Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

David Weber, John Ringo
‹Marsz w głąb lądu›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMarsz w głąb lądu
Tytuł oryginalnyMarch Upcountry
Data wydaniamaj 2002
Autorzy
Wydawca ISA
CyklImperium Człowieka
ISBN83-88916-31-9
Format512s. 115×175mm
Cena25,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 26,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Idzie ku lepszemu
[David Weber, John Ringo „Marsz w głąb lądu” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Absolutnie nie zamierzam doszukiwać się w "Marszu w głąb lądu" jakichkolwiek ważkich podtekstów, bo byłoby to zadanie zupełnie jałowe. Mamy tu do czynienia z książką czysto rozrywkową. A przy tym grubą, wciągającą i niegłupią. Nie znajdziecie w niej niczego poza dobrą zabawą i niezłymi odzywkami. Bawiła mnie doskonale nawet podczas ponownej lektury. Polecam.

Grzegorz Wiśniewski

Idzie ku lepszemu
[David Weber, John Ringo „Marsz w głąb lądu” - recenzja]

Absolutnie nie zamierzam doszukiwać się w "Marszu w głąb lądu" jakichkolwiek ważkich podtekstów, bo byłoby to zadanie zupełnie jałowe. Mamy tu do czynienia z książką czysto rozrywkową. A przy tym grubą, wciągającą i niegłupią. Nie znajdziecie w niej niczego poza dobrą zabawą i niezłymi odzywkami. Bawiła mnie doskonale nawet podczas ponownej lektury. Polecam.

