Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 marca 2021
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Przybyłek
‹Gamedec. Zabaweczki. Sztorm›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGamedec. Zabaweczki. Sztorm
Data wydania7 czerwca 2010
Autor
Wydawca superNOWA
CyklGamedec
ISBN978-83-7578-014-7
Format436s.
Cena33,40
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Torkil, Torkil, co z ciebie wyrosło…
[Marcin Przybyłek „Gamedec. Zabaweczki. Sztorm” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Gamedec – prywatny detektyw gierczany, smakosz whisky i seksoholik, człowiek inteligentny, lecz od tarapatów nie stroniący, subordynowany żołnierz, choć urodzony anarchista. Ulepiony przez Marcina Przybyłka Torkil Aymore przeszedł długą drogę, pełną sprzeczności i zaskakujących zwrotów akcji – teraz, z końcem tomu IV, zdaje się szykować do wkroczenia w przyszłość jeszcze… inną.

Bruno Grigori

Torkil, Torkil, co z ciebie wyrosło…
[Marcin Przybyłek „Gamedec. Zabaweczki. Sztorm” - recenzja]

Gamedec – prywatny detektyw gierczany, smakosz whisky i seksoholik, człowiek inteligentny, lecz od tarapatów nie stroniący, subordynowany żołnierz, choć urodzony anarchista. Ulepiony przez Marcina Przybyłka Torkil Aymore przeszedł długą drogę, pełną sprzeczności i zaskakujących zwrotów akcji – teraz, z końcem tomu IV, zdaje się szykować do wkroczenia w przyszłość jeszcze… inną.

