Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 marca 2023
w Esensji w Esensjopedii

Michael J. Sullivan
‹Królewska krew. Wieża elfów›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrólewska krew. Wieża elfów
Tytuł oryginalnyThe Crown Conspiracy. Avempartha
Data wydania18 października 2011
Autor
PrzekładEdward Szmigiel
Wydawca Prószyński i S-ka
CyklOdkrycia Riyrii
ISBN978-83-7648-951-3
Format736s. 125×195mm
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Ich dwoje
[Michael J. Sullivan „Królewska krew. Wieża elfów” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Królewska krew. Wieża elfów” Michaela J. Sullivana – wydane łącznie dwa pierwsze tomy cyklu poświęconego perypetiom Hadriana i Royce’a to przykład udanej fantasy w klasycznym wydaniu.

Beatrycze Nowicka

Ich dwoje
[Michael J. Sullivan „Królewska krew. Wieża elfów” - recenzja]

„Królewska krew. Wieża elfów” Michaela J. Sullivana – wydane łącznie dwa pierwsze tomy cyklu poświęconego perypetiom Hadriana i Royce’a to przykład udanej fantasy w klasycznym wydaniu.

Michael J. Sullivan
‹Królewska krew. Wieża elfów›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrólewska krew. Wieża elfów
Tytuł oryginalnyThe Crown Conspiracy. Avempartha
Data wydania18 października 2011
Autor
PrzekładEdward Szmigiel
Wydawca Prószyński i S-ka
CyklOdkrycia Riyrii
ISBN978-83-7648-951-3
Format736s. 125×195mm
Cena45,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Jeśli oni są niecni, to Jaskier był ascetą. W skład złodziejskiego duetu, szerzej znanego pod nazwą Riyria i cieszącego się podobno złą sławą, wchodzą naprawdę sympatyczni goście, którym bliżej do Robin Hooda, niż do wizerunku najemnych zbirów. Ich przygody opisane w debiutanckiej powieści Michaela J. Sullivana oraz kolejnym tomie rozpoczynanego przez nią cyklu znakomicie wpasowują się w konwencję awanturniczą, gdzie wartkiej akcji towarzyszy humor, a od czasu do czasu zdarzają się bardziej emocjonalne momenty. W porównaniu z „Pieśnią Lodu i Ognia” Martina, czy też nowszymi trendami, zakładającymi nieco inny zestaw dekoracji oraz przełamywanie stereotypów, „Królewska krew. Wieża elfów” stanowią powrót do bardziej klasycznej fantasy. Jest to jednak powrót nader udany.
Największym atutem powieści są główni bohaterowie. Zanim zaczęłam czytać, obawiałam się, że skoro obaj są złodziejami, autor uczyni ich zbyt podobnymi do siebie. Tak się jednak nie stało – zarówno Hadrian, jak i Royce są ciekawymi i zręcznie nakreślonymi postaciami. Każdy z osobna wzbudza zainteresowanie, lecz gdy działają razem, autorowi udaje się świetnie pokazać ich relację a złodziejski duet staje się czymś więcej, niż tylko sumą jego członków.
Obrana przez Michaela J. Sullivana strategia wydała mi się słuszna. Po pierwsze widać, że autor ma obmyśloną koncepcję swoich bohaterów – ich pochodzenie, przeszłość, charaktery. Niemniej, nie raczy czytelnika biografiami, czy szczegółami tylko od razu przedstawia dwójkę dorosłych mężczyzn (dodajmy, po przejściach), którzy znają się już od wielu lat. Dzięki temu unika długich rozdziałów na temat tego „jak Jaś został rycerzem”, zostawia sobie trochę asów i ciekawostek w rękawie i, co najważniejsze, wywołuje zaciekawienie u odbiorcy, który czyta książkę szukając kolejnych wskazówek oraz uzupełniając obraz własnymi domysłami. Podobnie rzecz się ma z psychologią postaci – tylko w kilku przypadkach Sullivan przedstawia ich myśli. Resztę trzeba sobie dopowiedzieć, wywnioskować na podstawie wypowiedzi, wyborów, zachowań. Osobiście uważam tego rodzaju podejście za bezpieczniejsze i bardziej efektywne. Nie to, żeby wnikanie w psychikę bohaterów było złe, ale naprawdę niewielu pisarzy potrafi to zrobić przekonująco (zwłaszcza, jeśli trzeba w ten sposób przedstawić więcej niż jedną postać, albo taką, która znacząco różni się od autora np. wiekiem, czy płcią), ponadto tak „prześwietleni” protagoniści częstokroć tracą głębię. W pamięć zapadają i wydają się wielowymiarowe te postaci, które noszą w sobie zagadkę, bywają niejednoznaczne – a jak taki efekt osiągnąć, gdy wszelkie motywacje i refleksje zostały po prostu opisane? Ponadto, kiedy czytelnik musi dookreślić bohatera sam staje się jego współtwórcą i być może bardziej się przez to przywiązuje.
