Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Stanisław Lem
‹Solaris›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSolaris
Data wydania19 lutego 2020
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-07051-2
Format340s. 125×195mm
Cena38,—
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Stulecie Stanisława Lema: List znad Oceanu

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 3 »
Z okazji cyklu artykułów poświęconego twórczości Lema nadrobiłam zaległości i przeczytałam „Solaris”. Teraz dzielę się refleksjami.

Beatrycze Nowicka

Stulecie Stanisława Lema: List znad Oceanu

Z okazji cyklu artykułów poświęconego twórczości Lema nadrobiłam zaległości i przeczytałam „Solaris”. Teraz dzielę się refleksjami.

Stanisław Lem
‹Solaris›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSolaris
Data wydania19 lutego 2020
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-07051-2
Format340s. 125×195mm
Cena38,—
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Jak wspomniałam w dyskusji poświęconej opowiadaniom o pilocie Pirxie, zniechęciły mnie one do twórczości ich autora na długie lata. Z okazji esensyjnego cyklu artykułów zdecydowałam się jednak sięgnąć po najbardziej rozpoznawalne dzieło Lema, którym wpisał się w historię SF. Spróbuję przedstawić swoje odczucia, skojarzenia i opinie, choć już od samego początku miałam wątpliwości, czy zdołam powiedzieć na ten temat cokolwiek świeżego – w końcu nad „Solaris” od lat pochylali się zarówno polscy, jak i zagraniczni krytycy oraz czytelnicy. Już po krótkich poszukiwaniach w internecie dowiedziałam się, że zdaniem niektórych ocean symbolizuje: obcość, ludzki umysł, Boga, naturę, kobiecość, a nawet dosadniej – waginę. Powstawały interpretacje doszukujące się odniesień biblijnych, mitologicznych i politycznych. Znalazłam także informację, że Lem zaczął pisać „Solaris” bez specjalnego przekonania, a zasiadając do maszyny, sam nie wiedział jeszcze dokładnie, co Kelvin zastanie na planecie. Oto więc kolejna interpretacja – w głowie autora pojawił się pomysł na myślący ocean, a kiedy to się stało, natychmiast zrozumiał, że to jest świetna, nośna, oryginalna i barwna koncepcja, którą warto rozwinąć. Jeśli chodzi o mnie, takie wyjaśnienie uważam za bardziej prawdopodobne, niż każde z osobna spośród wyżej wzmiankowanych. Wielkim atutem książki jest to, że kluczowa jej idea została rozegrana na dwóch poziomach – wewnętrznym względem świata przedstawionego i zewnętrznym. Bohaterowie książki chcieliby zrozumieć ocean, ale „potykają się o samych siebie”, zamiast obcego spotykają jedynie materializacje własnych lęków i pragnień. Czytelnicy chcieliby przeniknąć książkę, ale znajdują w oceanie to, co sami wnieśli. Moja uwaga na temat pomysłu kiełkującego w wyobraźni i wrażenia, że „to jest to”, przecież także została oparta o własne, nieduże ale dla mnie istotne, doświadczenia z pisaniem. Sądzę, że o sukcesie „Solaris” zadecydowała świeżość koncepcji, wieloznaczność, ale też wplecenie w nią wątku relacji Krisa i Harey. Miłość i śmierć to w końcu jedne z głównych tematów literackich, niezależnie od kultury i epoki – warto zauważyć, że właśnie te „ludzkie” wątki zostały wyeksponowane w ekranizacjach, co nie podobało się autorowi. A skoro już o adaptacjach mowa, dowiedziałam się, że w inspirowanym „Solaris” spektaklu teatralnym (powstawały nawet takie opery, co, przyznam szczerze, trudno mi sobie wyobrazić) Kelvin jest kobietą. Ciekawe jest jedno z uzasadnień twórców – że w sytuacji, w której dziełem oceanu była Harey, nasuwa się skojarzenie, że rzecz jest o niezrozumieniu pomiędzy płciami, przez co traci się szerszy kontekst interpretacyjny.
Przyszłość dawno miniona czyli tam gdzie obcy garnki zmywa
Choć doceniam ideę i obraz oceanu, czytając, nie mogłam się opędzić od myśli, jak bardzo ta książka się zestarzała i na jak wielu poziomach to się stało. To zresztą pewnie nieodłączna cecha SF, że jest najbardziej chyba ze wszystkich konwencji „podatna na przedawnienie”.
