Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Chris Beckett
‹Ciemny Eden›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCiemny Eden
Tytuł oryginalnyDark Eden
Data wydania15 stycznia 2014
Autor
PrzekładWojciech M. Próchniewicz
Wydawca MAG
CyklCiemny Eden
SeriaUczta Wyobraźni
ISBN978-83-7480-416-5
Format336s. 135×202mm; oprawa twarda
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

450 stopni Fahrenheita: Drugie wyjście z Raju

Esensja.pl
Esensja.pl
Karol Franczak, Kuba Gach, Dawid Kantor
1 2 »
W drugiej odsłonie naszych dyskusji wzięliśmy na tapet dwie powieści ze znanej serii „Uczta wyobraźni” – „Ciemny Eden” oraz „Matkę Edenu”. Wychodząc od rozważań o podłożu socjologicznym, kończymy aż na elemencie ewolucyjnym obcego świata. Z uwagi na formułę, w tekście pojawią się pewne elementy fabuły, które można uznać za spojlery.

Karol Franczak, Kuba Gach, Dawid Kantor

450 stopni Fahrenheita: Drugie wyjście z Raju

W drugiej odsłonie naszych dyskusji wzięliśmy na tapet dwie powieści ze znanej serii „Uczta wyobraźni” – „Ciemny Eden” oraz „Matkę Edenu”. Wychodząc od rozważań o podłożu socjologicznym, kończymy aż na elemencie ewolucyjnym obcego świata. Z uwagi na formułę, w tekście pojawią się pewne elementy fabuły, które można uznać za spojlery.