Wracając zaś do Hadriana i Royce’a, tym co podobało mi się szczególnie była łącząca ich – archetypiczna wręcz – prawdziwa, męska przyjaźń. Zarówno jeden, jak i drugi wiedzą, że mogą na siebie liczyć, rozumieją się, akceptują, szanują wzajemnie, ale też nie domagają się wyjaśnień, gdy druga strona udzielać ich nie chce i nie potrzebują zbyt wielu słów. Poza nimi jest jeszcze kilka innych ważniejszych postaci. Nie są to może osoby wielce oryginalne: młody mnich, który większość swojego życia spędził w opactwie na odludziu, równie młody książę, zmuszony do walki o schedę po ojcu, jego siostra, pragnąca zgłębiać zakazaną wiedzę, stary czarnoksiężnik, biedna, wiejska dziewczyna, obwiniająca się o śmierć swoich krewnych, – jednak wszyscy oni wypadają bardzo dobrze a większość wzbudza sympatię czytelnika. Co do postaci zdecydowanie negatywnych, te bywają niestety zbyt proste, niemniej nieźle wpisują się w konwencję.
Udane portrety bohaterów w znacznej mierze wynikają z dobrych dialogów, zazwyczaj zwięzłych (wyjątkiem są tutaj wypowiedzi „wyjaśniające” historię świata, czy bohaterów, które wychodzą raz lepiej, raz gorzej1)), wyrazistych i potoczystych, często przy tym pełnych humoru a kiedy trzeba emocji. Autor stara się też nieco różnicować styl wypowiedzi głównych postaci.
Świat „Królewskiej krwi…” to bardzo typowe quasi-średniowieczne uniwersum fantasy z elfami, krasnoludami, magicznymi artefaktami itp. Dodać należy, że – podobnie jak u Sapkowskiego – ludzie są rasą dominującą a pozostali wiodą żywot wysoce nieciekawy (dotyczy to zwłaszcza elfów, które zostały w większości wyparte poza kraniec znanego świata, zaś resztę prześladowano i niewolono).
Fabuła także nie zaskakuje nadmiernie. W tomie pierwszym bohaterowie, wykazawszy się nazbyt dużą (przynajmniej jak na zawodowców) naiwnością dają się wrobić w morderstwo jednego z królów, potem zaś pomagają prawowitemu następcy tronu. W drugim zgadzają się pomóc dziewczynie z wioski nawiedzanej przez potwora wydobyć z tytułowej wieży elfów magiczny oręż, którym poczwarę można ubić. Przez obydwie części przewija się natomiast szerzej zakrojony wątek związany z dążeniami hierarchów Kościoła Nyphrona do władzy, poczynaniami czarnoksiężnika Esrahaddona a także kwestią powrotu potomka cesarza, który miałby ponownie zjednoczyć królestwa, wyrosłe na gruzach pradawnego imperium. Brzmi dość sztampowo i takie też bywa – trudno tu mówić o spisku możnych, w zasadzie od razu wiadomo, kto jest odpowiedzialny za śmierć króla bardziej bezpośrednio, a kto popchnął pierwszą kostkę domina. Niemniej akcja biegnie wartko i mimo przewidywalności wciąga. Drugi tom, choć wydawałoby się potencjalnie prostszy pod względem fabularnym podobał mi się bardziej a to ze względu na wyłaniający się zarys kościelnej intrygi, a także pokazanie zarówno wyrachowania kapłanów, jak i stojących za ich poczynaniami intencji, z których nie wszystkie są złe.
W „Wieży elfów” Sullivan bardziej gra też na emocjach (w „Królewskiej krwi” zdarzały się takie momenty, ale było ich mniej) i wychodzi mu to nienajgorzej. Oba tomy wciąż jeszcze podpadają pod „lekką” fantasy, ale od czasu do czasu wzbudzają w czytelniku uczucia głębsze. Co ważne, autor kreśląc sceny, czy dialogi obliczone na wzruszenie odbiorcy nie popada w patos, czy śmieszność.
