Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Instytucjonalny obrońca pokrzywdzonych, czyli Józefa Mackiewicza przygody z reportażem, część 1

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 3 4 5 6 »

Sebastian Chosiński

Instytucjonalny obrońca pokrzywdzonych, czyli Józefa Mackiewicza przygody z reportażem, część 1

Dyżurnym niejako tematem reportaży Mackiewicza były nadużycia przedstawicieli władz miejskich nasłanych na Wileńszczyznę z centrum kraju, dorobkiewiczów, karierowiczów, traktujących najczęściej swoje posady jako środek do wzbogacenia. By zbadać jedną z takich „karier”, udał się Mackiewicz do Mołodeczna. Mołodeczno to typowe nasze miasteczko – pisał później. – Z jego państwowotwórczą, wstrętną konkurencją, urzędnikami, ambicjami […] typowe w systemie zakulisowej polityki personalnej, protekcjonizmie, narzucaniu obcych ludzi i bezapelacyjnej decyzji dygnitarzy. W takim to miasteczku w 1928 roku urzędnikiem powiatowym został przyjezdny Tadeusz Rylski, pijak, dziwkarz i oszust w kartach. Ta „czarna eminencja” pięć lat później objęła nawet urząd burmistrza (dla dokończenia kadencji burmistrza, który ustąpił). Gdy w 1934 roku odbywały się nowe wybory, przyjechał do Mołodeczna sekretarz wojewódzki BBWR Birkenmayer i nakazał radnym jednogłośnie wybrać Rylskiego. Wyboru dokonano i choć wysłano potem memoriał, aby go nie zatwierdzać, na nic się to zdało. Burmistrz tymczasem brał łapówki i często awanturował się po pijanemu. Wszystkie skargi (między innymi do odpowiedniego ministra) wracały nierozpatrzone, w prasie zaś nie chciano o tym pisać, aby nie nadszarpywać autorytetu władzy.
Mackiewicz, uczulony na takie przejawy arogancji władzy, nigdy nie dawał za wygraną. Starostę lidzkiego Czuszkiewicza krytykował za sprowadzenie do wsi Bastuny junaków z Polski centralnej, aby budowali niepotrzebną nikomu drogę. Junacy zaś, ciesząc się poparciem władz i bezkarnością, dawali się chłopom we znaki, kradnąc im ziemniaki, zabierając bezprawnie ziemię pod budowę drogi itp. Pisał o dyrektorze Komunalnej Kasy Oszczędności w Grodnie Neumannie i staroście grodzieńskim Robakiewiczu, podejrzanych o podkradanie weksli w KKO i próbę zrzucenia winy na kasjera Ramlę. Kasjer, który stanął przed sądem, oczyszczony został ze wszystkich zarzutów, ale umarł – chorował bowiem na zapalenie płuc i plewryt – na 20 dni przed końcem procesu. Ot zabili człowieka – skomentował Mackiewicz, pytając zarazem: – A co będzie dalej? – Współczesne życie powiatowego miasta pisze powieść. Ponurą.
W początkach roku 1938 bohaterem reportaży Mackiewicza stał się ponownie starosta Robakiewicz, oskarżony – tym razem w Stanisławowie – o wyłudzenie pieniędzy miejskich na cele polityczne. Mackiewicz z góry tłumaczył ten precedens następująco: Uważam, iż sam fakt pociągnięcia do odpowiedzialności Robakiewicza, starostę, nie tyle podrywa autorytet władz, ile podnosi autorytet sądu polskiego; dalej zaś zastanawiał się: […] jak nazwać rzeczywistość, która prowadziła starostę Robakiewicza przez kariery, odznaczenia, ordery, bramy triumfalne współczesnej Polski. Gdy w czasie procesu skazany on został na cztery lata więzienia, nie miał Mackiewicz wątpliwości, że stało się słusznie. To co wyrabiał starosta Robakiewicz w Grodnie – pisał – działo się również z wielką szkodą miejscowej ludności. Ale wina jest wyraźna. Jego bankiety i biesiady pochłaniały grosz publiczny. Nieodpowiedzialni ludzie na kierowniczych stanowiskach byli, zdaniem Mackiewicza, plagą Wileńszczyzny, jak i całego zresztą kraju. Przysłowiowym stał się dla niego starosta Świątkiewicz z Wysokiego Mazowieckiego. Takim samym typem człowieka był (tym razem niewymieniony z nazwiska) starosta lidzki, który w sierpniu 1938 potrącił samochodem chłopa Cieszkę i odjechał, nie udzieliwszy mu pomocy. Chłop zmarł, rodzina jego nie otrzymała żadnej zapomogi, starosta zaś starał się wywinąć od odpowiedzialności. Z początku cała sprawa nie dostała do prasy, dopiero Mackiewicz wykrył ją (po paru miesiącach) i opisał.
Publicysta zajmował się również sprawami mniej spektakularnymi, choć nie mniej ważnymi dla ludności. W czerwcu 1936 roku udał się do Wołożyna. W tamtejszej szkole (do której uczęszczały dzieci katolików, prawosławnych i Żydów) powstał zatarg między dwoma nauczycielami: uczącym od roku panem Maliszewskim z Lidy i uczącym od lat czternastu panem Głuchowskim z Wołożyna. Ten pierwszy oskarżył swego starszego kolegę o to, że wychowuje dzieci w duchu antypaństwowym. Urażony Głuchowski oddał sprawę do sądu, jego obrony zaś podjęli się dwaj znani adwokaci wileńscy (Andrejew i Jasiński). Będąc formalnie oskarżycielem [Głuchowski] faktycznie bronić się musi przed najcięższym dla obywatela państwa zarzutem – pisał Mackiewicz. Oskarżenie opierało się na tym, że Głuchowski (będący prawosławnym) wyrzucił z modlitwy po lekcjach werset: Maryjo, Królowo Korony Polskiej oraz czasami mówił w szkole do dzieci po rosyjsku. Tymczasem okazało się, że – zgodnie z przepisami – ów werset musiał być odmawiany przed lekcjami, zaś po lekcjach już nie. Głuchowski trzymał się tylko przepisów. Z drugą częścią oskarżenia rozprawił się adwokat Andrejew mówiąc, że o antypaństwowym charakterze przemówienia decyduje nie to, w jakim się języku mówi, ale co się mówi. Choć Mackiewicz był rzadko skłonny do kompromisów, tym razem jednak stwierdził: Nie widzę w całej tej sprawie winy p. Głuchowskiego, skłaniam się również, aby jej nie widzieć ze strony p. Maliszewskiego, człowieka młodego, nauczyciela od roku i politycznie być może niewyrobionego, a najlepszymi chęciami przepojonego.