Chris Beckett
‹Ciemny Eden›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCiemny Eden
Tytuł oryginalnyDark Eden
Data wydania15 stycznia 2014
Autor
PrzekładWojciech M. Próchniewicz
Wydawca MAG
CyklCiemny Eden
SeriaUczta Wyobraźni
ISBN978-83-7480-416-5
Format336s. 135×202mm; oprawa twarda
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dawid Kantor: Chris Beckett, Anglik, były pracownik socjalny, wykładowca socjologii i pracy socjalnej, a przy okazji – pisarz science fiction, autor kilkunastu opowiadań i kliku powieści, w tym trylogii o historii Edenu. Na rodzimym rynku jak dotąd ukazały się dwa tomy serii, wydane w ramach „Uczty wyobraźni”: dobrze przyjęty „Ciemny Eden” oraz przeciętnie oceniana „Matka Edenu”. Beckett w swoim cyklu postanowił bez wątpienia zaczerpnąć ze swojego dorobku zawodowego, ale chyba nie można określić go jako klasyczną, socjologiczną science fiction. Ciężar tematyczny rozkłada się tutaj inaczej, a autor stawia odmienne pytania i nie podąża ścieżką wytyczoną przez Orwella, Asimova czy Brunnera. Jak pisze sam na swoim blogu: „Moje powieści zazwyczaj dotyczą sytuacji, których doświadczyłem w swoim życiu, rzeczy, które działy się dookoła mnie i które próbowałem zrozumieć”. Panowie, jak przypadł Wam do gustu pomysł na „Ciemny Eden”? Co myślicie o fabule?
Kuba Gach: Jeżeli któregoś z Beckettów miałbym ustawić w jednym rzędzie z Orwellem czy Asimovem, to byłby to raczej Samuel, a nie Christopher. Ale zacznijmy od początku: Cykl Ciemnego Edenu to opowieść o losach młodej społeczności zamieszkującej spowitą w niemal całkowitych ciemnościach planetę Eden. Mieszkańcy obcego świata są potomkami dwójki Ziemian, którzy kilkaset lat przed rozpoczęciem właściwej akcji powieści, znaleźli się na odległej planecie i stali się protoplastami populacji, liczącej w momencie zawiązania fabuły – około pięciuset osób. W pierwszym tomie cyklu przyglądamy się zalążkowi cywilizacji, będącej na skutek braku jakiegokolwiek kontaktu ze swym ziemskim matecznikiem, na etapie rozwoju, który swobodnie możemy nazwać na potrzeby niniejszej dyskusji – etapem prehistorycznym. Losy mieszkańców planety obserwujemy przede wszystkim z perspektywy głównego bohatera Ciemnego Edenu – Johna – nonkonformisty, którego kontrowersyjne działania mamy okazje śledzić w trakcie lektury powieści. Są one katalizatorem przemian budzących ferment w harmonijnym do tej pory życiu edeńskiej społeczności.
Odpowiadając na zadane przez Ciebie pytanie dotyczące pomysłu na fabułę powieści, należy uczciwie przyznać, że jest on intrygujący. Dzieje społeczności rozwijającej się w nieprzyjaznym i nienaturalnym dla siebie środowisku to doskonała okazja do ukazania ludzkiej natury, oderwanej od kontekstu ziemskiego, a co za tym idzie, teoretycznie czystszej i bardziej krystalicznej. Z drugiej strony, w makroskali, to świetna perspektywa do przyglądnięcia się punktom zwrotnym w dziejach społeczeństwa oraz do obnażenia mechanizmów prowadzących do rozwoju cywilizacyjnego. Wielkie i trudne tematy. Beckett w mojej ocenie, pomimo posiadania przyzwoitych literackich umiejętności, nie podołał wielkości problemów, które chcąc nie chcąc poruszył w powieści. Moim głównym zarzutem dotyczącym cyklu jest gruba kreska, którą autor rysuje charaktery głównych bohaterów historii, czy nakreśla podłoże konfliktów napędzających akcję powieści. John jest niespokojnym duchem; David jest zły; Jeff jest dobry; David robi tylko rzeczy złe; Jeff robi tylko rzeczy dobre. Takie uproszczenia i kontrasty pewnie korzystnie wpływają na przejrzystość fabuły, gdyż czytelnik (zwłaszcza ten młodszy) wie komu kibicować, lecz przez wspomniany brak subtelności, summa summarum, mamy na koniec do czynienia z prostą baśnią czy też moralitetem dla nastolatków, a nie wiwisekcją fascynujących tematów, której ja naiwnie oczekiwałem po lekturze cyklu Chrisa Becketta.
Karol Franczak: Nie zgodziłbym się z tezą, iż autor nie podołał tematowi na jaki się porwał. O ile kreacja bohatera indywidualnego jest rzeczywiście dość toporna, to przedstawienie człowieka w ramach zbiorowości wychodzi Beckettowi genialnie. Najmocniejszą cechą obu powieści jest bowiem sposób zobrazowania społeczeństwa – jego powstanie, rozwój, a także stopniowy upadek. Człowiek, nawet oderwany od cywilizacji, w kontakcie z innymi ludźmi zawsze będzie dążył do uściślenia i usankcjonowania relacji. To dążenie stanowi genezę rodzin, plemion, społeczeństw a wreszcie i państw. Ludzie są naznaczeni cechami, które nie znikają nawet wtedy gdy zostaną oni wyrwani ze środowiska naturalnego. Tło powieści, tj. rozbicie się (dość przypadkowych zresztą) astronautów na odległej planecie, jest jedynie dodatkiem do tego co pragnie przekazać autor. Równie dobrze akcja mogłaby dziać się na bezludnej wyspie.
