Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Robert Jordan
‹Ścieżka sztyletów›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚcieżka sztyletów
Tytuł oryginalnyPath of Daggers
Data wydaniawrzesień 2001
Autor
PrzekładKatarzyna Karłowska
Wydawca Zysk i S-ka
CyklKoło Czasu
ISBN83-7150-886-7
Format736s. 115×183mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Raz do Koła: Jak pisać, żeby nie napisać
[Robert Jordan „Ścieżka sztyletów”, Robert Jordan „Dech Zimy” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Ścieżka sztyletów” i „Dech Zimy” Roberta Jordana pod względem konstrukcji i charakteru są bardziej podobne do tomów je poprzedzających, niż do początku cyklu, co przede wszystkim oznacza zniechęcające dłużyzny.

Beatrycze Nowicka

Raz do Koła: Jak pisać, żeby nie napisać
[Robert Jordan „Ścieżka sztyletów”, Robert Jordan „Dech Zimy” - recenzja]

„Ścieżka sztyletów” i „Dech Zimy” Roberta Jordana pod względem konstrukcji i charakteru są bardziej podobne do tomów je poprzedzających, niż do początku cyklu, co przede wszystkim oznacza zniechęcające dłużyzny.

Robert Jordan
‹Ścieżka sztyletów›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚcieżka sztyletów
Tytuł oryginalnyPath of Daggers
Data wydaniawrzesień 2001
Autor
PrzekładKatarzyna Karłowska
Wydawca Zysk i S-ka
CyklKoło Czasu
ISBN83-7150-886-7
Format736s. 115×183mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Niestety, ósmemu i dziewiątemu tomowi „Koła Czasu” można wytoczyć te same zarzuty, co dwóm poprzednim częściom. Jordanowi najwyraźniej spodobał się wypracowany poprzednio sposób narracji. Niewątpliwie pozwolił on autorowi zaplanowaną fabułę przedstawić w imponującej liczbie tomów (co zapewne wiązało się z adekwatnym zarobkiem), jednak poboczne wątki ciągnące się przez kilka kolejnych części a składające się z rozpisywanych na setki stron scen, w czasie których bohaterowie jadą, konwersują i rozmyślają, potrafią zniechęcić nawet najwytrwalszego czytelnika. Być może zadecydowała nie tylko kwestia finansowa – zasada wzrastającej entropii odnosi się także do wielu rozwijających się fabuł, czy to książkowych cykli, czy kampanii RPG. Schemat jest ten sam – „szkielet” głównych wydarzeń rozluźnia się, bohaterowie coraz więcej czasu spędzają na „przebywaniu w świecie” a nie działaniu w nim, często się rozdzielają, co prowadzi do mnożenia rozłącznych wątków pobocznych a wszystko to dzieje się kosztem dramatyzmu całej historii.
„Ścieżka sztyletów” rozpoczyna się dwoma zgrabnymi cytatami, które każą sądzić, iż tematem tomu będą intrygi, spiski i polityka. Szkoda, że okazują się być zapowiedzią zdecydowanie na wyrost. Prolog przypomina rozpoczęcia poprzednich części, niestety Jordan przyzwyczaił mnie już do tego, że z przedstawionych tu scenek niewiele wynika, albo wydarzenia mają swój finał dopiero kilka tomów dalej, przez co ulatnia się wszelkie napięcie wywołane sugerowanymi niebezpieczeństwami. Jedynie króciutki fragment, w którym jeden z Przeklętych rozmyśla nad zasadami starożytnej gry wnosi coś do wątku ostatecznej rozprawy z siłami zła.