David Weber, John Ringo
‹Marsz w głąb lądu›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMarsz w głąb lądu
Tytuł oryginalnyMarch Upcountry
Data wydaniamaj 2002
Autorzy
Wydawca ISA
CyklImperium Człowieka
ISBN83-88916-31-9
Format512s. 115×175mm
Cena25,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 26,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Minęło całkiem sporo czasu od chwili, gdy ostatni raz pisałem na tych łamach o porządnej space operze (a było to - bagatela - w piątym numerze Framzety). Tak niestety się jakoś złożyło, że od dawna żadna książka tego gatunku nie wpadła mi w ręce. Być może dlatego, iż stosunkowo lekka i rozrywkowa lektura nie jest u nas jakoś szczególnie popularna. Ba - pole semantyczne określenia "stosunkowo lekka i rozrywkowa" w masowej świadomości wydaje się u nas plasować dziwacznie blisko określeń typu "niezdrowy", "niemoralny" czy "tuczący". Trudno znaleźć bezstronnego przedstawiciela mediów, który zapytany o literaturę rozrywkową nie wykrzywi się z niesmakiem czy nie zatchnie wyższością, proponując w zamian utwory jakiegoś laureata krajowej (oczywiście prestiżowej) nagrody literackiej albo zagranicznego pisarza-eksperymentatora.
A przecież stosunkowo lekką i rozrywkową opowieść wcale nie jest tak łatwo napisać. Konstrukcja fabularna musi być prosta, co nie znaczy prostacka. Wiele zależy od elegancji wykończenia, od stylu dialogów, od wykorzystanych motywów fabularnych. Na naszym rynku przekonało się o tym kilku głównonurtowych pisarzy, którzy zachęceni sukcesem Andrzeja Sapkowskiego poszli w komercję. Zapewne niewielu z czytających te słowa słyszało cokolwiek w tej kwestii - i to właśnie jest miarą ich powodzenia. Literatura rozrywkowa z pewnością jest prosta w odbiorze, ale czy przez to łatwa do stworzenia?
Dla mnie królową książkowej rozrywki fantastycznej od dawna jest space opera. Czytuję wiele różnych gatunków literatury, jednak proste parawesternowe schematy w połączeniu z eklektycznymi panoramami kosmosu bawią mnie bodaj najbardziej. I dokładnie tego właśnie dostarczyli mi David Weber oraz John Ringo w książce "Marsz w głąb lądu", pierwszym tomie trylogii rozgrywającej się na obrzeżach Imperium Człowieka.
David Weber znany jest w Polsce od dawna, przede wszystkim jako autor popularnej (choć koszmarnie przetłumaczonej) serii o Honor Harrington. Ten militarny cykl o prowadzonej z rozmachem i osadzonej w kosmosie akcji potwierdza łatwość, z jaką ten autor porusza się w klimatach spaceoperowych z silnym wojskowym akcentem. Współautor, John Ringo - sądząc po notce wewnątrz książki naprawdę barwna postać - jako były doświadczony żołnierz zawodowy pomógł ten militarny aspekt jeszcze pogłębić. W rezultacie w ręce czytelnika trafia zgrabna, poprowadzona z rozmachem i zręcznie przybrana pararealizmem przygodowo-wojskowa space opera o dość ofensywnym tytule "Marsz w głąb lądu".
Główny bohater, Roger Ramius Sergei Chiang MacClintock, to następca tronu Imperium Człowieka, niekwestionowanej potęgi kosmicznej, która obok dobrobytu wyhodowała sobie także pokaźny zastęp wrogów. Obowiązki dynastyczne - oraz jego matka, cesarzowa - zmuszają Rogera do podróży na planetę Leviathan, niedorozwinięty świat leżący całkowicie na uboczu, a do tego bez przerwy skąpany w odorze nierafinowanego oleju zapachowego. Książę Roger jest bardzo niezadowolony z polecenia, a nastroju bynajmniej nie poprawia mu akt sabotażu, jaki ma miejsce podczas lotu na Leviathana. Statek księcia ze zniszczonym napędem trafia do wrogiego układu planetarnego. Jedyną szansą na powrót do domu jest wykorzystanie nieprzyjacielskiego portu, wykrytego na jedynej nadającej się do zamieszkania planecie Marduk. Lądowanie musi jednak odbyć się po przeciwnej stronie Marduka, aby uniknąć wykrycia i pewnego zniszczenia. Następnie trzeba tylko pokonać kilkanaście tysięcy kilometrów dzikich terenów, zamieszkanych przez liczne i agresywne plemiona tubylców i - voila - można spróbować przejąć statek wroga. Zadania tego musi dokonać kompania cesarskich Marines obrana, ze względu na okoliczności obiektywne, z większości ciężkiego sprzętu. Można sobie wyobrazić jak bardzo palą się do tego zadania - tym bardziej, że książę Roger dał się poznać jako stuprocentowy bubek.
Widać, że obaj autorzy znają się na swojej robocie. Jeden snuje zgrabną, chociaż niespecjalnie oryginalną historię, podczas gdy drugi nasyca tekst mnóstwem zręcznych i zabawnych dialogów, które faktycznie brzmią jak pogaduchy wojskowych. Zadbano o szczegóły techniczne i ich odpowiednią oprawę w tekście. Dla tekstów o odcieniu militarnym charakterystyczna jest pewna fascynacja techniką i związanymi z nią rozmaitymi drobiazgami. U Webera i Ringo jest tego całkiem sporo, ale wszystko zgrabnie przedstawione i nie obraża inteligencji czytelnika - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie ma w "Marszu..." miejsca na bezawaryjną przyszłościową superbroń, nie wymagającą zasilania i amunicji. Owszem, w militarnych starciach w jakie książka obfituje, broń bohaterów bezdyskusyjnie góruje nad pararenesansową techniką tubylców - nie sprawia to jednak, że bitwy wygrywają się same. Albo że nikt nie ginie.
W interesujący sposób naszkicowana jest też sama planeta Marduk, jej mieszkańcy i biologia. Nie jest to oczywiście dokonanie na miarę tuzów fantastyki naukowej, niemniej ten aspekt odrobiono bardzo uczciwie. Z początku nieco prezentacja całej tej wiedzy jest nieco nużąca, ale z czasem wszystko układa się w spójną całość. Mardukanie, nazywani przez ziemian szumowiniakami, formują rozsądną klanowo-plemienną strukturę społeczną. Mają własne wierzenia i knują własne plany, nie dając się zepchnąć do roli wypełniacza w powieści przygodowej. Odniosłem wrażenie, że środowisko w którym żyją nawiązuje w pewien sposób do scenerii wojny w Wietnamie, ale to nawiązanie udane. Niespecjalnie czuje się banalność konstrukcji świata przedstawionego, a to duża zaleta w powieści napisanej wyraźnie dla rozrywki.
Książka w klimacie przypomina mi nieco Czarną Kompanię Glena Cooka - chociaż jest od niej sporo lżejsza, zwłaszcza nastrojem. Grupa głównych bohaterów jest celnie charakteryzowa poprzez dialogi, a z czasem uwaga autorów skupia się na coraz to nowych postaciach. Obserwujemy rozterki kapitana Pahnera i to jak pod wpływem czynników dotąd nieznanych następcy tronu zmienia się postępowanie Rogera. Poznajemy może niespecjalnie obcych, ale ciekawie obmyślonych Mardukan, którzy realizują swoje własne cele i kiedy trzeba, twardo przeciwstawiają się każdemu przeciwnikowi. Podobieństwo do Czarnej Kompanii jest tym wyraźniejsze, że nie mamy tutaj do czynienia z liczną niezwyciężoną armią, ale z grupą, która równie chętnie osiąga swój cel środkami niebezpośrednio brutalnymi czy też korzysta z paru dobrych rad wujka Machiavellego.
Podsumowując - wydaje mi się, że rynek rozrywkowej książki sf od pewnego czasu przeżywa u nas może nie tyle regres, co porę obniżonej aktywności. Cała rozrywkowa para od paru chyba lat idzie wydawcom w fantasy, co miłośników starej poczciwej sf ustawiło na nienajlepszej pozycji. Od czasu do czasu pojawiały się propozycje wyłamujące się z tego schematu, jednak jak na mój gust stanowczo za rzadko. Mam nadzieję, że "Marsz w głąb lądu" z ISA - które to wydawnictwo dotąd wydawało głównie fantasy - jest pierwszym znakiem, że wszystko idzie ku lepszemu. Być może wkrótce zobaczymy na rynku więcej czysto rozrywkowej literatury sf. Oby.
Zatem jeszcze raz - absolutnie nie zamierzam doszukiwać się w "Marszu w głąb lądu" jakichkolwiek ważkich podtekstów, bo byłoby to zadanie zupełnie jałowe. Mamy tu do czynienia z książką czysto rozrywkową. A przy tym grubą, wciągającą i niegłupią. Nie znajdziecie w niej niczego poza dobrą zabawą i niezłymi odzywkami. Bawiła mnie doskonale nawet podczas ponownej lektury. Polecam.
koniec
1 czerwca 2002

