Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Przy herbacie: Internet przeklęty, Internet wspaniały

Esensja.pl
Esensja.pl
Czytanie internetowych opinii nieraz grozi zawałem serca. Zapewne tym bardziej, jeśli czytającym jest pisarz, a opiniującymi – czytelnicy. Herbaciane rozważania na temat krytyki w sieci oraz tego, co mogą tam zrobić fani z autorami i odwrotnie.

Agnieszka ‘Achika’ Szady

Przy herbacie: Internet przeklęty, Internet wspaniały

Czytanie internetowych opinii nieraz grozi zawałem serca. Zapewne tym bardziej, jeśli czytającym jest pisarz, a opiniującymi – czytelnicy. Herbaciane rozważania na temat krytyki w sieci oraz tego, co mogą tam zrobić fani z autorami i odwrotnie.
„W dzisiejszych czasach krytykiem może zostać byle gówniarz” – to zdanie w różnych wariantach powtarzane jest przez wielu pisarzy i redaktorów, narzekających na wypowiedzi czytelników w sieci. „Krytykiem”, owszem, w znaczeniu osoby wyrażającej opinię o jakimś utworze – bo przecież nie krytykiem literackim, dokonującym szczegółowej oceny i interpretacji dzieła oraz zajmującym się celowym modelowaniem działalności literackiej i społecznej recepcji przez wypowiedzi podlegające ocenie dzieła i postulujące określony typ twórczości (fragment definicji słownikowej). Jednak szanse, na to że osoby takie jak Maria Janion czy Piotr Kępiński zaczną się nagle zajmować krytyką literatury fantastycznej i w dodatku w Internecie, oscylują w bliskim sąsiedztwie zera.
A może cytowane zdanie powinno brzmieć „W dzisiejszych czasach recenzentem może zostać byle… ekhm”? Jasne, że pisarz czy wydawca może czuć się zaniepokojony pojawianiem się w Internecie negatywnych wypowiedzi, bo nawet jeśli pisane są przez „przypadkowe społeczeństwo”, to kilkadziesiąt wgniatających w ziemię głosów laików może zagłuszyć jeden pochwalny głos zawodowca. To zjawisko ma także drugą stronę – internetowe społeczeństwo może wykreować na gwiazdę pisarza całkowicie przeciętnego. Ten problem jednak jakoś nikogo nie przeraża.
Pytanie, które należy sobie postawić, brzmi: czy traktowanie Internetu jako jednolitej całości ma sens?
„Przeczytałem w sieci” może wszak odnosić się zarówno do strony Ministerstwa Kultury jak i bloga różowej gimnazjalistki z kucykami. Lista dyskusyjna, forum, portal, czasopismo sieciowe – to zupełnie odmienne zjawiska, rządzące się innymi prawami. Nawet jeśli ograniczymy się tylko do miejsc poświęconych literaturze fantastycznej, to różnice potrafią być znaczne.
Gdzieś recenzenci podpisują się pseudonimami w rodzaju „Khorg555”, za korektę tekstu starcza automatyczne sprawdzanie pisowni w Wordzie, a recenzja bywa mylona ze streszczeniem. Gdzieś indziej od recenzentów oczekuje się podania imienia i nazwiska, a także argumentów na poparcie opinii wyrażonych w tekście, zaś redakcja i korekta nie odbiega poziomem od profesjonalnych „lub czasopism”. A gdzieś jeszcze indziej w ogóle nie ma recenzji w pełnym tego słowa znaczeniu, tylko wymiana opinii – jak to na forach dyskusyjnych. Tam na porządku dziennym są zarówno rozbudowane „wypracowania”, jak i lakoniczne stwierdzenia, że „Antologia »Owce i dwupłatowce« co prawda ssie na maksa, ale za to opko »Pani śmigieł« wymiata, normalnie czad”, jednak tych drugich nikt rozsądny nie potraktuje jako rzeczowej informacji o utworze. Bo czego można się z takiej wypowiedzi dowiedzieć, oprócz prostego faktu, że komuś coś się podobało lub nie? Nie ma argumentów, nie dowiadujemy się też, o czym jest rekomendowane opowiadanie – oprócz tego, że prawdopodobnie o helikopterach.
Krótko mówiąc, wrzucanie wszystkich internetowych wypowiedzi o książkach do jednego worka to jak zrównywanie ogólnopolskiego tygodnika z gazetką zakładową Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Mućkowicach Wielkich. Albo – żeby już pozostać w ramach metafor związanych z tematem – jak twierdzenie, że każda publikacja drukiem nobilituje i jest godna zainteresowania. Powieść odrzucona przez wszystkich wydawców i opublikowana przez autora własnym sumptem zwykle nie nobilituje. W skrajnych przypadkach nawet ośmiesza.
Czasami po recenzji widać, że pisał ją ktoś bez dużego doświadczenia czytelniczego. Co młodsi przyznają się nawet beztrosko, że dana książka jest pierwszą powieścią sf (historyczną, o podróży w czasie, obyczajową, horrorem, polską fantastyką i tym podobne), jaką w życiu przeczytali. Niekoniecznie obniża to jakość samej recenzji – bo wszak na każdą książkę może kiedyś trafić czytelnik nieobeznany z gatunkiem. Nie oszukujmy się jednak: chcąc znaleźć informację, co warto przeczytać, raczej nie będziemy kierować się opinią laika, który może być zachwycony nowatorskim (dla niego, a dla nas wyświechtanym) pomysłem, lub przeciwnie – nie docenić dzieła nieco bardziej wymagającego. A przecież jednym z podstawowych zadań recenzji jest informowanie ludzi, czy recenzowany utwór ma szansę im się spodobać.