Z obydwu części płynie bardzo ważna lekcja jaką jest konieczność nieustannej zmiany. Statyczność, nudna stabilność i sztywne spętanie się więzami tradycji, religii i obrzędów blokuje rozwój nie tylko osobisty, ale także rozwój całych społeczeństw. Zbiorowość potomków rozbitków trzyma się kurczowo miejsca w którym wylądowali ich przodkowie, nie zwracając uwagi na kurczące się zasoby naturalne oraz zmniejszającą się przestrzeń życiową. To dzięki odwadze, zdolności do przełamywania barier oraz zwykłej ciekawości, bohater pierwszej książki cyklu – John, dokonuje przełomu polegającego na eksploracji świata, w którym jemu i jego pobratymcom przyszło z przymusu mieszkać. Bez wyróżniającej się jednostki, która stanie na czele społeczeństwa, nie jest możliwy rozwój. Motyw ten zresztą przewija się również w drugiej odsłonie cyklu.
D.K.: W mojej ocenie najsłabiej (co nie znaczy – tragicznie) było właśnie literacko. Obie powieści prezentowane są z perspektyw kilku bohaterów, posługujących się zdegenerowaną formą języka przywiezionego na Eden przez Angelę i Toma i tym właśnie językiem zostały w całości napisane. Mowa Edeńczyków ma charakter zubożałego, częściowo dziecięcego języka, pozbawionego większości określeń na nieznane im zjawiska, choćby zamiast słowa „zabić” używają słowa „zrobić”. Ta stylizacja niewątpliwie wymagała przygotowania i długiego autorskiego szlifu, ale jej ostateczny efekt wywołał we mnie mieszane odczucia. Z jednej strony taka prezentacja języka wydaje się konieczna i pokazuje niewinność społeczeństwa, z drugiej utrudnia lekturę – bo fraza staje się rwana i nieprzystępna, nie daje też możliwości bardziej szczegółowego odmalowania obcej planety. Brakuje też ewolucji języka w perspektywie kilkuset lat historii Edenu. O ile pierwszy tom czytałem z niemałym zainteresowaniem, bo akcja była dość wartka i odkrywanie zamysłu powieści niosło satysfakcję, o tyle przy „Matce Edenu” chwilami się męczyłem – fabuła momentami kręciła się w miejscu, a język sprawiał, że przez kolejne rozdziały brnęło się coraz ciężej. Bohaterowie faktycznie wydają się dość topornie ociosani, ale tu akurat, tak jak pisał Karol, ikoniczność była konieczna do spełnienia założeń autora. Jeśli idzie o realizację pomysłu na cykl to bliższy jestem stwierdzeniu, że wypadła dobrze. Tematy faktycznie niebłahe i do przedstawienia trudne, ale sposób, w jaki podejmuje je Beckett, zrobił na mnie wrażenie przede wszystkim w warstwie konceptualnej. Nie była to co prawda pierwsza próba przedstawienia społeczności rozwijającej się na obcej planecie w oderwaniu od Ziemi – były przecież choćby „Całkowe drzewa” Larrego Nivena, a w Polsce „Vatran Auraio” Huberatha, ale chyba nikt nie skupił się do tej pory na szczegółach rozwoju zalążków nowej cywilizacji u jej zarania. Z obserwacji zawodowych Becketta wynika zapewne, że w pewnych sytuacjach zachowania różnych ludzi powtarzają się i podobne bywają reakcje całej grupy, w której Ci ludzie funkcjonują. Ekstrapolacja tego pomysłu na szerszą skalę i przeniesienie do miejsca nieskalanego historycznymi i symbolicznymi naleciałościami Ziemi, pozwala na retelling historii człowieka w Raju, jako historii uniwersalnej. Już sam tytuł powieści sugeruje skojarzenie, a dalej mamy Adama i Ewę (Toma i Angelę), zerwanie jabłka (zniszczenie kręgu przez Johna), Kaina i Abla (pierwsza przemoc Johna i Davida, na którą w edeńskim języku nie ma nawet nazwy), listek figowy (postępująca wraz z rozwojem cywilizacji formalizacja związków damsko – męskich) i cały szereg innych. Dzikie i mroczne piękno Edenu jako świata także nasuwa skojarzenie z Rajem i pierwotną, obcą człowiekowi Ziemią. Sposób w jaki Beckett to połączył i ubrał w fabułę w pierwszym tomie, po prostu imponuje i „Ciemny Eden” moje oczekiwania spełnił.
Wracając do postaci – John Czerwoniuch, główny bohater „Ciemnego Edenu”, wydaje mi się być daleki od jednoznaczności. Popychany przez ambicje, chce być zapamiętanym liderem i z tego powodu jednocześnie czerpie satysfakcję i cierpi, szargają go wewnętrze rozterki uczuciowe, w końcu popełnia zło dla poparcia sprawy grupy, którą przewodzi. Zostaje Kainem. Staje się dla Edenu postacią legendarną – z jednej strony motorem postępu, z drugiej przemocy – jakby obie kwestie były nierozerwalnie połączone.
1 2 »