Pierwszy z poziomów jest czysto językowy, wynotowałam sobie kilka przykładów brzmiących staroświecko: „jakoż w cztery lata po tym odkryciu”, „kiść dłoni”, „w środku uwagi”, „konchy uszne”, „mogłem zajrzeć w jej małe (…) chrapki”. Najbardziej uderzyło mnie to, że bohaterowie ciągle na siebie „patrzają” – a przynajmniej jest tak w stareńkim wydaniu z 76 roku, które trafiło w moje ręce. Z ciekawości zajrzałam do podobnie wiekowego wydania „Lalki”, lecz gdy wreszcie odnalazłam odpowiedni przykład (postaci Prusa zdecydowanie częściej na siebie spoglądały, przez co poszukiwania trwały dość długo), brzmiał on „patrzył”.
Kolejny poziom, wciąż formalny, to sama konstrukcja powieści. Przede wszystkim te długie para-encyklopedyczne wtręty na temat badań nad oceanem: fragmenty raportów, podręcznikowe wpisy, historia nauki świata przedstawionego. Sądzę, że gdyby dziś maszynopis „Solaris” trafił do wydawcy, redaktor odpisałby coś w rodzaju „pomysł dobry, ale trzeba więcej akcji”. Zdumiewa mnie, że tak intrygująca koncepcja wyjściowa została ubrana w tak statyczną narrację. Oto naukowcy, którzy wyruszyli badać najbardziej zdumiewającą formę życia w znanym ludzkości wszechświecie, siedzą zamknięci w bazie, a Kelvin, zamiast wsiąść w pojazd i polecieć zobaczyć ocean na własne oczy, idzie do biblioteki czytać książki, których większość już zna. Wydało mi się to toporne (jako sposób wprowadzania czytelnika w świat przedstawiony) i niewiarygodne, a same fragmenty, naszpikowane nazwiskami i teoriami – nudne. Z wyjątkiem opisów form tworzonych przez ocean, choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego Lem zawarł je w czytanej przez Kelvina książce, zamiast wpleść je w akcję, zabrać go nad ocean wcześniej niż na samiutkim końcu powieści. Pomyślałam też, że gdyby „Solaris” powstawała teraz, ocean tworzyłby struktury przypominające fraktale (coś w rodzaju tej animacji)
Pora zejść w głąb świata przedstawionego, gdzie sugestywne opisy fal oświetlanych blaskiem dwóch słońc przeplatają się z takimi, które od dawna nie kojarzą się z przyszłością i zaawansowaną technologią. Staroświecko przedstawia się cała baza, w której mieszkają badacze, szczególnie w pamięć zapadły mi wiszące w jednym z okien zasłonki w drobne kwiatki. Jest tutaj komputer pokładowy, lecz biblioteka to wciąż miejsce, gdzie składowane są papierowe książki i mikrofilmy. Zabawne, że katalog tejże biblioteki został wprowadzony do pamięci komputera, lecz Lem nie wpadł na pomysł, że zawartość książek też mogłaby do niej trafić. Bohaterowie zapisują ważne informacje w notesach, ewentualnie nagrywają je na kieszonkowym magnetofonie, drzwi zamykają na klucz, a po wzięciu prysznica otulają się płaszczami kąpielowymi.
Podobne refleksje można odnieść w kwestii świata nauki, który u Lema nie doczekał się cyfryzacji i sprawia wrażenie wariacji na temat życia naukowego w czasach autorowi współczesnych. Ubawiła mnie uwaga, że na etapie największego zainteresowania oceanem zajmowało się nim „aż tysiąc ludzi”. Tyle to czasem pracuje w pojedynczym ośrodku zajmującym się jakąś tematyką. Taka ciekawostka – na hasło „vascular endothelial growth factor” (czynnik wzrostu śródbłonka naczyniowego) Google Scholar wyrzuca ponad 48 000 wyników tylko dla publikacji z 2021. Można zatem śmiało zakładać, że czymś tak doniosłym jak ocean, zajęłoby się więcej niż marne tysiąc ludzi. Z innych kwestii – w pewnym momencie Kelvin korzysta z niedużego mikroskopu neutrinowego. Nie mamy takich urządzeń i wątpliwe, byśmy kiedykolwiek mieli z uwagi na to, jak słabo neutrina oddziałują z bardziej „zwykłą” materią. Może i ich długość fali wydaje się odpowiednia dla pomiarów subatomowych, ale czym ogniskować taką wiązkę? Idea trzymania ciekłego tlenu w laboratorium w dewarze (jak zwykliśmy nazywać wielkie termosy na skroplone gazy) wydaje mi się pięknym sposobem na zdobycie nagrody Darwina (poza tym, ja wiem, że scena miała być dramatyczna i malownicza, ale po co im tam właściwie ten tlen był?). W oczy rzuciły mi się „asymetryczne kryształy chromosomów i tych nukleinowych połączeń cerebrozydów, które stanowią substrat procesów zapamiętywania” – nie nazwałabym chromosomu kryształem, a już kompletnie nie rozumiem, co autor mógł mieć na myśli w części drugiej – cerebrozyd to zbiorcza nazwa grupy lipidów, nie tworzą one połączeń między sobą i tyle mają wspólnego z zapamiętywaniem, że obficie występują w otoczkach mielinowych neuronów (mielinizacja pozwala na przyspieszenie przekazu informacji). Sześćdziesiąt lat to w dziedzinie nauk biologicznych nie jedna, a wręcz kilka epok. Wreszcie kwestia czysto organizacyjna, a mianowicie to, że badacze zajmujący się Solaris to mężczyźni. Z perspektywy czasu to wydaje się aż dziwne, że autor nie przewidział wzrostu udziału kobiet w nauce.
