Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 2 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Marek Krajewski
‹Liczby Charona›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLiczby Charona
Data wydania16 maja 2011
Autor
Wydawca Znak
CyklEdward Popielski
ISBN978-83-240-1611-2
Format248s. 144×205mm
Cena32,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Najlepszy „pies” to… napalony „pies”
[Marek Krajewski „Liczby Charona” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Opisana w „Liczbach Charona” trzecia odsłona makabryczno-perwersyjnych kryminalnych perypetii komisarza lwowskiej policji Edwarda Popielskiego prezentuje się nieco ciekawiej, niż przedstawiony w „Eryniach” pościg za zwyrodniałym zabójcą zwanym Herodem. A to oznacza tyle, że po chwilowej zapaści Marek Krajewski wraca – miejmy nadzieję, że już na stałe – do swojej poprzedniej formy. Z czasów gdy jego sztandarowym bohaterem był Eberhard Mock.

Sebastian Chosiński

Najlepszy „pies” to… napalony „pies”
[Marek Krajewski „Liczby Charona” - recenzja]

Opisana w „Liczbach Charona” trzecia odsłona makabryczno-perwersyjnych kryminalnych perypetii komisarza lwowskiej policji Edwarda Popielskiego prezentuje się nieco ciekawiej, niż przedstawiony w „Eryniach” pościg za zwyrodniałym zabójcą zwanym Herodem. A to oznacza tyle, że po chwilowej zapaści Marek Krajewski wraca – miejmy nadzieję, że już na stałe – do swojej poprzedniej formy. Z czasów gdy jego sztandarowym bohaterem był Eberhard Mock.