Mołodeczno, dworzec kolejowy, 1916<br/>© Tomasz Wiśniewski<br/>Fot. za www.szukamypolski.com
Mołodeczno, dworzec kolejowy, 1916
© Tomasz Wiśniewski
Fot. za www.szukamypolski.com
Przy okazji skandalu wynikłego z powodu niedotrzymania przez Powiatowy Komitet Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego obietnicy poszerzenia kanału w Landwarowie, co doprowadziło do obniżenia poziomu wody w dotychczasowym kanale i postoju w pracy młockarni, tartaków i młynów położonych wzdłuż kanału, pisał Mackiewicz wprost: To jest niedopuszczalny system, który zakorzenił się u nas właśnie jako system. Na imię ma lekceważenie. Lekceważenie grosza publicznego i lekceważenie praw indywidualnego obywatela. Z lekceważeniem takim przyszło się Mackiewiczowi spotkać jeszcze niejednokrotnie. Chociażby gdy opisywał perypetie chłopa Konstantego Pawłowskiego ze wsi Okmiany koło Trocka, który oskarżony został – bez żadnych widocznych powodów – o przemyt bydła z Litwy. Urzędnikom państwowym wydało się podejrzane, że miał on zdrowego, rasowego, pięknego byka; ich zdaniem byk ten był „za ładny”. U nas takich byków nie ma! – dowodzili oskarżyciele chłopa. Bezprawnie zabrano mu zwierzę i – jeszcze przed wydaniem wyroku sądowego – powołując się na odpowiednie paragrafy, sprzedano je na licytacji. W ramach tych hieroglifów – pisał dziennikarz „Słowa” – zamknięta jest norma życiowa naszego chłopa, o uszczęśliwieniu którego ciągle się mówi.
Kolejnym przykładem lekceważenia obywateli była dla Mackiewicza prowadzona na Kresach akcja osadnicza. Narzekał on, że zwozi się na Wileńszczyznę osadników z zachodniej części kraju, dla nich rezerwuje władzę, subsydia, ulgi, kredyty, zapomogi, odsuwając tym samym (i niejako prześladując) autochtonów – i szlachtę, i chłopów. Osadnicy ci często trafiali do sądów za przestępstwa – kogoś okradali, coś defraudowali. Wpływało to na wzrost wzajemnej nieufności, podsycało konflikty. Takie osadnictwo na Kresach posiadało zdaniem Mackiewicza same minusy. Szansę na wyjście z sytuacji widział on tylko w natychmiastowym działaniu: [należałoby] może wyłonić jakąś extra komisję, czy coś w tym rodzaju, do zbadania osadnictwa i oczyścić atmosferę na gwałt. Przede wszystkim wydobyć osadników spod wpływów politycznych mafii, siejby politycznych chwastów. Jakże inaczej spoglądał na ten sam problem Melchior Wańkowicz w cyklu swoich reportaży drukowanych w „Wiadomościach Literackich” – pt. „Siejemy w Polsce B”. Mackiewicz, polemizując z nim, dowodził, że – owszem – sieją, ale… chwasty.
Buntował się Mackiewicz przeciwko sprawom wielkim i małym, buntował się przeciwko wszystkiemu, co – w jego rozumieniu – było bezsensowne i szkodliwe. Kiedy starosta wileński powołał Spółkę wodną dla regulacji Wilenki, podniósł na łamach „Słowa” larum o to, że chce się zniszczyć jeden z najpiękniejszych rezerwatów naszych pejzaży. Oburzał się faktem, że najczęściej decyzje o sprawach Wilna i regionu podejmują ludzie z miastem tym niezwiązani. Wilenka jest piękna jak rusałka z baśni, silna jak młodość – pisał. – Można na niej stawiać młyny, fabryki, wykorzystywać jej potencję wodną, ale pływać po niej nie można było nigdy. Ani tratwą, ani łodzią, ani kajakiem nawet – dowodził w dalszej części artykułu. – I otóż nagle uznano tą naszą Wilenkę za rzekę pławną […]. Rzeka w myśl odnośnych przepisów ma być uregulowana. Straci się pieniądze, a co zyska w zamian? Tylko zepsuje krajobraz. […] straty nie tylko moralne, ale i materialne z oszpecenia Wilenki nigdy nie wyrównają mglistych i nierealnych korzyści regulacji – przekonywał czytelników. Jednakże i w tej drobnej, z pozoru mało ważnej sprawie dostrzegał Mackiewicz o wiele większe i groźniejsze niebezpieczeństwo. Dał mu wyraz w następującym fragmencie: Natomiast obserwujemy u nas fatalną metodę rozplanowania pracy, opartą mniej na celowości, a bardziej na szablonie z pominięciem specyficznych właściwości kraju, jego charakteru i naturalnych potrzeb. Ileż wspólnego ma ta „fatalna metoda” ze wspomnianym wcześniej „lekceważeniem”.
« 1 3 4 5 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Na rubieżach rzeczywistości: Ten świat to jeden wielki Kant!
Marcin Knyszyński