W ten sposób przejść można do kwestii kolejnej, a mianowicie obyczajowości, sprawiającej, że podczas lektury nasuwały mi się skojarzenia z kreskówkami o Jetsonach. Łatwo dostrzec różnice w stosunkach damsko-męskich. Na temat Kelvina i Harey Lem wyjawia niemal tylko tyle, ile konieczne jest dla popchnięcia fabuły do przodu, ale można sobie parę rzeczy zrekonstruować. Przede wszystkim, zwraca uwagę informacja na temat wieku żony bohatera – gdy popełniła samobójstwo, była dziewiętnastolatką, a przecież w innym miejscu Kris stwierdza „nie powiedziała tego wprost, ale jak się z kimś żyje latami, to nie jest potrzebne”. Zatem ile ona miała lat, kiedy zostali parą – piętnaście, szesnaście? O nim wiadomo, że już wtedy pracował, a skoro jest naukowcem, to pewnie musiał być co najmniej w trakcie robienia doktoratu. Zatem Kelvin był od Harey starszy, zresztą z jakiegoś powodu zwraca się do niej per „dziecko” albo „biedna mała”. Tak oto o niej myśli (jeszcze wtedy, gdy sądzi, że śni): „Była śliczna. (…) Zawsze mówiła, jakby nie bardzo dbając o wypowiadane słowa, jakby zajęta była czymś innym, robiła przez to wrażenie bezmyślnej, a czasem pozbawionej wstydu, bo wszystkiemu przypatrywała się z przygaszonym zdziwieniem”. Gdy czytam takie rzeczy, widzę mężczyznę, który poślubił sobie „urocze stworzenie” (to już nie słowa Lema), idealny materiał na przyszłą panią profesorową, która będzie wdzięcznie serwowała wykwintne podwieczorki i herbatę w porcelanowych filiżankach wielce szacownym (i nadętym) gościom swojego małżonka, a nie partnerkę życiową. Sądzę, że dziś mniej osób ma takie cele matrymonialne, a jeśli nawet marzą o młodziutkiej i urodziwej ozdobie, to z kolei dziewczyna szukająca starszego od siebie mężczyzny w celu „ustawienia się”, raczej nie wybrałaby naukowca, bo nie jest to droga ani do prestiżu, ani do naprawdę dużych pieniędzy.
Gdy Kelvin po raz kolejny udaje się do biblioteki, a Harey-twór oceanu idzie z nim, mężczyzna wertuje książki naukowe, a dziewczyna sięga po – uwaga – „Kucharza międzyplanetarnego”. W „Solaris” znalazły się też dwie sceny, gdzie kobieta zmywa po posiłku, z czego raz reaguje nerwowo i zaraz uspokaja „męża”, że nie będzie rzucać talerzami. Za oknami wciąż niezgłębiona, obca, najprawdopodobniej świadoma forma życia, która objawiła właściwości jeszcze bardziej zdumiewające, niż do tej pory sądzono, w kajucie najwyraźniej żywe i świadome dzieło tejże istoty, być może szansa na dokonanie naukowego przełomu, ale przecież garnki ktoś umyć musi! Rozumiem, że w ten sposób autor chciał pokazać, jak jego bohaterowie próbują odtworzyć sceny ze swojego życia codziennego, ale właśnie to życie codzienne już wygląda inaczej i to nie tylko z uwagi na dokonującą się zmianę w podziale obowiązków domowych i upowszechnieniu się zmywarek (w bazie z zamkniętym obiegiem wody takie rozwiązanie wydaje się ekonomiczniejsze). Ogromna zmiana wiąże się z pojawieniem się internetu, mediów społecznościowych, gier. W książce pisanej obecnie bohaterowie raczej nie spędzaliby czasu w ten sposób, że jedno czyta, a drugie myśli, tylko zasiedliby przed ekranami. Poza tym, życie częściowo w wirtualu zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości. Podczas lektury nieraz zastanawiałam się, jak mogłabym się zachować w sytuacji głównych bohaterów i pomyślałam, że jednym z moich sposobów radzenia sobie z sytuacjami stresowymi było wyobrażanie sobie, że to się nie dzieje naprawdę, że jestem wewnątrz gry – to pozwalało mi rozważać możliwości i działać. Kelvin postępuje odwrotnie, szuka „twardej rzeczywistości” jako oparcia. Sądzę też, że dziesięciolecia fantastyki w popkulturze sprawiają, że na widok „gości” nie przeżylibyśmy aż takiego szoku poznawczego, jak bohaterowie Lema.
Wszystko to sprawia, że nie umiałam czytać „Solaris” jako pełnoprawnego SF, zwłaszcza opis bazy i wydarzeń na niej wydał mi się bliski wizjom steampunkowym. W pewien sposób wpisuje się on jednak w przekaz o ograniczeniu ludzkiego myślenia, dodaje pewien komentarz do uwagi o szukaniu luster. Świat przedstawiony w powieści jest przecież odbiciem epoki, w której „Solaris” powstała.
1 2 3 »