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Mały wielki krok
Joanna Kapica-Curzytek

22 X 2019

Wznowiony po blisko pięćdziesięciu latach eseistyczny reportaż „Na podbój Księżyca” nie postarzał się ani trochę. Co więcej, wspaniale inspiruje także do refleksji o naszych czasach.

więcej »

Rower to… wszystko
Joanna Kapica-Curzytek

21 X 2019

„Wyścig. Autobiografia” ujawnia cały sens sportu: pościg za sukcesami, radość zwycięstwa i gorycz porażek. Nasz najsłynniejszy kolarz dzieli się swoim bogatym doświadczeniem i przeżyciami sportowca, sam tocząc obecnie walkę w swoim życiu najważniejszą: o powrót do zdrowia.

więcej »

Gdy zmienił im się świat
Joanna Kapica-Curzytek

18 X 2019

Joanna Kapica-Curzytek pisze krótko o „Uziemionych” autorstwa aż siedmiorga autorów.

więcej »

Polecamy

Koszmarna teofania

Na rubieżach rzeczywistości:

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Angielscy łucznicy kontra obcy
— Beatrycze Nowicka

Kosmiczne nudy
— Michał Foerster

W razie wątpliwości – strzelać
— Michał Kubalski

Tam jest rozrywka
— Eryk Remiezowicz

O jedną planetę za daleko
— Janusz A. Urbanowicz

Krótko o książkach: Marzec 2002
— Magda Fabrykowska, Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Eryk Remiezowicz

Odpowiedź jest oczywista
— Magda Fabrykowska

Krótko o książkach: Listopad 2001
— Wojciech Gołąbowski, Jarosław Loretz, Joanna Słupek

Obszernie o niczym
— Jarosław Loretz

Bóg, Honor i Ojczyzna
— Magda Fabrykowska

Tegoż autora

Czarne chmury a la Lucas
— Grzegorz Wiśniewski

Konwent jak się patrzy
— Grzegorz Wiśniewski

Klonowanie wyobraźni
— Grzegorz Wiśniewski

Przełom-off?
— Grzegorz Wiśniewski

Komiks 2001 w Polsce – dyskusja
— Artur Długosz, Marcin Herman, Paweł Nurzyński, Marcin Osuch, Grzegorz Wiśniewski

Konwent jak Konwent 20(0)01
— Grzegorz Wiśniewski

No Spirit Within
— Grzegorz Wiśniewski

Byłe imperium od kuchni
— Grzegorz Wiśniewski

Jak ubić debiutanta
— Grzegorz Wiśniewski

Smok najlepszym przyjacielem człowieka
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.