16 XII 2018

„Czas poza czasem”, powieść wydana dwa lata po „Kosmicznych marionetkach”, jest dość podobna do swej poprzedniczki ze względu na pewne rozwiązania fabularne. Bohaterowie, uwięzieni w małym miasteczku, z którego nie sposób się wyrwać i cierpiący na coś w rodzaju amnezji, zaczynają stopniowo demaskować prawdę o rzeczywistości. O ile jednak za intrygą w Millgate („Kosmiczne marionetki”) stoją prawdziwie boskie i przewyższające nasze zrozumienie byty, tak w „Czasie poza czasem” rozwiązanie zagadki (...)

więcej »

Prezenty świąteczne 2018: Najlepsze książki pod choinkę
Esensja

15 XII 2018

Nie zapomnieliśmy o propozycjach prezentowych! Oto ponad 30 książek, które, naszym zdaniem, bardzo ładnie będą wyglądały opakowane w papier ozdobny, leżąc pod choinką. Mamy nadzieję, że każdy znajdzie coś… nie dla siebie, ale dla swoich bliskich.

więcej »

Nie przegap: Listopad 2018
Esensja

30 XI 2018

Listopad był miesiącem relacji – i recenzji – z festiwali filmowych, ale nie tylko.

więcej »

Polecamy

Ten świat to jeden wielki Kant!

Na rubieżach rzeczywistości:

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Prawda Absolutna kontra prawdy subiektywne
— Marcin Knyszyński

Gra w życie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Mrok w afrykańskim słońcu
— Sebastian Chosiński

Mrowienie w czaszce
— Sebastian Chosiński

Na polu walki… o przyszłość
— Sebastian Chosiński

Dlaczego Garfield jest gruby?
— Sebastian Chosiński

Świeżo, nowocześnie, z rozmachem
— Sebastian Chosiński

Lisbeth Bond i najgorsi możliwi Rosjanie
— Sebastian Chosiński

Usłyszcie ich krzyk!
— Sebastian Chosiński

Odbezpieczony granat
— Sebastian Chosiński

Bajko-makabreska
— Sebastian Chosiński

Wieje chłodem…
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.