Marcin Przybyłek
‹Gamedec. Zabaweczki. Sztorm›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGamedec. Zabaweczki. Sztorm
Data wydania7 czerwca 2010
Autor
Wydawca superNOWA
CyklGamedec
ISBN978-83-7578-014-7
Format436s.
Cena33,40
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Torkil Aymore – gierczany detektyw, gamedec – przeszedł długą drogę. Już czytając trzecią część sagi miałem wrażenie, że aż za długą. Wymaga to pewnego wysiłku, by odtworzyć w głowie świat – olbrzymi, różnorodny i ustawicznie zaskakujący – który Przybyłek zbudował wokół swojego bohatera. Świat, w którym ledwie wiążący koniec z końcem detektyw – facet inteligentny acz na nadmiar afektów ze strony Fortuny się nie skarżący – przekształca się w potężną fizycznie i finansowo maszynę. Maszynę działającą po części na usługach systemu, po części wbrew, a przeważnie dla siebie samej. Przy czym maszyna ta raz po raz okazuje się de facto dobrze wykarmioną rozwielitką, szamoczącą się w unoszącym ją nurcie trudnych do ogarnięcia sił. Nawet jeśli te siły pozwolą na czas jakiś Torkilowi mieć wrażenie, że ma na nie pewien wpływ, to głównie po to, by za chwilę cisnąć mu w oczy tego wpływu iluzoryczność.
Trochę żal. Brakuje mi Torkila z pierwszej części. Lowelasa płynącego w poprzek nurtu lub całkiem pod prąd, dla którego liczyły się jedynie: jakość postawionej przed nim zagadki, treść wiążącego się z jej rozwiązaniem przelewu oraz forma ujmująca kobietę, z którą miał ochotę się przespać po robocie. System mógł być lub nie – jeśli był, raczej należało przed nim uciekać. I była wolność w swojej najbardziej wysublimowanej postaci – wolność człowieka, który niewiele ma i mało dla kogokolwiek znaczy. Z biegiem czasu Torkil zaczął znaczyć jednak coraz więcej…
W zamian za swobodę gamedeka dał Przybyłek czytelnikowi trzech Torkilów oraz świat przyszłości, który jest tak piękny jak przerażający i o którym mało kto wie cokolwiek na pewno. Świat, w którym przynajmniej dwa poziomy rzeczywistości przeplatają się do tego stopnia, że nie tylko możliwym jest funkcjonowanie w obu jednocześnie, ale przede wszystkim niekoniecznie wiadomo, który jest który. Koniec końców wszystko okazać się może wyrafinowanym snem – a wówczas pozostaną tylko czyny odważne.
Tych Torkil dokonuje niemało. Jego świadomość, roztrojona w części trzeciej, stawia czoła Bestii na płonącej w jej ogniu Ziemi; uczy się wojennego rzemiosła na Ziemi nr 2: Gai; wreszcie naświetla… swoiste wydarzenia na innej, odległej planecie. Wydarzenia, o których nikt by się jeszcze długo bez ingerencji gamedeka nie dowiedział, gdyż świat Przybyłka znajduje się całkowicie w rękach więcej-niż-globalnych korporacji, a te nie mają w zwyczaju ujawniać niczego, dopóki nie zarobią na tym kolejnego mnóstwa pieniędzy.
A im więcej korporacji, tym mniej miejsca dla wolnego strzelca. Tym mniej miejsca dla Torkila, by mógł być Torkilem. Z każdą kolejną książką świat przyszłości widziany oczyma Przybyłka jest coraz mniej romantyczny, coraz bardziej wijący się w szponach technologicznej finansjery, która potrafi zmanipulować całą ludzkość do tego stopnia, by nikt nie mógł być pewien nawet tego, który jest rok. Odkąd istnieje science fiction, odtąd stanowi projekcję współczesnych autorom lęków, nadziei i obserwacji. Naszym światem rządzą wielkie organizacje – w różnych epokach bazujące na religii, armii, polityce czy obecnie na pieniądzu – czemu w przyszłości miałoby być inaczej? W świecie wykreowanym przez Przybyłka ostoją marzeń, nadziei i romantyzmu jest właśnie Torkil, ale i on jest tylko człowiekiem: raz jest rycerzem w lśniącej zbroi, innym razem zachowa się jak ostatni egoista, nawet sobie sprawy z tego nie zdając. Jest jak człowiek właśnie – co w tak zcybernetyzowanym świecie jest samo w sobie optymistyczne.
„Sztorm” to nie jest książka, od której można zacząć przygodę z Torkilem – to kolejna część sagi i nie tylko warto, ale trzeba wiedzieć, co się stało wcześniej. Jaki splot wydarzeń doprowadził do tego, że zamknięta w netombie psychika gamedeka, odziana w pershell, decyduje się ratować ludzi z wysadzanych linowców, które odczepiane od suportujących je satelitów niszczą bariery ABB wokół SydneyCity.
Stworzony przez Przybyłka świat jest niesamowity. Nie ma w nim bezsensów technologicznych czy biologicznych, o które nietrudno w SF. Koniec końców Marcin Przybyłek jest wykształconym lekarzem, a to gwarantuje wiedzę. Na chłopski rozum wydaje się, że przyszłość ludzkości może tak wyglądać – jak bardzo byłoby miło, gdyby tak się nie stało. Akurat Torkil całkiem nieźle sobie w niej radzi – ma pieniądze, ma piękne kobiety i zawsze, wcześniej czy później, spada na cztery łapy. Niestety o reszcie 20 miliardów ludzi ciężko to powiedzieć – stanowią oni li tylko często-gęsto umierające tło dla wydarzeń, które mogą się im jawić jako sprawki i porachunki bogów, nie ludzi.
Również z tego powodu ciężko oprzeć się wrażeniu, że świat ten jest jakby za duży i rozwija się zbyt szybko. To, co stworzył Przybyłek w zaledwie czterech tomach, swobodnie mogłoby posłużyć za tło dla dowolnie długiej sagi SF. Nacisk na „dowolnie”. Wydaje się momentami, że autor niemal wystrzeliwuje z siebie kolejne pomysły, jakby w pośpiechu, w strachu przed mijającym czasem, w strachu, że nie zdąży wszystkiego opowiedzieć. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo dużo się dzieje. Z drugiej… cóż, wspominałem, że „Gamedec” wymaga od czytelnika uwagi?
Przy czym w „Sztormie” tempo otwierania przed czytelnikiem coraz to nowych drzwi wyobraźni Przybyłka wydaje się być nieco mniejsze niż w „Błyskach” i dużo mniejsze niż w „Sprzedawcach lokomotyw”. Sprawia to wrażenie, jakby świat był już niemal gotowy. Przygotowany na wszystko to, co dopiero się w nim wydarzy – począwszy od tomu piątego.
Nie zmienia to faktu, że autor rzuca swojego bohatera co rusz w bagno rzeczy dokonanych, na które ten siłą rzeczy nie ma już wielkiego wpływu. Torkil a to uratuje jakąś kobietę, a to jakieś dzieci, a to rozwikła jakąś tajemnicę, na czym zarobi ładną sumkę, a za chwilę się dowie, że rzecz istniała tylko po to, by Torkil mógł ją odkryć. Wszystko, czego Torkil doświadcza, co poznaje, zdaje się coraz bardziej służyć przede wszystkim temu celowi, by pokazać świat przyszłości według Przybyłka. Tak wszechstronny, plastyczny i kolorowy, że sam się prosi, by go sfilmować.
A na tym nie koniec. Uwikłane w feerię fantastycznych fajerwerków, skryte w słowach wymienianych przez przyjaciół lub wrogów, kryją się rozważania o naturze człowieka, całej ludzkości, o sensie życia, o dobrze i o złu. Gdy się w nie wczytać i zastanowić nad nimi, cała saga jawić się zaczyna monstrualnym krzywym zwierciadłem, w którym homo sapiens jawi się ledwie bandą rozkrzyczanych dzieciaków wyrywających sobie zabawki we wspólnej piaskownicy. Przy całym bogactwie używanych przez Przybyłka kolorów, jego SF potrafi być bardzo przygnębiające.
Na tym tle optymistycznie rysuje się zakończenie, w którym wprawdzie teoria globalnego spisku ma się dobrze, jak nigdy wcześniej, lecz Przybyłek dokonuje w nim uporządkowania i swoistego rachunku sumienia swojego świata. Przy okazji oddaje Torkilowi nieco władzy nad sobą samym i nad jego-naszym światem, a czytelnikowi ciut nadziei na przyszłość.
Nawet jeśli przyszłość nie jest szczególnie świetlana, należy ją znać, bo jest prawdopodobna. Bo jest smutna, ale jest w niej wiele piękna. Tym bardziej że spomiędzy akapitów co raz przebija nadzieja, że człowiek jest czymś więcej niż tylko białkową konstrukcją pląsającą do muzyki impulsów elektrycznych, że ludzkie marzenia to coś więcej niż obrona mózgu przed doczesnością. Jak mówi Torkil Aymore: „kto powiedział, że marzenie nie jest celem w życiu?”.
koniec
16 listopada 2011