Marek Krajewski
‹Liczby Charona›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLiczby Charona
Data wydania16 maja 2011
Autor
Wydawca Znak
CyklEdward Popielski
ISBN978-83-240-1611-2
Format248s. 144×205mm
Cena32,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Tworząc cykl kryminałów poświęconych komisarzowi Eberhardowi Mockowi („Koniec świata w Breslau”, 2003; „Widma w mieście Breslau”, 2005; „Festung Breslau”, 2006; „Dżuma w Breslau”, 2007; „Głowa Minotaura”, 2009), Marek Krajewski przyzwyczaił czytelników, że nie zachowuje chronologii w opisywaniu kolejnych perypetii detektywa z międzywojennego Wrocławia. Podobna zasada – czy też raczej jej brak – rzuca się w oczy również podczas lektury powieści, których bohaterem jest lwowski stróż prawa Edward Popielski. Akcja „Głowy Minotaura” (2009), w której Polak wystąpił jeszcze obok Mocka, choć już praktycznie w roli głównej, rozgrywała się w 1937 roku; „Erynie” (2010) działy się dwa lata później, zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej. W „Liczbach Charona” pisarz, nie chcąc zapewne – a szkoda! – wikłać się w tematykę wojenno-okupacyjną, cofnął się w czasie niemal o dekadę, do okresu Wielkiego Kryzysu, który mocno dał się we znaki także Drugiej Rzeczypospolitej. Choć oczywiście samo wprowadzenie w intrygę, co też jest dla wrocławskiego autora typowe, przenosi nas w czasy niemal współczesne, w końcówkę lat 80. ubiegłego wieku do chłodnej i mrocznej Norwegii. Swoją drogą ciekawe, czy jest to w pełni świadome, czy też zupełnie przypadkowe nawiązanie do cieszących się w naszym kraju ogromną popularnością skandynawskich książek detektywistycznych. W krótkim „Prologu” poznajemy, niewymienionego z imienia ani nazwiska, polskiego badacza, zapewne uciekiniera z ludowej ojczyzny, który z okazji otrzymania prestiżowej nagrody Norweskiego Towarzystwa Matematycznego udziela zblazowanemu i przemądrzałemu dziennikarzowi krótkiego wywiadu. Rozmowa poprzedza emisję filmu dokumentalnego zatytułowanego… „Liczby Charona”, w którym przedstawiona zostaje pewna ponura historia rozgrywająca się pół wieku wcześniej w odległym od Oslo Lwowie. Chwilę później, dzięki wyobraźni i talentowi Marka Krajewskiego, przenosimy się w tamte posępne, kryzysowe czasy.
Z lektury „Głowy Minotaura” i „Erynii” dowiedzieliśmy się całkiem sporo o komisarzu Popielskim. Autor powieści nie szczędził nam bowiem szczegółów na temat jego życia osobistego oraz różnorakich upodobań (głównie seksualnych). Poznaliśmy też traumatyczne wydarzenia, które miały na pewno ogromny wpływ na ukształtowanie jego nadzwyczaj skomplikowanej osobowości (morderstwo ojca, samobójstwo matki, śmierć żony podczas porodu). Dowiedzieliśmy się również, że jest człowiekiem nieprzeciętnie inteligentnym (po studiach filologicznych na uniwersytecie w Wiedniu), a jako gliniarz – przesadnie wręcz nieustępliwym. Z tych co to prędzej strzelą sobie w łeb, niż pozwolą zbrodniarzowi uciec przed wymiarem – niekiedy zresztą dość swoiście pojmowanej – sprawiedliwości. W „Liczbach Charona”, których akcja – z dotychczasowych książek o Popielskim – rozgrywa się najwcześniej, możemy skonfrontować wiedzę a posteriori przekazaną nam przez Krajewskiego z rzeczywistością anno domini 1930. Nie jest to dla komisarza najlepszy okres. Dwa lata wcześniej został bowiem z hukiem wyrzucony ze służby w policji przez podinspektora Hieronima Kocowskiego. Powód? Kłótnia z przełożonym, która nieomal zakończyła się rękoczynami. Popielski był wówczas przekonany, że sobie poradzi; miał przecież, zakupione jeszcze przez świętej pamięci ojca, akcje wiedeńskiego towarzystwa ubezpieczeniowego Universale, które nieźle radziło sobie na rynku. Niestety, kilkanaście miesięcy później zza Wielkiej Wody przywędrował Wielki Kryzys, który pogrążył i firmę, i ekskomisarza. Wtedy też zostaje on zmuszony do powrotu do źródeł, czyli utrzymywania siebie, dziesięcioletniej córeczki Rity i opiekującej się dziewczynką po śmierci jej matki swojej kuzynki Leokadii Tchorznickiej z udzielania korepetycji (z łaciny, greki i przede wszystkim matematyki). W czasie wolnym topi natomiast smutki w alkoholu, odwiedzając coraz podlejsze szynki i korzystając z usług coraz mniej atrakcyjnych prostytutek. W momencie zawiązania akcji Popielski jest więc czterdziestoczteroletnim byłym gliniarzem i… degeneratem, który co prawda marzy o powrocie do służby, ale szanse na to ma minimalne.
Zaczynają się „Liczby Charona”, jak wszystkie powieści Krajewskiego, od wykrycia makabrycznej zbrodni. Na strychu jednej z lwowskich kamienic policja znajduje ciało kobiety, niejakiej Luby Bajdykowej, z zawodu – wróżbitki. Ta już niemłoda, bardzo zaniedbana i śmierdząca alkoholiczka i syfilityczka, została najpierw podduszona, a następnie zabita w wyjątkowo wyrafinowany sposób – morderca wbił jej gwóźdź, poprzez język, w stos pacierzowy. Tego samego dnia do rąk podinspektora Kocowskiego trafia anonimowa przesyłka; w kopercie znajduje się tłusty pukiel włosów obciętych ofierze oraz kartka z naklejonymi nań wyciętymi z gazety trzydziestoma sześcioma hebrajskimi literami. Nawet tak ograniczony gliniarz jak Kocowski nie ma wątpliwości, że nadawcą przesyłki musiał być zabójca Bajdykowej. Sprawą zajmuje się aspirant Wilhelm Zaremba, przyjaciel Popielskiego jeszcze z czasów gimnazjalnych, który ma do pomocy aspiranta Waleriana Grabskiego i młodszego przodownika Hermana Kacnelsona. Zaremba zdaje sobie jednak doskonale sprawę, że najbardziej pomocny byłby mu, znający języki starożytne, w tym również hebrajszczyznę, Popielski. Ale ten ma teraz zupełnie inne zmartwienie na głowie. Odwiedza go bowiem dawna uczennica, którą przed kilku laty przygotowywał do matury z matematyki, Żydówka Renata Sperling. Wtedy była dopiero rozkwitającym powoli podlotkiem, teraz jest dwudziestoparoletnią piękną kobietą. Dziewczyna zwierza się byłemu korepetytorowi i gliniarzowi z kłopotów, prosząc go jednocześnie o pomoc. Ten najpierw się waha, ale później, bardziej pod wpływem fascynacji erotycznej niż rozsądku, postanawia pomóc Renacie i udaje się do Stratyna – wsi należącej do hrabiego Józefa Bekierskiego. Pierwsze spotkanie z marzącym o karierze politycznej w szeregach Stronnictwa Narodowego arystokratą kończy się dla Popielskiego wyjątkowo boleśnie i upokarzająco. A że nie zwykł on pozostawiać po sobie nieuregulowanych rachunków, można przewidywać, że prędzej czy później hrabia zapłaci za zniewagę. Tym bardziej gdy były policjant zda sobie sprawę z tego, że postać hrabiego w zaskakujący sposób wiąże się z mordem na Bajdykowej. I nie tylko na niej.
Marek Krajewski zalicza się do pisarzy-erudytów, którzy na dodatek mają ambicje edukować swoich czytelników. Nic w tym złego, choć autor musi liczyć się z tym, że niektórym z odbiorców jego matematyczne i filologiczne (z licznymi odwołaniami do łaciny) wywody mogą wydać się ciężkostrawne. Ci jednak, którzy podejmą rękawicę rzuconą przez autora „Erynii”, przeżyją wciągającą intelektualną przygodę. Nie można jej, co prawda, nazwać miłą czy przyjemną, ponieważ poziom makabry serwowanej przez Krajewskiego wciąż jest bardzo wysoki, ale na pewno dostarcza ona niezapomnianych wrażeń. Wrocławski pisarz, oddając dochodzenie w sprawie zbrodni popełnianych przez Hebraistę (tak zostaje ochrzczony psychopatyczny morderca) w ręce Popielskiego, zadbał bowiem o to, aby ekskomisarzowi nie zabrakło motywacji, czyli „paliwa” potrzebnego do rozwiązania tej, jakże bulwersującej, sprawy. To, co pcha go do działania za wszelką cenę, z narażeniem własnej reputacji i życia włącznie, to odwieczne ludzkie namiętności – miłość i nienawiść, chęć spełnienia i zemsty! Jedyne, co może w powieści rodzić niedosyt, to niezbyt przekonujący motyw towarzyszący zabójstwom. Owszem, jest on całkiem logicznie wyjaśniony, ale mimo to trudno pozbyć się wrażenia (czysto subiektywnego), że na tle opisów samych mordów, wypada jednak dość… blado i miałko. Szczęśliwie Krajewski zadbał o intrygujący finał całej historii, który pozwala zapomnieć o wcześniejszych jej niedostatkach.
koniec
3 czerwca 2011