By dodać łyżkę dziegciu – główni bohaterowie wydają się często zbyt poczciwi i naiwni. Nierzadko nadstawiają karku dla innych, pomagają ubogim, śpieszą z pomocą niewiastom w potrzebie, darowują życia tym, na których mieli się mścić etc. Jednak trochę tego za dużo jak na rabusiów i najemnych zabójców. Niektóre pomysły autora bywają kompletnie chybione lub nieprzemyślane – przede wszystkim kwestia „przeróbek” pewnego budynku2); drugi koronny przykład zaś to koncepcja więzienia, gdzie czas nie płynie. Wszystko pięknie, tyle że bohaterowie wchodzą doń – i np. przestaje im bić serce, mówią jednak i poruszają się bez żadnego problemu. Albo pomysł, by mieszkańcy wioski chowali się przed potworem w studni. Z innych kwestii – akcja „Królewskiej krwi” zaczyna się późną jesienią – zaczęły się już przymrozki, nocą osiada szron, niedługo spadnie pierwszy śnieg. W pewnym momencie jednak autor radośnie informuje czytelnika o widzianych przez płynących rzeką bohaterów stogach siana, pasących się krowach, czy cykających świerszczach. Albo np. broń Hadriana, na którą składają się trzy miecze z czego jeden „długością prawie dorównujący jego wzrostowi”3).
Jeśli chodzi o redakcję – jest lepiej niż w „Wichrach archipelagu” – wprawdzie pojawiają się literówki, brakujące słowa i odstępy, powtórzenia, błędy gramatyczne i inne pomniejsze4), jednak jest tego zdecydowanie mniej. Do tłumaczenia mam kilka drobnych zastrzeżeń – nie przypadła mi do gustu stylizacja językowa początkowych wypowiedzi Esrahaddona5), wolałabym „cesarzową” zamiast „imperatorki”, ksywka „zmiatacz” nie brzmi zbyt dobrze i wreszcie – czy na pewno najlepszym określeniem legendarnej, żyjącej pod ziemią rasy potomków mrocznego boga są… chochliki6)?
Kończąc już – „Królewska krew. Wieża elfów” zebrały dość skrajne recenzje. Sądzę, że kluczem (choć wypadałoby raczej rzec – wytrychem) są główni bohaterowie, bo tak naprawdę to przede wszystkim na nich opierają się obie powieści. Mnie Royce i Hadrian spodobali się jak mało które postaci z utworów fantasy, wiem też, że zaliczają się oni w poczet bohaterów, których będę ciepło wspominać nawet po latach. Dawno już lektura nie sprawiła mi tyle przyjemności i nie wciągnęła tak, bym wyczekiwała wieczorów, by móc się jej poświęcić, żałowała, że to już koniec i że nieprędko zobaczę kolejny tom. Jeśli jednak kogoś oni nie przekonają, to raczej wątpliwe, by książka się spodobała.
koniec
13 grudnia 2011
1) Czasami na lepsze wyszłoby ich skrócenie, zwłaszcza w scenie, w której poznajemy sporo faktów z przeszłości Royce’a – mam wrażenie, że tu wystarczyłoby parę oderwanych zdań – rozwlekły monolog relacjonujący po kolei wydarzenia brzmi cokolwiek sztucznie.
2) Pomysł, że ktoś zdolny będzie dokonać tak gruntownych zmian, w tak krótkim czasie a w dodatku w taki sposób, by główny mieszkaniec się nie zorientował jest moim zdaniem absurdalny (no chyba, że jednak krasnoludy władają magią).
3) Owszem, doczytałam sobie na Wikipedii, że niektóre miecze dochodziły do 1,8 m długości, zachowały się też wzmianki o rekordowym, ponad dwumetrowym. Mniemam jednak, że była to broń do specjalnych zastosowań, której nie nosiło się ot tak ze sobą, bo raczej utrudniałaby poruszanie się i walkę.
4) Garść przykładów: „ty nie rzucasz zaklęcie”, „zanurzając twarz w morzu falowanych (…) włosów”, „dlatego wolimy polegać na mniej niezawodnych motywatorach” (chyba bardziej, ewentualnie „mniej zawodnych” sądząc z kontekstu, poza tym cóż to ma być motywator), „miał pewne obawy, że jej skóra nie będzie ciepła, więc ulżyło mu, kiedy wyczuł pod palcami zimny kamień”, „Po twarzy dalej ciekły mu łzy, lecz na jego twarzy pojawił się uśmiech radości”.
5) Uzyskiwanie wrażenia „staroświeckości” jego języka głównie poprzez wstawianie w dużych ilościach „toć” i „boć” oraz częste zmienianie szyku zdania „na mistrza Yodę” nie brzmi zbyt dobrze.
6) Swoją drogą, jeśli owe chochliki okazałyby się realnym zagrożeniem w którymś z następnych tomów… Co wtedy? „Ranny posłaniec ostatkiem sił uniósł się w siodle i spojrzał na swojego króla. – Ach biada nam! – Zakrzyknął z rozpaczą. – Pod stolicę nadciąga nieprzeliczona armia wrażych chochlików.”