Po prologu uwaga narratora koncentruje się na Elayne opuszczającej Ebou Dar i wyruszającej do swojego rodzinnego państwa – Andoru, by tam zgłosić pretensje do tronu. W praktyce oznacza to sto trzydzieści stron opisu handryczących się kobiet z niewielką przerwą na dokonanie istotnego czynu oraz głupi postępek samej Elayne. Szczęśliwie potem akcja przenosi się do obozu Perrina, który teoretycznie przygotowuje się do rozmów dyplomatycznych. Tempo akcji nadal jest ślimacze, ale przynajmniej mniej tu kobiet (choć z tymi, które tam są, przeprawa także nie jest łatwa). Później na chwilę pojawiają się Przeklęci, Rand i dłuższy fragment poświęcony Egwene zdążającej w stronę Tar Valon. Tak to się przeplata jeszcze kilkakrotnie, na koniec zaś tradycyjnie ma miejsce kilka istotnych wydarzeń związanych z Randem.
Spotkałam się z opinią, że „Koło Czasu” to lektura dla trzynastolatka. Wydało mi się to wtedy zbyt ostrym stwierdzeniem, jednak im dalej w cykl, tym bardziej jestem skłonna się z tym zgodzić. Wiele postaci zachowuje się doprawdy infantylnie – choćby rządząca w Tar Valon Elaida. Zresztą, inne Aes Sedai jej nie ustępują. Z tomu na tom jest ich coraz więcej, jednocześnie urok całego pomysłu – władających mocą sióstr – znika. Pierwsze pojawiające się na kartach cyklu czarodziejki robiły wrażenie właśnie dlatego, że było ich mało i autor starał się, by otaczała je aura tajemniczości. Przy bliższym poznaniu Aes Sedai okazują się gromadą wiecznie niezadowolonych kobiet z przerostem ego, których ulubionym zajęciem jest wydawanie poleceń, ustalanie porządku dziobania i strojenie fochów. W podobny sposób kreślone są także często inne bohaterki. Na początku „Ścieżki sztyletów”, gdy wraz z Elayne wędrują trzy grupy kobiet posługujących się mocą, kłócąc się po drodze nieustannie, ma się wrażenie czytania o gromadce dzieci z przedszkola.
Zresztą, w wielu innych miejscach podobnie wyglądają interakcje pomiędzy postaciami. U Jordana mało który bohater rozmawia z drugim, jak równy z równym i jest skłonny do kompromisu. Zamiast tego w większości przypadków jedna strona naciera tak długo, aż wymusi coś na drugiej. Do znaczniejszych od siebie podchodzi się z służalczością lub przymilnie, mniej ważnych przegania się po kątach. Nawet rozmowy przyjaciół często prowadzone są z obawą aby tej drugiej osoby nie rozzłościć. Jakby mało było werbalnych nacisków, na porządku dziennym jest stosowanie przemocy, której ulubionym rodzajem jest chłosta1) oraz tłuczenie oponenta po gębie2). Także Rand nie odbiega od tego schematu. Szczególnie dziwi sposób, w jaki traktuje Asha’manów. Idiotycznym wydaje mi się stworzenie elitarnej jednostki bojowych magów, następnie zaś nieustanne obrażanie jej członków i traktowanie ich wrogo. Który dowódca postępuje tak ze swoim najważniejszym oddziałem wojska? Albo dla odmiany „dyplomacja” w postaci umów z Ludem Morza – zwłaszcza układu zawartego przez Elayne. Dostawszy, co chciała, dziewczyna szuka sposobu, by nie wywiązać się ze swoich obietnic i pozbyć kłopotu. I znowu dziwi, czemu przedstawiciele wyżej wspomnianej nacji będąc notorycznie spławiani tudzież pomiatani nie spakują manatków i nie wrócą do siebie. Wszystko to składa się na pogłębiające się poczucie niewiarygodności psychologicznej bohaterów.

