą ostatnią, okropną w literackim sensie powieść pt. „Son of Rosemary”. W 2003 r. telewizja wyemitowała przeciętny thriller pt. „Kroki w ciemności” nakręcony na kanwie jednej z ostatnich sztuk pisarza. Tego samego roku Levin dostał jeszcze jedno wyróżnienie za dorobek życia – trzeciego Edgara, tym razem w kategorii „Grand Master”.
Ira Levin zmarł w swoim apartamencie na Manhattanie 12 listopada 2007 r. w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat.
koniec
23 lutego 2016
1) Tłumaczenie tytułu sugeruje, iż w oryginale Levin użył tego samego przymiotnika, co Aldous Huxley. Tytuł nie brzmi jednak „This Brave Day”, tylko „This Perfect Day”, czyli „Ten doskonały dzień”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Do księgarni marsz: Wrzesień 2019
Esensja

4 IX 2019

Koniec wakacji można poznać nie tylko po większym tłoku w autobusach i na ulicach, ale również po zauważalnie bogatszej ofercie wydawców.

więcej »

Na rubieżach rzeczywistości: Nowe rozdanie
Marcin Knyszyński

25 VIII 2019

Po całej serii powieści poruszających najważniejszy motyw w twórczości Philipa K. Dicka, czyli zwątpienie w prawdziwość otaczającego nas świata i świadectwo zmysłów, czas na coś lżejszego. „Doktor Bluthgeld” jest jedną z powieści najprostszych w odbiorze – Dick nie próbuje demaskować fałszu rzeczywistości i nie filozofuje zanadto. Napisał po prostu rzecz, dzięki której wyraził pewne swoje obawy co do przyszłości. Była ona konsekwencją swoich czasów – apogeum zimnej wojny.

więcej »

Do księgarni marsz: Sierpień 2019
Esensja

13 VIII 2019

W sierpniowej ofercie wydawniczej wciąż widoczne jest wakacyjne zwolnienie tempa.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Niedojechanie
— Borys Jagielski

Ziemia obiecana
— Borys Jagielski

Głos miał nieprzyjemny
— Borys Jagielski

A gdy się zejdą, raz i drugi...
— Borys Jagielski

Medjugorje
— Borys Jagielski

Kres górny
— Borys Jagielski

Gorąca gra
— Borys Jagielski

Portrety nietoty
— Borys Jagielski

Hollywoodzkie emerytury
— Borys Jagielski

Wrzód na tkance
— Borys Jagielski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.