Czymś zupełnie innym niż recenzje jest szeroko pojęta krytyka internetowa – tu załapie się i jednozdaniowa wypowiedź na forum dyskusyjnym, i elaborat w BiblioNetce, i recenzja w Esensji, i komentarz wpisany na fanowskim portalu pod informacją o publikacji książki. Szczególnie fora dyskusyjne są miejscami, gdzie, korzystając z rzeczywistej lub domniemanej sieciowej anonimowości, czytelnicy wypowiadają się bez ogródek. Poziom emocji rośnie zwłaszcza przy ocenianiu numerów czasopism fantastycznych – łatwiej się rozczarować tekstem, na którego dobór nie mamy wpływu („Kto ten szit w ogóle dopuścił do druku?!”) niż książką. A jeżeli w dyspucie weźmie udział autor inkryminowanego dzieła, to czasami aż monitor zaczyna dymić…
Obecność polskich twórców fantastyki w Internecie to w ogóle osobny temat. Niektórzy, jak Jarosław Grzędowicz czy Feliks W. Kres, nie udzielają się w sieci wcale, inni – jak Jacek Dukaj – mają swoje blogi lub pisują felietony na portalach, lecz nie uświadczy się ich na żadnym forum ani liście dyskusyjnej, a jeszcze inni występują rzadko lub endemicznie. Bywają jednak osoby udzielające się intensywnie (rekordzistą jest zapewne Konrad T. Lewandowski). Jedni prowadzą – najczęściej pod pseudonimami – bujne forumowe życie towarzyskie („Fajnie było w Gdyni, kiedy następne spotkanie? Mufka, masz pozdrowienia od Mitenki. A tu link do zdjęć”), inni pojawiają się tylko w wątkach dotyczących swojej twórczości, ale za to reagują na każdą uwagę. Czasem są to tylko odpowiedzi na pytania w rodzaju „Czy dobrze zgaduję, że finałowa scena ze stepującym mrówkojadem stanowi nawiązanie do filmu »Cyberkominiarz i szyber zagłady«?”, ale w niektórych przypadkach obecność pisarza przeradza się wręcz w zagłaskiwanie czytelników („Szuwaks, bardzo się cieszę, że udało Ci się wreszcie kupić moje »Dreszcze śmietankowej izolacji«, napisz koniecznie, jak Ci się podobały. A Ty, Kiwi, skończyłaś już »Bladozieloną nieskończoność«? Pamiętaj, że obiecałaś skomentować!”). Oczywiście pomijam elementy typowe dla wszystkich przypadków, czyli informowanie o premierze swojej książki, udostępnionym w sieci fragmencie, spotkaniu autorskim czy wywiadzie w mediach.
Internetowe kontakty zmieniły sytuację pisarz-odbiorca. Autorzy przestają być odległymi i mglistymi istotami, niemal nadludźmi (nie każdy ma okazję pojechać na konwent i zobaczyć, ulubionego twórcę czy nawet uścisnąć mu dłoń), stają się swojakami, kumplami, z którymi można pogadać o kotach, płytach, broni palnej i ulubionym filmie. Kumpli, jak wiadomo, często odruchowo bierze się w obronę, co grozi powstawaniem kółek wzajemnej adoracji, to zaś jest zjawiskiem wcale nie lepszym od nieposkromionej anonimowej krytyki.
A użytkownicy komentujący utwory Wielkich Sieciowych Nieobecnych zapewne często zadają sobie pytanie: czy ONI nas czytają? Co w wielu przypadkach pozostanie tajemnicą na wieki niezbadaną.
I może tak jest nawet lepiej.
koniec
18 stycznia 2009
PS. Herbata na dziś: czarna aromatyzowana z kawałkami suszonej skórki pomarańczowej. Najlepiej „Pomarańcza z Sewilli” albo „Hiszpańska mandarynka”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Pożegnania 2018 (4)
Jarosław Loretz

11 I 2019

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2018 roku. Dziś miesiące październik-grudzień.

więcej »

Pożegnania 2018 (3)
Jarosław Loretz

10 I 2019

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2018 roku. Dziś miesiące lipiec-wrzesień.

więcej »
Fot. Sławek, wikipedia.org

Pożegnania 2018 (2)
Jarosław Loretz

9 I 2019

Nadszedł czas na podsumowanie strat szeroko pojętej popkultury w 2018 roku. Dziś miesiące kwiecień-czerwiec.

więcej »

Polecamy

Ten świat to jeden wielki Kant!

Na rubieżach rzeczywistości:

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Prawda Absolutna kontra prawdy subiektywne
— Marcin Knyszyński

Gra w życie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Inspektor Ishida na tropie
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Spider-Manowie wszystkich wymiarów, łączcie się!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Nie tylko klata
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Kadr, który…: Nerd w świecie fantasy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Kadr, który…: Minki dziewczynki i twarze gliniarzy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Oklejeni plasterkami
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Kadr, który…: Dłonie i łapki
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Rąbek u spódnicy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Cyniczny, bezczelny i… ulubiony
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Niuchacz, czarownica i stary Kredens
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.