Robert Jordan
‹Dech Zimy›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDech Zimy
Tytuł oryginalnyWinter’s Heart
Data wydania17 grudnia 2003
Autor
PrzekładKatarzyna Karłowska, Jan Karłowski
Wydawca Zysk i S-ka
CyklKoło Czasu
ISBN83-7298-341-0
Format756s. 115x183mm
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dodajmy do tego fakt, iż przez karty książki przewalają się wręcz tabuny postaci. Większość z nich pojawia się jedynie na chwilę – owszem, Jordan skrupulatnie opisuje ich wygląd zewnętrzny, lecz na tym poprzestaje. W umyśle czytelnika zlewają się oni w jednolitą masę. Ponadto, ta mnogość jest złudna – tak naprawdę autor stosuje kilka powielanych wzorców jak np. starsze kobiety, których wszyscy dookoła się boją.
Na jednym z anglojęzycznych blogów ktoś napisał, że główną zaletę „Ścieżki sztyletów” stanowi fakt, iż jest ona krótsza niż tomy poprzednie. W zasadzie to jedyna różnica. „Dech Zimy” również nie wnosi tutaj niczego nowego.
Także otwiera go cytat, który zapewne miał być mroczny i klimatyczny (choć jak dla mnie brzmi dosyć pretensjonalnie). Tyle że w samej książce akcja nie bardzo posuwa się w stronę wieszczonej w nim rzekomo zbliżającej się wielkimi krokami Ostatniej Bitwy. Po długim prologu ponownie następuje kilka przeplatających się wątków. Perrin, dowiedziawszy się o porwaniu żony, wścieka się i cierpi, Elayne przebywa w królewskim pałacu w Caemlyn, ubiegając się o koronę (należałoby jednak zauważyć, że przez większą część czasu narzeka i sprzecza się ze swoją Strażniczką), Rand na chwilę również zagląda do stolicy Andoru a potem wyrusza w pościg za zbiegłymi Asha’manami, w ślad za nim zaś udaje się grupka Aes Sedai. Poza tym Jordan przypomniał sobie o Macie – ten usiłuje wyjechać z Ebou Dar. Zresztą, czasownik „usiłować” doskonale opisuje działania większości bohaterów. Jakimikolwiek poważniejszymi skutkami owych starań może się, jak zwykle, poszczycić tylko Rand.
Z poruszanych w „Tchu Zimy” wątków najbardziej kuriozalny wydał mi się miłosny. Oto bowiem trzy kobiety zakochane w Randzie… świetnie się ze sobą dogadują, lubią się, są przekonane, iż obiekt ich westchnień kocha je po równo i wreszcie są skłonne podzielić się mężczyzną. Gwoli wyjaśnienia – wszystkie zakochały się, bo tak im przepowiedziano. Jordan nie zadał sobie trudu, by przedstawić rozwój tych uczuć, czy choćby sensowne źródło3). Dziewczyny uważają Randa za przystojnego, żałują go i to by było na tyle. Po prostu, zobaczyły i pokochały. A gdy już znajdą się z ukochanym sam na sam wszelkie kwestie sporne za wyjątkiem narzekania, iż ów o siebie nie dba, idą w odstawkę. Nic tylko bohaterowi zazdrościć tego mini haremu pięknych i chętnych kobiet. Choć jeśli o kuriozalności mowa, losy Mata w pałacu Tarasin budzą chwilami jeszcze większą frustrację4).
Przy końcu powieści robi się nieco ciekawiej, szkoda tylko, że dla odmiany wtedy wszystko opisywane jest dosyć skrótowo – przynajmniej w porównaniu z poprzednimi wydarzeniami. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w „Kole czasu” wydarzenia naprawdę doniosłe dla losów przedstawionego w powieści świata częstokroć zajmują mniej miejsca niż kolejny opis narady Aes Sedai, czy obozowej krzątaniny.
Początek „Koła Czasu” miał w sobie pewną baśniowość, co pozwalało do pewnego stopnia przymknąć oko na rozmaite kwestie kłócące się ze zdrowym rozsądkiem. Im dalej jednak, tym bardziej rzucają się one w oczy. Niby Jordan pamięta, że armia wymaga aprowizacji, ale jednocześnie opisuje wyprawy wielotysięcznych grup ludzi, którzy w środku zimy nie mają nadmiernych problemów z zaopatrzeniem, nawet, jeśli zatrzymują się na dłużej w jednym miejscu. Od czasu do czasu wspomniane zostaje, że jedzenia ogólnie jest w bród… choć przecież latem i jesienią panowała susza, wywołana zesłaną przez Czarnego falą upałów a rozliczne konflikty i niepokoje społeczne doprowadziły wielu ludzi do porzucenia swoich domostw. Albo inny przykład – trzy bohaterki trafiają do niewoli, gdzie najpierw każe się im cały dzień biec nago (syndrom Ziemiańskiego?) na mrozie a autor poprzestaje na napisaniu, że było im zimno.
Zamiast sprawić, by czytelnik z każdą następną książką zagłębiał się w świecie, Jordan wywołuje zgoła odmienne wrażenie – że ów świat wymknął się spod kontroli i rozsypał. Oczekiwałabym też raczej, iż w miarę zbliżania się ostatecznej konfrontacji z Czarnym, powieści będą coraz bardziej ponure, poważne, zaś atmosfera zagrożenia zgęstnieje. Tymczasem wraz z kolejnymi tomami dzieje się dokładnie odwrotnie – przeczucie zbliżającej się katastrofy niknie gdzieś pomiędzy opisami kolejnych spotkań, herbatek, audiencji i temu podobnych. Żałuję, że cykl rozwinął się w ten sposób.
koniec
15 maja 2011
PS. Niestety, tak jak i do tej pory, korekta pozostawia sobie bardzo wiele do życzenia, nierzadko zdarza się po kilka błędów na jednej stronie.