Komentarze

06 IV 2020   18:49:57

Życie może się rozwijać bez dostępu do światła, o czym świadczą mikroorganizmy żyjące na dnie oceanów czy archeony pod powierzchnią ziemi.

06 IV 2020   20:20:51

Bardzo ciekawy cykl, liczę na więcej recenzji.

07 IV 2020   11:59:36

@dk

Tak, może. Niemniej rośnie wtedy wolno i raczej nie byłoby możliwości produkowania tlenu. Więc taki ekosystem może funkcjonować, ale byłby problem z funkcjonowaniem w nim ludzi.

A zresztą, jak już tak dokładniej sie zastanawiamy, to żeby ludzie mogli ot tak sobie żyć na danej planecie to np. jej organizmy też musiałyby być zbudowane z białek i to o identycznym (albo niemal identycznym składzie aminokwasowym), oczywiście musiałyby to też być L aminokwasy.

To czyni wszelkie książki spod znaku "lądujemy na innej planecie i tak po prostu sobie tam żyjemy" bardzo nierealistycznymi, chyba, żeby jednak założyć panspermię i uznać, że życie na obu planetach miało wspólnego przodka.

07 IV 2020   14:32:05

@Beatrycze- ewentualnie statek kolonizacyjny zawierający cały zestaw biomu niezbędnego do zapewnienia trwałości życia ludzkiego. Hmm, tylko w takim przypadku odpada „tak po prostu sobie żyjemy”, bowiem trzeba całą tą masę biologiczną wychodować i rozmnożyć.

07 IV 2020   17:16:27

Beckett dość swobodnie podszedł do sprawy i potraktował obcy ekosystem jak ładny rekwizyt. Bohaterowie czują, że z jedzeniem jest "coś nie tak", ale nie mają problemów z trawieniem obcych białek.

@Beatrycze
Czytałem gdzieś, że życie mogłoby powstać równie dobrze na bazie związków krzemu, a nie węgla. Tym bardziej taka konwergencja ewolucyjna jaką zaplanował Beckett to abstrakcja.
Ale jako pole do zabaw socjologicznych planeta działa dobrze.

08 IV 2020   12:26:16

Też słyszałam, choć gdzieś indziej czytałam, że żeby powstawały długie stabilne łańcuchy atomy krzemu powinny być przeplatane tlenem, ale chemikiem nie jestem,żeby się na ten temat wypowiedzieć. To by nakładało pewne większe ograniczenia na dynamikę makrocząsteczek, jak sądzę, ale nie chcę spekulować.

Twórcy SF najbardziej lubią inteligentnych obcych, ale odkrycie jakiejkolwiek formy życia na innej planecie - czy to mikroskopijnej, czy wyglądającej jak, że tak to ujmę, pełzający glut, byłoby fascynującym odkryciem i ogromnym skokiem nauk biologicznych.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Do księgarni marsz: Kwiecień – maj 2020
Esensja

4 V 2020

My w Esensji rzadko zmieniamy zdanie, więc skoro już wcześniej obiecywaliśmy poprawę, to i teraz to czynimy. Póki co przedstawiamy Wam nasze polecanki książkowe z kwietnia i maja.

więcej »

Nie przegap: Kwiecień 2020
Esensja

30 IV 2020

Jak co miesiąc na koniec kwietnia publikujemy zestawienie naszych recenzji.

więcej »

Na rubieżach rzeczywistości: Wszyscy jesteśmy androidami
Marcin Knyszyński

26 IV 2020

Gdybyśmy mieli wytypować najlepszy rok w karierze Philipa K. Dicka, najmocniejszym kandydatem byłby chyba 1966. Dick już nie produkował tekstów w tak szaleńczym tempie jak wcześniej – oprócz opowiadań napisał w tym roku „tylko” dwie powieści. Dwie, ale za to jakie! Wydane zostały odpowiednio w 1968 i 1969 roku. Zajmijmy się pierwszą z nich i zadajmy sobie jedno z najczęściej przewijających się pytań w popkulturze – „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”?

więcej »

Polecamy

Wszyscy jesteśmy androidami

Na rubieżach rzeczywistości:

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Pierwiastek żeński
— Dawid Kantor

Do księgarni marsz: Luty 2018
— Esensja

Niezupełnie raj
— Anna Kańtoch

Do księgarni marsz: Styczeń 2014
— Esensja

Cudzego nie znacie: Raj nie do utracenia
— Miłosz Cybowski

Z tego cyklu

Pisarz wyłania się z mroku
— Karol Franczak, Kuba Gach, Dawid Kantor

Tegoż twórcy

Cudzego nie znacie: Raj nie do utracenia
— Miłosz Cybowski

Tegoż autora

Pierwiastek żeński
— Dawid Kantor

Po Westeros i okolicach
— Dawid Kantor

Krótko o książkach: Nic nowego
— Dawid Kantor

Przed lodem i ogniem
— Dawid Kantor

To czego nie można odtworzyć
— Dawid Kantor

Druga szansa na pierwsze wrażenie
— Dawid Kantor

O jeden wymiar za daleko
— Dawid Kantor

Impresja wampiryczna
— Dawid Kantor

Esensja czyta: Luty 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Katarzyna Piekarz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Styczeń 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.