Komentarze

1 2 »
18 XI 2021   18:47:18

Nie było nudno, czytałbym więcej :)
Miło czasem zaznajomić się z taką krytyczną oceną klasyki zamiast peanów, które nieraz sprawiają wrażenie, jakby ich autor nie miał najmniejszej styczności z omawianym tekstem.

18 XI 2021   19:09:41

Bardzo dziękuję :)

19 XI 2021   19:02:08

To nie było nudne, wręcz przeciwnie - nie obraziłbym się na kolejne trzy strony. Lubię takie rozbudowane analizy dzieł literackich, tym bardziej, że obecnie w sieci przeważają raczej "recenzje" kilkunastodniowe.

19 XI 2021   20:26:36

To się cieszę! Zwykle piszę krótsze teksty i obawiałam się, że ten będzie zanadto rozwlekły.

20 XI 2021   11:47:00

Bardzo interesująca analiza. Moje uwagi co do tekstu:
1. Odraza u Krisa pojawia się nie tylko wobec "afrykańskiej Afrodyty", towarzyszy też (przynajmniej początkowo) spotkaniu z Harey. Odraza to typowe odczucie w zetknięciu z czymś "obcym", bardziej pierwotna niż zdziwienie. Tak reagujemy na pająki czy węże

2. Sartorius mógł mieć po prostu traumę związaną ze śmiercią własnego dziecka

3. Nazwanie Krisa "niewinnym chłopcem" jest wyraźnym szyderstwem

20 XI 2021   20:45:02

Dziękuję!