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Jesteśmy tylko nośnikami
Miłosz Cybowski

2 XII 2021

Zarówno pozbawiony emocji styl, jak i niektóre tezy stawiane przez Richarda Dawkinsa mogą budzić instynktowny sprzeciw. „Samolubny gen” nie na darmo uchodzi za książkę kontrowersyjną, choć może wraz z rozpowszechnieniem nauki o genetyce to wrażenie nieco przygasło.

więcej »

Mała Esensja: W oczekiwaniu na Boże Narodzenie
Joanna Kapica-Curzytek

1 XII 2021

Ponownie spotykamy się z sympatycznym myszkiem wykreowanym przez autora i ilustratora Alexa T. Smitha. „Winston wraca na święta” pozwoli młodszym (i starszym czytelnikom) odliczać dni do Gwiazdki!

więcej »

Spektaklu akt drugi
Beatrycze Nowicka

30 XI 2021

„Dziesięć Żelaznych Strzał” – kolejny tom cyklu Sama Sykesa o Sal Kakofonii – uważam za lepszy od pierwszego.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Sierpień 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Poobiednie lenistwo
— Sebastian Chosiński

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
— Sebastian Chosiński

Ballady i impro-romanse
— Sebastian Chosiński

Puma skacząca do gardeł wampirów
— Sebastian Chosiński

Mroczna zatoka
— Sebastian Chosiński

Zdradzona i porzucona
— Sebastian Chosiński

Znaki na niebie i ziemi
— Sebastian Chosiński

Noir w kolorze… żółtym
— Sebastian Chosiński

Miłość w cieniu katastrofy
— Sebastian Chosiński

Na Dzikim Zachodzie i w kraju Łokietka
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.