1) Nieustająco mnie zadziwia zwłaszcza nagminne używanie jej w charakterze kary dla dorosłych, wolnych ludzi.
2) To ostatnie pojawia się nader często. Bicie po twarzy jest generalnie sposobem na wszystko – dziwi już to, że stosuje się je, by wyrazić złość, choć także niezadowolenie i dezaprobatę, ale zdarza się, iż policzek na dzień dobry jest… sposobem nauczenia drugiej strony dobrych manier. Poza tym – jak czytelnik ma po tym wszystkim uwierzyć, że główni bohaterowie uratują świat, skoro dają się regularnie bić swoim towarzyszkom po gębie? A co, jeśli Czarny też jet kobietą? W końcu epicentrum jego mocy jest, było nie było, Szczelina Zagłady…
3) To zresztą dotyczy także kilku innych przedstawianych w książkach związków. Jeszcze w miarę przekonywająco wygląda relacja Nynaeve i Lana (choć generalnie autor mało o nich pisze) oraz Perrina i Faile.
4) Stanowią one znakomity przykład tego, jak można stworzyć przyzwoicie się zapowiadającego bohatera a potem całkowicie go ośmieszyć.

Komentarze

« 1 2
18 V 2011   16:18:06

Ja również próbowałem ugryźć pierwszy tom MP i także odpadłem, notabene, również po sześćdziesięciu stronach. :) Swoje wrażenia spisałem nawet na blogu, więc jeśli kogoś interesuje, to:
http://my.opera.com/Borys/blog/niewyslowione-okrucienstwo-panisa
Ogólnie rzecz biorąc zgadzam się z Beatrycze -- styl Goodkinda jest jeszcze gorszy niż styl Jordana (przynajmniej jeśli porównamy pierwsze tomy). Niby u Goodkinda więcej erotyki, ale wypada ona bardziej infantylnie niż erotycznie, a to ze względu na zachowania i reakcje postaci, które ciągle popłakują. :) No i nie zapominajmy o imieniu głównego badguya -- Panis. :D

18 V 2011   20:11:06

Akurat mogę coś tutaj powiedzieć z perspektywy trzech tomów - faktycznie, w I jest jak mówicie, bohaterowie infantylni, popłakujący itp. Ale już w drugim tomie się to zmienia, styl nieco bardziej wyrobiony, a i bohaterowie już nie beczą na każdym kroku. W trzecim jest znowu odrobinkę lepiej, więc zakładam, że poprawa się przeniesie na kolejne tomy.
Jordana nie czytałem (4 tomy stoją na półce i czekają, aż mi przyjdzie na nie ochota), więc nie mogę porównywać, ale Goodkinda generalnie trawię. Nie należę do żadnej z grup, o których wspomniała Beatrycze - ani nie odrzucam tej serii, ale też nie jestem jakoś fanatycznie nastawiony. Po prostu czytam i na razie jest w porządku :)
A co myślcie o Williamsie i "Pamięci, Smutku i Cierniu"? Lepsze niż Jordan?

18 V 2011   20:12:32

A, a ten Panis to nie główny badguy, tylko jego dziadek :) Główny to Rahl Posępny. A i tak badguyem jest tylko w 1 i częściwo 2 tomie. Potem jest już Jagang.

19 V 2011   13:34:00

@Borys

Hehe, przeczytałam sobie wpis na blogu. Zgodzę się. Mnie też bohaterowie nie porwali (swoją drogą zauważyłam pewną prawidłowość - w wielu książkach właśnie ten główny bohater jest najbardziej mdły, zaś drugoplanowi lepsi), choć zarówno maja matka, jak i przyjaciel zachwycają się nimi bardzo.

O scenach seksu żadne mi nie wspominało - poza jedną - uwaga spoiler - w którymś z tomów nasza dzielna para, by otworzyć świątynię musi przespać się ale nie ze sobą tylko z drugą parą na krzyż. No i po długich a ciężkich rozmyślaniach decydują się poświęcić, ale ostatecznie i tak lądują w łóżkach, jak należy tj. R z K. ale że jest ciemno to się nie rozpoznają... Pozostawię ten pomysł bez dalszych komentarzy.

Co do przemocy to moja matka twierdziła, że stanowczo za często pojawia się zdanie o wypadających z brzucha wnętrznościach, a mój kumpel stwierdził, iż może książki lubi, ale autora wolałby nie spotkać :P

@Jaxx

"Pamięć, Smutek i Cierń" czeka na lekturę. Mój chłopak zaczął czytać i nie był zachwycony - a jechaliśmy akurat na ślub mojej kuzynki, 7h w pociągu - po kilkudziesięciu stronach stwierdził, że to jest tak nudne, iż woli czytać "Analizę układów dynamicznych" (po prawdzie analiza wylądowała z powrotem w plecaku szybciej niż Williams).