Komentarze

« 1 2
15 XII 2011   17:11:27

To zdanko akurat skopiowałam z dostępnej on-line wersji Makbeta. Co do wymowy, pewnie tak, ale to książka jest a nie film, więc okraszenie tego rodzaju zwrotami byłoby zrozumiałe (zresztą, ja nie czytałam oryginału, więc nie wiem, jak to dokładnie tam wyglądało). Jako ciekawostka - w świecie Sullivana też istnieje Dawna Mowa (czy też Starsza... nie pomnę teraz), język starego imperium i do pewnego stopnia kultywowany w kościele wywodzący się z elfickiego, znany wciąż przez niektórych wykształconych arystokratów i kapłanów.

15 XII 2011   17:22:41

Ej, come on, ja wiem, z czego dałaś ten cytat. Ale zabieg polegający na przerabianiu normalnego, współczesnego tekstu na tego typu formy to właśnie "staroholiłudzkoangielski", czyli mieszanina nie mająca nic wspólnego z faktami historycznymi ani lingwistycznymi. Zdarzają się bardzo rzadkie wyjątki (najczęściej, kiedy biorą się za to lingwiści lub gdy wspomagają oni autorów), ale szersza publika uważa często, że te sensowne formy są za mało sexy.

06 IV 2012   19:07:49

Znęcona pozytywną recenzją, pożyczyłam książkę z biblioteki i niestety zawiodłam się. Za dużo było tej potoczności, klasy społeczne zbyt mało wyodrębnione. Dobiło mnie liczenie odległości w kilometrach a czasu w minutach.

07 IV 2012   14:06:44

Co do liczenia - ja osobiście wolę w książkach jednostki, co do których mam jakieś wyobrażenie, jaka to odległość/masa itp. Pewnie, że każdy autor mógłby sobie wymmyślić własne, tylko, czy za każdym razem czylenik wracałby do przypisów, by sprawdzić, że jeden dajmy na to yd to 1,35 metra, więc jeśli sylwetkę jeźdźca było widać z odległości 25 ydów to wychodzi nam... Tu pojawia się kwestia - "klimat" i wiarygodność świata, czy szybsze dotarcie do wyobraźni czytelnika. Tak, co do świata, zgodzę się, że nie jest solidnie podbudowany. Mnie - tak, jak napisałam - spodobali się przede wszystkim bohaterowie.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Polsko-niemiecki kalejdoskop
Andreas „Zoltar” Boegner

25 III 2023

Czy książka, która napisana została z myślą o niemieckim odbiorcy, może być ciekawą lekturą dla polskich czytelników? Publikacja Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich udowadnia, że to istotnie możliwe.

więcej »

PRL w kryminale: Ostatni kieliszek koniaku w życiu
Sebastian Chosiński

24 III 2023

Wbrew tytułowi wydanej w 1978 roku powieści Jerzego Edigeya „Nagła śmierć kibica”, jej akcja wcale nie rozgrywa się w środowisku fanatycznych kiboli któregoś z pierwszoligowych klubów piłkarskich. „Kibicem”, którego dopada przedwczesna śmierć jest – na pierwszy rzut oka – szacowny naukowiec, który, co okazuje się z czasem, wcale nie jest postacią świetlaną.

więcej »

Krótko o książkach: Ucząc się sztuki życia
Joanna Kapica-Curzytek

23 III 2023

„Życie Violette” to mądra i ciepła opowieść o miłości i pamięci. Niesie nadzieję, na przekór mrocznej sile śmierci.

więcej »

Polecamy

Cyborg, czyli mózg w maszynie

Stare wspaniałe światy:

Cyborg, czyli mózg w maszynie
— Andreas „Zoltar” Boegner

Narodziny superbohatera
— Andreas „Zoltar” Boegner

Pierwsza historia przyszłości
— Andreas „Zoltar” Boegner

Zobacz też

Tegoż twórcy

Las w podziemiach, w lesie lisz
— Beatrycze Nowicka

Rzuć przez okno sercem, gdy twoje złamane
— Beatrycze Nowicka

Przyczajony Hadrian, ukryty Royce
— Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Tryby historii
— Beatrycze Nowicka

Imperium zwane pamięcią
— Beatrycze Nowicka

Gorzka czekolada
— Beatrycze Nowicka

Kosiarz wyłącznie na okładce
— Beatrycze Nowicka

Bitwy nieoczywiste
— Beatrycze Nowicka

Morderstwa z tego i nie z tego świata
— Beatrycze Nowicka

Z tarczą
— Beatrycze Nowicka

Rodzinna sielanka
— Beatrycze Nowicka

Wiła wianki i to by było na tyle
— Beatrycze Nowicka

Supernowej nie zaobserwowano
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.