@1. Ha, ciekawy trop. Nie pomyślałabym o tym, u siebie nie zauważyłam takich odruchów po prostu. Pająki i węże nie budzą we mnie obrzydzenia, raczej zaciekawienie, niektóre uważam za prześliczne (np. te wielkie, kolorowe i włochate, co do węży, mój brat miał węża zbożowego, bardzo ładny był, znajomy rodziców hodował w terrariach rozmaite gady, to kiedy jako dziecko byłam tam z wizytą, siedziałam w pokoju z terarriami zachwycona). Nie miałabym problemu z dotknięciem, jeśli tylko wiedziałabym, że ten akurat gatunek nie jest jadowity. Na żywo widziałam tylko żmije, jednej udało mi się zrobić ładne zdjęcie. Generalnie zwierzęta mnie fascynują niezależnie od ilości odnóży, gładkości skóry, czułków i innych takich. Wyjątkiem są jedynie stada wijących się asynchronicznie larw, one budzą we mnie obrzydzenie, ale zwykle jak się dłużej przyglądam.

Czy w takim razie, jeśli by w przyszłości doszło do pokojowego kontaktu z obcymi, "test pająków i węży", byłby jednym z testów psychologicznych dla członków zespołu mającego kontaktować się z obcymi.

@2 Ale czy wtedy miałby powód aż tak szaleńczo to ukrywać? I ta uwaga Snauta, że Sartorius wolałby zachować wszystko w tajemnicy, bo się boi. Toż musiałby sam to dziecko zamordować.

@3 Niewykluczone, choć przecież dalej jest (zrekam właśnie do tekstu) "Ale kiedy spojrzałem na niego, zrozumiałem, że nie kpi. (...) Dlaczego tak mówisz? - spytałem (...).
- Dlatego, że ta historia jest tragiczna."





20 XI 2021   23:20:05

1. No nie wyobrażam sobie, żeby w zespole ds. kontaktu z obcymi nie było biologa. Najlepiej nadają się biolodzy zajmujący się hobbystycznie fantastyką. W razie lądowania UFO, składałbym CV w ciemno;-)

2.Pewnie racja, choć dziecko mogło też zginąć przez bezmyślność albo jakieś karygodne zaniedbanie. Ale to tylko luźne dywagacje.

3. Zatem narrator napisał wprost, że to nie kpina... Może być też tak, że jako psycholog kiepsko czytał ludzkie emocje. Albo Snaut i Sartorius mieli tyle na sumieniu, że przy nich Pan Kelvin był niewinnym barankiem. Ale to znowu dywagacje...

21 XI 2021   13:24:35

1. To na pewno, ale pomyślałam sobie też, że skoro faktycznie ludzie mają atawistyczne odruchy wstrętu wobec tego, co bardzo odmienne od "ssaczego modelu", i natężenie takich odruchów różni się w zależności od osoby, to gdybyśmy mieli nawiązywać pokojowe relacje z obcymi, lepiej byłoby przetestować ludzkich kandydatów i wybrać takich, u których takie odruchy byłyby słabsze, po to, aby nie utrudniało im to pracy (można się racjonalnie przekonywać, że oto jest życzliwie nastawiony naukowiec z obcej planety, ale jeśli na sam widok tegoż naukowca ludzkiemu naukowcowi robiłoby się niedobrze i cały czas musiał z tym walczyć, byłby mniej skuteczny).

Można by też odwrócić sytuację - oto obcy przybywają, niekoniecznie są przyjaźnie nastawieni, ale wyglądają jak małe puchate zwierzątka i ludzie automatycznie czują do nich sympatię.

2. To prawda, że nie jest powiedziane. Choć zakładam, że wtedy też byłaby to "tragiczna historia" a nie, jak to wyraził Snaut "monstrualna brzydota i wstyd".