22 V 2011   13:35:27

Beatrycze!
Mamy podobny gust, sądząc po tym co piszesz o Jordanie (padłem gdzieś w połowie Tchu Zimy, marząc o zamordowaniu tych idiotek i idiotów) i Goodkindzie (po prawdzie byłem dzielniejszy i wymiękłem około strony 180ej I tomu, choć przestrogą była już wybitnie infantylna mapa) więc polecam Eriksona - wcale nie jest aż tak ponury. Jest tam dużo humoru. Możesz nawet zacząć, na próbę, od wybitnie humorystycznego tomu V: Przypływy Nocy, który można traktować jako "stand alone". Tehol Beddict i Bugg posyłają w niebyt całą konkurencję fantasy (no dobra - prócz Pratchetta) w kategorii dowcipu. Tu uwaga: I tom: Ogrody Księżyca uważam za najsłabszy (75% esensjowego ekstraktu), ale już dwa następne (Bramy Domu Umarłych i Wspomnienie lodu) są GENIALNE!
Potwierdzam dobre recenzje „Mistborn” Sandersona i w związku z tym, a także dzięki opinii Grocha spróbuję jednak dokończyć Jordana. Oko Świata uważam za najbardziej "spieprzony" (mimo wielkiego potencjału świata) cykl w historii fantasy.

26 VI 2011   15:53:24

"Pamięć, Smutek i Cierń" jest świetny, jedyny cykl fantasy (obok Tolkiena), który nie odrzucił mnie po ponownym czytaniu w dojrzałym wieku.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wszyscy jesteśmy neandertalczykami (w jakichś dwóch procentach)
Miłosz Cybowski

18 X 2021

Do popularyzacji nauki niezbędne są dwie rzeczy: dogłębna znajomość tematu oraz umiejętność przystępnego pisania o nim. O ile tego pierwszego Rebecce Wragg Sykes nie sposób odmówić, to już w drugiej kwestii „Krewniacy” pozostawiają nieco do życzenia.

więcej »

Człowiek
Joanna Kapica-Curzytek

17 X 2021

Czy wydarzenia rozgrywające się w XII wieku mogą obudzić zainteresowanie nas, współczesnych czytelników? Po lekturze „Czerwonych tarcz” nie brakuje refleksji dotyczących naszych czasów, a także mechanizmów władzy i politycznych układów.

więcej »

Mała Esensja: Gwiazdy i piwo
Marcin Mroziuk

16 X 2021

W „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem” Anna Czerwińska-Rydel nie tylko w przystępny sposób przybliża młodym czytelnikom postać gdańskiego uczonego, ale również pozwala im poznać podstawowe informacje z zakresu astronomii. Lekturę dzieciom uprzyjemniają też znakomite ilustracje Asi Gwis.

więcej »

Polecamy

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!

Stulecie Stanisława Lema:

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Męczmy się więc
— Eryk Remiezowicz

Z tego cyklu

Daleko jeszcze?
— Beatrycze Nowicka

Całkiem elegancki splot Ducha
— Beatrycze Nowicka

Koło toczy się dalej
— Beatrycze Nowicka

Historia niedokończona
— Beatrycze Nowicka

Nad rozlewiskiem fabuły
— Beatrycze Nowicka

Bez fajerwerków
— Beatrycze Nowicka

Dwuznaczny mesjasz
— Beatrycze Nowicka

Opowieść czas zacząć
— Beatrycze Nowicka

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: Droga wojownika
— Miłosz Cybowski

Tegoż autora

Jawnobójstwo deklinacji
— Beatrycze Nowicka

Górska kraina deszczu, niepowodzeń, sępów i złych kobiet
— Beatrycze Nowicka

Jest piękny i ma wspaniałe mięśnie
— Beatrycze Nowicka

Gdzie uczciwość to grzech śmiertelny
— Beatrycze Nowicka

Mała Esensja: Lot dywanem do czasów dzieciństwa
— Beatrycze Nowicka

Jak to u nas w wiosce było…
— Beatrycze Nowicka

Razem na złe i na jeszcze gorsze
— Beatrycze Nowicka

Sentymenty
— Beatrycze Nowicka

Bajka o księżniczce i łotrzyku
— Beatrycze Nowicka

Z wizytą w mieście dżinnów
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.