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Polskie porachunki pod italskim niebem
Sebastian Chosiński

5 III 2021

Tak, ten moment musiał w końcu nadejść! Zwłaszcza że w Polsce Ludowej dość rygorystycznie przestrzegano przepisów emerytalnych. Kto przekroczył odpowiedni wiek, był wysyłany na „zieloną trawkę”. Nawet doświadczony oficer milicji nie mógł być wyjątkiem. Nie powinno więc dziwić, że wydana w 1984 roku powieść Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego została zatytułowana „Major Downar przechodzi na emeryturę”. Ale czy na pewno?

więcej »

Zbrodnie w stylu retro: Sanacyjny „Napoleon zbrodni”
Sebastian Chosiński

4 III 2021

Wydany w 1935 roku „Dom tajemnic” był czwartą odsłoną bestsellerowej serii kryminalnej „Wielkie gry Bernarda Żbika”. Tym razem Adam Nasielski – jeden z najpopularniejszych przedwojennych twórców literatury popularnej – nakazał swemu bohaterowi, inspektorowi Bernardowi Żbikowi z Centrali Służby Śledczej, rozwiązać zagadkę, która mniej rozgarniętych policjantów doprowadziłaby zapewne do szaleństwa. A pewnie i… do grobu.

więcej »

Mnich i rycerze na tropie zbrodni
Beatrycze Nowicka

3 III 2021

Otwierająca serię o bracie Godfrydzie „Pęknięta korona” oraz tom drugi „Czarcie słowa” mogą zapewnić przyjemną rozrywkę na kilka wieczorów.

więcej »

Polecamy

Imperium wcale się nie rozpadło

Na rubieżach rzeczywistości:

Imperium wcale się nie rozpadło
— Marcin Knyszyński

Lęk i odraza w Kalifornii
— Marcin Knyszyński

Las oblany słonecznym blaskiem
— Marcin Knyszyński

Dick jak Dickens
— Marcin Knyszyński

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Wirtual i stare koronki
— Marcin Wroński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.