3. Tjaaa, jeśli chodzi o empatię to Kelvin rzeczywiście raczej się nie sprawdza.

Się zastanawiam, czy lepiej by było, gdyby "goście" innych członków załogi zostali pokazani i wyjaśnione zostałoby, kim byli dla ludzi, czy tak, jak jest, kiedy zostawiono otwarte pole.

22 XI 2021   08:37:41

/------------
Przede wszystkim te długie para-encyklopedyczne wtręty na temat badań nad oceanem:
Kelvin, zamiast wsiąść w pojazd i polecieć zobaczyć ocean na własne oczy,
idzie do biblioteki czytać książki, których większość już zna.
Wydało mi się to toporne (...) – nudne.
------------

Pamiętam, że czytałam Solaris jakoś tak w 7 klasie podstawówki i właśnie ta cała Solarystyka była dla mnie najbardziej fascynująca i żałowałam, że nie ma więcej. Czego niby bohater miałby się dowiedzieć gapiąc się na Ocean przez swoje "kaprawe oko jaskiniowca"? I może jeszcze powinien popylać po tym kosmicznym ocenianie na kosmicznym skuterze, ostrzeliwując się przy tym od kosmicznych piratów, żeby przypadkiem nie było nudno?

Sama wiszę gdzieś w pół drogi pomiędzy Lemem a wczesnym Zelaznym i lubię oba rodzaje mięsa, ale tego lemowskiego w ofercie jest zdecydowanie mniej i trafia do zdecydowanie mniejszej liczby osób.

22 XI 2021   14:06:54

Co kto lubi.
Ja prawdziwą literaturę naukową czytam w pracy, po pracy wolę sobie poczytać jak - owszem - bohater popyla w skuterze.
Nie to, że nie lubię wcale wyjaśnień, ale trzeba je wpleść w fabułę jakoś zręcznie, a nie bach - naście stron wykładu, przerwa na fabułę i kolejne wywody.

1 2 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wyimki z filozofii: Jerzy Żuławski na srebrnym grobie
Mieszko B. Wandowicz

5 XII 2021

Myślałem, że kolejną notatkę poświęcę Platońskiemu „Timajosowi”, twierdząc w niej półżartem, iż właściwie to nie Jüngerowskie „Marmurowe Skały”, o których niedawno pisałem, ale ten dialog, muzyczny i doniosły niby antyczny „Silmarillion”, jest najbliższą mi powieścią fantastyczną. Na to trzeba jednak więcej pracy. Dlatego najpierw pojawi się tutaj „Hegesias Peisithanatos” Jerzego Żuławskiego.

więcej »

Nie przegap: Listopad 2021
Esensja

30 XI 2021

Na coraz dłuższe wieczory proponujemy lekturę naszych listopadowych recenzji.

więcej »

W podziemnym kręgu: Horror rzeczywistości
Marcin Knyszyński

28 XI 2021

Chuck Palahniuk zakończył „Opętanymi” swą nieformalną trylogię grozy, na którą składa się jeszcze „Kołysanka” i „Dziennik”. Groteska i surrealizm, jako podstawowe środki wyrazu autorskiej myśli przewodniej, doprowadzone są tutaj do granicy, za którą czai się makabra i tak zwany horror cielesny. Palahniuk wytacza na czytelnika, jak do tej pory, najcięższe działa, zarówno estetyczne jak i formalne, tworząc współczesny Dekameron, zbiór wielce kontrowersyjnych i obrazoburczych opowieści o życiowych (...)

więcej »

Polecamy

Pogrzeb pośród mgławic

Stulecie Stanisława Lema:

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Tegoż twórcy

„W zeszłym roku nie miałem wakacji”
— Joanna Kapica-Curzytek

Esensja czyta: Wrzesień 2013
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Alicja Kuciel, Paweł Micnas, Beatrycze Nowicka

Panie Stanisławie, Mrogi Drożku!
— Marcin T.P. Łuczyński

Przeczytaj to jeszcze raz: Social-fiction
— Daniel Markiewicz

Dialogi
— Janusz A. Urbanowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.